#61 Kiedy będzie to trzęsienie ziemi?

Każde miejsce na ziemi ma jakieś swoje przypadłości – powodzie, srogie zimy czy tsunami. U nas w Kalifornii zagrożeniem są trzęsienia ziemi.

Pod tym stanem znajduje się uskok San Andreas, oddzielający dwie płyty tektoniczne: północnoamerykańską i pacyficzną. Poruszają się one stosunkowo wolno, bo kilka centymetrów na rok, ale w przeciwnych kierunkach, co powoduje naprężenia i tarcia. Uskok znajduje się bardzo blisko linii brzegowej, na tyle blisko, że San Francisco i Los Angeles znajdują się na różnych płytach. Aby być jeszcze dokładniejszym w lokalizacji, znajduje się on w górach przy Santa Cruz, czyli kilka mil od mojej pracy.

Ciężko mi stwierdzić czy tutaj dużo się mówi o ewentualnym trzęsieniu ziemi, bo nie mamy telewizji, a do amerykańskich gazet też rzadko zaglądamy. Na pewno temat wraca przy każdej mniejszej aktywności sejsmicznej w okolicy albo większej gdzieś na świecie. Od kiedy jestem w Stanach, doświadczyłam osobiście jednego, małego trzęsienia, a takich, których nie poczułam, ale wiem, że były niedaleko było około 2-3. Wszystkie nie przekroczyły magnitudy 3-3.5.

To jedyne trzęsienie ziemi, którego doświadczyłam osobiście, zastało mnie w domu. Siedziałam przy stole robiąc coś na komputerze. W pewnym momencie poczułam, że krzesło na którym siedzę jakby się trochę ruszyło albo zatrzęsło. Moja pierwsza myśl była taka, że sąsiad z pasją zamykał drzwi. Jednak gdy zobaczyłam, że rolety się ruszają (nasze są pionowe) zrozumiałam, że to chyba coś znacznie większego. Po wejściu na facebooka, moje przypuszczenia zostały potwierdzone – dużo osób z okolicy to odczuło i wrzucało na facebookową tablicę linki do stron z wiadomościami.

(Nie było to moje pierwsze doświadczenie z trzęsieniem ziemi. Pierwsze odczułam w Grecji na wyspie Zakynthos. Wydawało mi się, że mam jeden z tych snów, gdzie wydaje Ci się, że spadasz i budzisz się przy zderzeniu. Okazało się, że obudziło mnie przesunięcie łóżka, jednak o tym dowiedziałam się później od innych turystów, którzy rozmawiali o trzęsieniu ziemi.)

Wracając jednak do Kalifornii, naukowcy szacują, że duże trzęsienie ziemi nawiedzi to miejsce w ciągu najbliższych 30 lat. Mimo, że takiego kataklizmu nie da się przewidzieć, specjaliści szukają jakiegoś wzoru bazując na poprzednich latach. Od 1836 roku było 5 trzęsień ziemi o magnitudzie większej niż 6.75 – rozważanych jako powodujące bardzo duże zniszczenia.

earthquake-probability-chart
Źródło: https://www.earthquakesafety.com/earthquake-history.html

Jak widać na grafice obok, między 1836, a 1911 rokiem było sporo znaczących trzęsień ziemi, które rozładowały naprężenia między płytami. Następnie nastała długa cisza. Obecnie wygląda na to, jakby okres odczuwalnych ruchów tektonicznych rozpoczynał się na nowo.

Często żartujemy z moim mężem, że czekamy na trzęsienie ziemi, bo wtedy spadną ceny domów w okolicy i będzie nas w końcu stać na kupno któregoś z nich. Żarty żartami, ale temat trzeba traktować jak najbardziej poważnie.

Mamy w domu plecak z rzeczami na przeżycie 3 dni bez dostępu do wody czy jedzenia, ale tak naprawdę powinniśmy mieć taki zestaw w samochodzie czy w pracy. Rozmawialiśmy również kilka razy o tym, jak siebie znajdziemy, jeśli telefony nie będą działać czy gdzie najlepiej się schronić w czasie trzęsienia ziemi. Nie udajemy więc, że żyjemy w raju, w którym nic nam się nie stanie, a mimo wszystko uważam, że jesteśmy bardzo słabo przygotowani na ewentualna katastrofę.

Największe trzęsienie zmieni jakie nawiedziło okolice było w 1906 roku. Zginęło wtedy 3000 osób, a San Francisco przez kilka kolejnych dni zmagało się z pożarami trawiącymi kolejne domy. Mówi się, że 80% miasto zastało wtedy zniszczone. Trzęsienie miało siłę 7.8 w skali Richtera.

To wydarzenie jest jednak już historią, ostatnia osoba, która przeżyła to trzęsienie ziemi zmarła w 2015 roku w wieku 113 lat. Katastrofa, którą pamięta zapewne wielu mieszkańców Zatoki, wydarzyła się w 1989 roku i zwana jest Loma Prieta Earthquake. Epicentrum było w górach w Santa Cruz (tak, tych obok mojej pracy…), jednak największe szkody odczuło ponownie San Francisco i Oakland. Zginęły wtedy 63 osoby. Podczas tego trzęsienia doszło do zniszczenia mostu Bay Bridge, jednego z czterech, który łączy brzegi Zatoki San Francisco. Część górnego poziomu mostu zawaliła się na ten dolny. Zgineła jedna osoba (w wyniku problemów w komunikacji policja skierowała kierowcę w stronę zawalonej drogi), a sam most został zamknięty na miesiąc.

52015705-e1378251919397
Źródło: https://www.kqed.org/news/109768/looking-back-at-loma-prieta-from-someone-who-was-on-the-bay-bridge

Innym, tragicznym skutkiem tego trzęsienia ziemi było zawalenie się dwupoziomowego wiaduktu międzystanowej drogi 880 w Oakland. Konstrukcja nie wytrzymała wstrząsów i zawaliła się, miażdżąc w samochodach 41 osób. Poszukiwania trwały 4 dni, ostatnia osoba, którą udało się uratować, była uwięziona 90 godzin w swoim samochodzie, niestety zmarła w szpitalu miesiąc później.

1989-san-francisco-earthquake
Źródło: https://www.kqed.org/news/109768/looking-back-at-loma-prieta-from-someone-who-was-on-the-bay-bridge

Nie będę ukrywać, że często myślę o trzęsieniu ziemi, a już na pewno jak wydaje mi się, że herbata w szklance się przelewa lub lampa się lekko buja. Wtedy zazwyczaj zastygam w bezruchu na kilka sekund i wyczekuje czy to już czy nie już. Najbardziej stresuje mnie, gdzie to ewentualne trzęsienie mnie zastanie. Niekomfortowo się czuje, jeśli utknę w korku na moście. Nie czułabym się też dobrze mieszkając w San Francisco, ponieważ jest ono z trzech stron otoczone wodą (to jest moje osobiste odczucie). Miejsce pracy…no cóż…nie będę szukać nowej, ale mam świadomość, że jeśli będę miała to wątpliwe szczęście doświadczyć trzęsienia ziemi w pracy to może być ze mną kiepsko.

Staram się pozostawać optymistką i przede wszystkim nie myśleć o tym. Poza tym tli się we mnie nadzieja, że może te wszystkie małe trzęsienia ziemi, które są bardziej sensacją mediów społecznościowych, niż niebezpieczeństwem, zastąpią to jedno duże, którym nas straszą. Taka logika na poziomie małego dziecka 🙂 .

#60 Mam nową pracę!

Tak, wiem. Znowu była dłuższa przerwa w pisaniu. Tak naprawdę byłam przekonana, że nikt już tutaj nie zagląda. Nie przedłużyłam umowy na domenę, co oznaczało, że strona przestanie działać. Już w pierwszym tygodniu jej wygaśnięcia dostałam kilka wiadomości z pytaniem co się stało z stroną, że nie działa. Było to dla mnie niesamowicie miłe, ale z drugiej strony problematyczne. Jak to zrobić, żeby strona znowu wróciła, wraz z całą zawartością. Na całe szczęście, jak widzicie, udało się. Strona wróciła do żywych razem ze wszystkimi poprzednimi postami.

Wracając jednak do głównego tematu… mam nową pracę! Pod koniec listopada rozstałam się z poprzednią firmą, od stycznia rozpoczęłam nową pracę. Tak, zgadza się. Pomiędzy listopadem, a styczniem jest jeszcze jeden miesiąc – grudzień. W tym miesiącu nie pracowałam, dzięki czemu Święta Bożego Narodzenia mogłam spędzić w Polsce.

Dlaczego w ogóle zmieniłam pracę? Rozglądałam się za nowymi ofertami już od jakiegoś czasu. Niezbyt konsekwentnie, zdarzały się bowiem tygodnie, że nie wysyłałam żadnego CV, ale dość często przeglądałam ogłoszenia o pracę, a na profilu LinkedIn zaznaczyłam, że „jestem zainteresowana zmianą pracy”, co pokazuje się rekruterom, gdy szukają potencjalnych kandydatów. Chciałam zmienić pracę, ponieważ firma w której poprzednio pracowałam była dość mała, a co za tym idzie, były niewielkie szanse rozwoju. Po drugie, wewnętrzne zasady firmy nie do końca mi odpowiadały (związek zawodowy), a po trzecie nie miałam pewności czy kiedykolwiek dostanę stałe zatrudnienie (byłam na kontrakcie). Pech chciał (albo i nie-pech?), że w dniu w którym od swojej obecnej firmy dostałam pozytywną decyzję, zaproponowano mi w ówczesnej pracy stałe zatrudnienie  i co gorsze, powiedziało, że już następnego dnia mogę podpisać dokumenty. Skończyło się na tym, że w ciągu jednego dnia musiałam podjąć decyzję, którą posadę wybieram. To, jaki był mój wybór, łatwo wywnioskować 🙂 .

Mimo, że pracę zmieniłam, to jestem bardzo wdzięczna za pierwszą posadę. Była to moja pierwsza praca w Stanach i naprawdę sporo się nauczyłam, językowo i merytorycznie na temat finansów. Od przyjazdu do Stanów byłam straszona, jak trudno znaleźć pracę i że na początku nie zawsze jest to posada związana z dotychczasową karierą. Ja, na całe szczęście, tak mocno tego nie odczułam. Moja pierwsza praca była nie dość, że w finansach, to jeszcze znalazłam ją w niecałej dwa miesiące i to za naprawdę dobre wynagrodzenie.

Z kilkoma osobami z tamtej pracy utrzymuje kontakt do dziś, wiem, że byli ze mnie zadowoleni i wykonywałam dobrą robotę. Mam nadzieję, że będą o mnie pamiętać, jako tą Polkę, która przynosiła Ptasie Mleczko i Delicje do pracy (dla nich: polish sweets 😉 ).

Co robię teraz? Pracuje w firmie muzycznej (jest to dość ogólnikowe stwierdzenie, ale ja muzyką się nie zajmuję, więc nie robi to zbyt dużej różnicy) na stanowisku Junior Accountant, czyli trochę wyżej niż poprzednio (yesss). Żeby jednak nie było samych fajerwerków, pracy jest naprawdę więcej. Dużo. Bardzo dużo. Teraz przynajmniej wiem co to znaczy siedzieć w pracy do 8 wieczorem albo otwierać służbowego laptopa w weekend. Mimo to, jestem bardzo zadowolona. Mój zespół (mimo, że to same baby) i managerka są prześwietni. Wszyscy są bardzo mili i wyluzowani, bo mimo wszystko jest to środowisko muzyczne. Gitary i pianina (!!!) w cube’ach czy klapciochy na nogach to normalka. No i najważniejsze! Moje biuro jest dog-friendly, czyli można do pracy przychodzić z psami. Ja psa nie mam, ale zawsze jakiś się trafi do pomiziania w ramach odstresowania 🙂 .

Jeśli chodzi o odległość to cóż, tutaj dużego postępu nie zrobiłam, a nawet wręcz przeciwnie. z 21 mil awansowałam do…31! Na swoją obronę mam jednak to, że omijam wszystkie najbardziej zakorkowane drogi i wbrew pozorom zajmuje mi to mnie czasu. Niewiele mniej, ale mniej. Nie stoję również w ŻADNYCH korkach, a w Dolinie Krzemowej to nie lada wyczyn. Pracuje w miejscowości Scotts Valley, 10 minut od Santa Cruz i oceanu. Dla zainteresowanych polecam sprawdzić na Google Maps, przepiękna miejscowość.

Jak szukałam pracy? Myślę, że nie różniło się to znacznie od tego, jak jest w innych krajach. Bardzo popularny jest tutaj serwis LinkedIn i to właśnie tam znalazłam swoją obecną pracę. Ogłoszenie na tej stronie jest dość drogie (wiem, bo przez moje ręce przechodzą faktury za to 😛 ), a ponieważ ja stawiałam tylko na większe firmy, to ciąg myślowy był prosty (i myślę, że dość prawidłowy) – małych firm nie będzie stać na szukanie pracowników na tym portalu.

Sam proces rekrutacyjny był też dość sprawny. miałam jedną rozmowę przez telefon, jedną video rozmowę i spotkanie w siedzibie firmy (około 3 godzin i 6 osób). Odpowiedź dostałam po dwóch dniach 🙂 .

Planuję zagrzać tutaj miejsce na dłużej bo znalazłam to czego szukałam. Możliwość rozwoju, świetnych ludzi, darmowe bajgle i prace w sąsiedztwie uskoku San Andreas 😀 . Trzymajcie więc za mnie kciuki (i za to, żeby się nie trzęsło!).

 

#59 Update: Co tam u nas słychać?

Dzisiaj sprawdziłam, że od ostatniego posta minęły dokładnie 2 miesiące. Miałam już niemal podjętą decyzję, że zaprzestaje pisania tego bloga, później żałowałam i sama się kajałam za to, że w ogóle coś takiego przyszło mi do głowy. Pomysły były różne, nie będę ukrywać, że od kiedy pracuję na pełen etat, o regularność jest znacznie trudniej. Inna sprawa, że ja, jako wieczna pesymistka, byłam niemal pewna, bez sprawdzania jakichkolwiek statystyk, że nikt tego nie czyta. Jakież było moje zdziwienie za każdym razem, kiedy dostawałam maile lub wiadomości na facebooku od obcych mi osób lub od rodziny, że gdzieś tam słyszeli, że ktoś tam czyta. Ktosiek, nie ktosiek, dla mnie to miód na me serce!

Chciałam rozpocząć ten wielki, spektakularny powrót od małego update’u co u nas/u mnie, choć tak naprawdę wiele się nie zmieniło.

U mnie praca nadal ta co ostatnio, sama jestem zszokowana jak wchodzę na swój profil na LinkedIn, że to już prawie 8 miesięcy (tak, wiem, dziwne, że wchodzę na swój profil, taki trochę samozachwyt…). Z pracy jestem zadowolona, o dziwo mogę śmiało powiedzieć „Lubię ją”! Oczywiście w każdy poniedziałek rano, jak o godzinie 6 zadzwoni budzik, zastanawiam się nad sensem życia, ale po pierwszej kawie i prysznicu, czarne myśli powoli mijają i już nie jestem taka zapalona do rzucania swojej pracy. Pokornie jadę odpracować swoje osiem godzin.

Przez pierwsze miesiące dobijało mnie, że tyle czasu tracę na korki. Rano jest to około 40 minut, po pracy – minimum godzina. Wystarczy jednak niewielka stłuczka na mojej trasie czy większe wydarzenie w okolicy i z godziny robi się półtorej lub więcej. Jak to mawia mój szef „Every day is a new adventure” (tłum: „Każdy dzień to nowa przygoda”). W ostatnim czasie odkryłam jednak sposób na te dłużące się minuty – rozkochałam się w audiobookach. Aplikacja Audioteka to teraz mój nowy, najlepszy przyjaciel w godzinach 7.00 – 18.00. W pracy też zdarza mi się ich słuchać. Dzięki temu wspaniałemu wynalazkowi, przez ostatnie dwa tygodnie „przeczytałam” aż 4 książki. Najlepsza z nich to „Pypcie na języku” Michała Rusinka. Polecam. Można się pośmiać.

W ostatnim czasie nie mieliśmy żadnych dłuższych wypraw. Życie tutaj nas rozleniwiło i zdecydowanie nie korzystamy ze wszystkich otaczających nas dobrodziejstw. Już czasami nawet do San Francisco nam za daleko, a co dopiero jakiś nocleg poza domem. Kto by się na to pisał… A tak na serio, to pod koniec każdego weekendu obiecuję sobie, że „w następny weekend to będziemy szaleć” i w ramach zachęty „obklikowuję” wszystkie możliwe wydarzenia na facebooku w okolicy. Czasami dochodzi nawet do tego, że znajomi zmartwieni moją aktywnością, dopytują, czy mnie nie poniosło za bardzo. Poniosło. Na większość z tych wydarzeń bilety i tak już są dawno wyprzedane, a resztę oczywiście wpiszę w kalendarz, ale w dniu samego wydarzenia pomyślę „doooobra, to w przyszłym roku, dzisiaj zostańmy w domu”.

Z ciekawszych zmian, to nabyłam nowe blizny i to w dwóch różnych wypadkach, taka jestem zdolna. Pierwsza przypałętała się jeszcze w sierpniu, kiedy to bardzo zamaszyście polowałam na pestkę awokado. W pestkę nie trafiłam, za to w rękę – owszem. Skończyło się na wizycie w szpitalu i 4 szwach. Nosiłam je ponad dwa tygodnie, na szczęście była to lewa ręka, nie utrudniało mi to więc pisania czy pracy.

Drugą bliznę nabyłam całkiem niedawno, bo 3 tygodnie temu. A chcąc być dokładniejszą, powinnam powiedzieć blizny. Tym razem winowajcą całego zdarzenia były rolki. Po „prawie-zderzeniu” z rowerzystą wywróciłam się na beton i rozcięłam sobie brodę, zadrapałam rękę, łokieć, zbiłam udo i kolano. Skończyło się na wizycie w tym samym szpitalu i pięciu szwach. Śmiali się ze mnie, że może powinnam na jakiś czas darować sobie jakiekolwiek aktywności i czytać książki. Mówili też, że może nie ma sensu zdejmować opaski szpitalnej, bo pewnie niedługo znowu ich odwiedzę. Jeśli zachowam pewną ciągłość to powinien być to grudzień i 6 szwów.

Jeśli mowa o grudniu, to decyzja jest taka, że w tym roku zostajemy na Boże Narodzenie w Stanach. Zarówno dla mnie, jak i dla K. będą to pierwsze Święta poza domem i poza Polską. Ja podchodzę do tematu dość nerwowo, stresuję się, że będzie mi najzwyczajniej w świecie smutno, że nie będę potrafiła zrobić pierogów albo ryby, ale wiem, że mój mąż zrobi wszystko, żeby pomóc mi w tym trudnym dla mnie czasie. Planujemy mieć choinkę, dekoracje świąteczne, wigilię, gorącą czekoladę i film „Kevin sam w domu” oraz „To właśnie miłość”, także mam nadzieję, że to przetrwam.

No i najważniejsze! Na początku września minęły dwa lata jak jesteśmy w Stanach. Refleksje? Czas ten minął niesamowicie szybko, zwłaszcza od kiedy zaczęłam pracować, tygodnie mijają mi w oka mgnieniu. Dobrze nam tu i na razie chyba nie chcemy wracać. Ja się czuje dużo lepiej, niż w tym samym okresie rok temu. Mam poczucie, że jestem u siebie, mój dom wygląda na bardziej „mojszy”, mam swoje znane trasy, ulubione sklepy czy restauracje. To tutaj nie włączam nawigacji jak gdzieś jadę, w Polsce tak. Zaczynałam pisać tego bloga w pierwszy weekend po przyjeździe do Stanów, dokładnie pamiętam w którym hotelu, w którym pokoju i pry którym biurku. Teraz, po ponad dwóch latach siedzę w (prawie swoim) mieszkaniu w zupełnie innym miejscu zarówno geograficznie jak i w życiu. Jest chyba jakoś tak lepiej. Tylko starsza jestem. I mądrzejsza?

W najbliższym czasie szykuje nam się prawdopodobnie ciekawszy wyjazd do Teksasu, także będzie o czym pisać. Do przeczytania niedługo 🙂 !

 

#58 Jakich nowych słów nauczyłam się będąc w Stanach?

Nie ma co ukrywać, że mój zasób słów najbardziej się rozwinął od kiedy dostałam pracę. Pracuje głownie z Amerykanami, zdarza się więc, że w rozmowie z nimi udaje cwaniaka i przytakuje na wszystko skinieniem głowy, po czym lecę do biurka i sprawdzam w translatorze słowo lub dwa, żeby wiedzieć co tak naprawdę mieli na myśli. Podobnie jest z mailami, nie będę z siebie robić poliglotki, zdarza się, że dla pewności sprawdzam pisownie lub znaczenie jakiegoś zwrotu. Anegdota z ostatnich tygodni (umieściłam ją z resztą na swoim prywatnym Facebooku): zamiast napisać „as soon as possible”, wysłałam wersję „ASS soon ASS possible”. Pisanie pełnego rozwinięcia tego skrótu wynikało z mojej niechęci do bycia korpoludkiem, teraz jakoś jednak się do niego przekonałam, wole być korpoludkiem, niż głupkiem.

Oprócz większego zasobu słownictwa, widzę u siebie dużą zmianę w otwartości i pewności siebie w mówieniu. Kiedyś starałam się mówić wszystko tak, jak Pani od języka angielskiego w szkole przykazała: 16 czasów, zaprzeszły, zaprzyszły, zaliwżdy, tudzież, ą, ę. Teraz? Mówię ile mogę, najprościej jak potrafię. Nie udaje, że angielski to mój ojczysty język, nigdy nie będzie i zawsze będę popełniać błędy. Wy cwaniaki, nie macie za to szans na nauczenie się języka polskiego, TOO HARD!

Jest kilka zwrotów czy słów, których nauczyłam się stricte dzięki temu, że tu mieszkam. Większość z nich nabyłam w pracy, ale są i takie, które znam dzięki Kamilowi czy…wizycie w szpitalu. 

  • What floor?

Przed przyjazdem do Stanów nie musiałam nikogo pytać po angielsku w windzie na które piętro chce jechać. Przede wszystkim ze względu na język, ale też na to, że nigdy nie mieszkałam w budynkach z windami. Po przyjeździe do Stanów, pytanie które instynktownie zadawałam moim współpasażerom to „Which floor?”, bo przecież „które” to „which”. Kamil powiedział mi, że tak naprawdę powinno się zapytać „What floor?”. Najpierw była kłótnia, że mnie poprawia, później zwątpienie, sprawdzenie w internecie i….przyznanie racji (to było najtrudniejsze).

Wytłumaczenie jest proste: nie dajesz pasażerowi wyboru piętra spośród wcześniej mu przedstawionych, pytasz go jedynie które piętro jest jego. Inaczej byłoby, gdyby winda była zepsuta i można było nią dojechać jedynie na piętro drugie lub trzecie. Wtedy można zapytać „Which floor? 2nd or 3rd?”.

  • Okres próbny

Tego słowa nauczyłam się w pracy. Rozmawiałam ze swoimi koleżankami w firmie o tym, jak wygląda zatrudnienie po zakończeniu kontraktu, na którym teraz jestem. Odpowiedziały mi, że po okresie „probation”, który trwa 120 dni, zostaje podpisana stała umowa. Ze rozumieniem pokiwałam głową, po czym szybko sprawdziłam co to znaczy „probation”. Po tym wydarzeniu musiałam jeszcze je sobie przypomnieć z 2-3 razy, ale później zostało mi w głowie na stałe.

  • Załącznik w mailu

To słowo nie było dla mnie nowe, ale jego pisownia już tak. Ponieważ w tej pracy po raz pierwszy pisze służbowe maile po angielsku, zwracam ogromną uwagę na pisownię (pomaga mi w tym słownik). Kilka, jak nie kilkanaście razy, próbowałam przeforsować słowo „attachEment” zamiast „attachment”. Dzięki tym irytującym podkreśleniom na czerwono (które pojawiły się również teraz…) nauczyłam się poprawnie pisać to słowo.

  • PM czy AM?

Przed przyjazdem do Stanów zawsze miałam problem z rozróżnieniem czy dana godzina jest PM czy AM. Probowałam się tego nauczyć na pamięć, na skojarzenia, na różne sposoby. Zawsze jednak kończyło się powrotem do punktu wyjścia, czyli długim „yyyyyy” zamiast krótkiej odpowiedzi. Dla niektórych może wydawać się to śmieszne, ale tak naprawdę dopóki się tego nie używa w życiu codziennym, trudno takie rzeczy zapamiętać. Nie wiem kiedy się tego w końcu NAUMIAŁAM i w jaki sposób, ale teraz AM/PM towarzyszy mi nawet w życiu codziennym/prywatnym i to przy określaniu godziny 18 czy 19 muszę się zastanowić ułamek sekundy dłużej. Wstyd.

AM to od północy do południa, PM od południa do północy. Północ będzie AM, południe PM.

  • skróty jk, ttyl, sok

Tak jak skrót „jk”, który można rozwinąć jako „just kidding”, czyli „żartowałam/em” i „ttyl” czyli „talk to you later” czyli „do później” można łatwo rozpoznać jako skróty, bo same w sobie wyglądają i brzmią bezsensownie, tak skrót „sok” opóźnił mnie o kilka sekund i musiałam połączyć polsko-amerykańskie szufladki w głowie, że gadam z osobą ze Stanów Zjednoczonych i ona raczej nie wie co to sok w języku polskim. Okazuje się, że to po prostu „That’s ok” czyli „jest okej”. Uczyniłam też dobry uczynek i uświadomiłam obcokrajowca, że „sok” po polsku to „juice”. Barterowa wymiana wiedzy.

  • „Dobranoc” o 17.00

Szybko zauważyłam, że w pracy, kiedy wychodzę do domu, moi koledzy i koleżanki na moje „see you tomorrow” odpowiadają mi „good night”, czyli „dobranoc”. Na początku trochę zbili mnie z pantałyku, bo przecież wychodzę z pracy o godzinie 17, a nie 21. Doczytałam jednak w internecie, że jeśli z daną osobą nie będziemy się już widzieć tego dnia, można powiedzieć wspomniane „good night”.

  • „Numb”

„Dzięki” temu, że kilka tygodni temu zacięłam sobie rękę nożem (osoby o mocnych nerwach zapraszam na YouTube’a) i musiałam się udać do szpitala na szycie, poznałam nowe słówko. Kiedy lekarz powiedział, że będzie musiał zrobić moją rękę „numb”, zrobiłam wielkie oczy do Kamila, ponieważ jestem osobą, która z założenia boi się wszystkiego i wszystkich w szpitalu, każdy bowiem może czaić się z jakąś strzykawką. Kamil wytłumaczył mi, że „numb” oznacza „zdrętwiały”, czyli chcą zrobić mi znieczulenie przed szyciem. Sam zastrzyk bolał cholernie, ale wolę to, niż czuć szycie rany. Plus z tego jest taki, że w moim zasobie słów pojawiło się nowe słówko. A i jeszcze przypomniałam sobie jak jest „rana” – „wound”!

  • „Out of blue”

Z tym zwrotem nie wiąże się żadna zabawna historia, ale kiedy ktoś w pracy w rozmowie ze mną użył „out of blue”, wydało mi się to na tyle ciekawe, że zapadło mi w pamięć. Oznacza to bowiem „znienacka/nagle/nieoczekiwanie”. Poznałam zatem to słowo out of blue 🙂 .

  • „Troubleshoot”

Kilka razy w pracy musiałam utworzyć dokumentacje na „troubleshooting” sprzętu, chcąc nie chcąc słówko zapadło mi w pamięć. Oznacza to „rozwiązywanie problemów”, co przy odrobinie skupienia można wywnioskować z samego słowa i kontekstu. Mimo, że spotykam się z tym słowem tylko w pracy, myślę, że jest warte zapamiętania.

#57 Wycieczka do Waszyngtonu cz.2

W sobotę obudziliśmy się nad ranem, mieliśmy spore wyrzuty sumienia, że usnęliśmy w piątek popołudniu i zmarnowaliśmy kilka godzin, które mogliśmy wykorzystać na zwiedzanie. Zebraliśmy się więc dość szybko, aby tego dnia zobaczyć jak najwięcej.

W naszym hotelu była możliwość wykupienia śniadań, my jednak zazwyczaj w takich miejscach wolimy nie być ograniczeni czasowo. Znaleźliśmy w internecie bardzo popularne miejsce wśród „lokalsów”, które nazywa się The Baked Joint. Mimo, że w sobotę pojawiliśmy się tam wcześnie rano, z daleka przywitała nas długa kolejka – to przynajmniej potwierdziło nasze domysły, że miejsce ma naprawdę dobre śniadania.

Na miejscu jest piekarnia, z której chleb wyglądał naprawdę smakowicie (jak polski). Oprócz tego jest oczywiście kawiarnia, która w swoim menu ma takie propozycje śniadaniowe jak: Creme Brulee French Toast (zdjęcie poniżej) czy kanapki z nutellą, masłem, bananami i solą. Są też mniej ekstrawaganckie i kaloryczne pozycje, jak typowa BLT (zdjęcie poniżej) czy Smoked Salamon. Co ważne, porcje są naprawdę hojne! Jeśli więc ktoś będzie w Waszyngtonie, The Baked Joint to punkt obowiązkowy. Jestem samozwańczym znawcą śniadań, jest to bowiem mój ulubiony posiłek dnia, więc wiem co pisze 🙂 .

Stamtąd, spacerem, aby spalić te śniadaniowe kalorie, udaliśmy się pod Kapitol. Dla tych co spali na historii, podpowiadam, że  jest to siedziba Kongresu Stanów Zjednoczonych. Pod budynek można podejść dużo bliżej niż pod Biały Dom. Sprawiło to, że budynek wydawał mi się większy i bardziej podniosły od tego, w który znajduje się przy 1600 Pennsylvania Avenue. W podziemiach Kapitolu znajduje się imponujące centrum turystyczne, które organizuje wycieczki po budynku. My z tej opcji nie skorzystaliśmy mając tylko weekend na zwiedzanie, ale na pewno jest to coś wartego uwagi. Wejście jest darmowe. Co ciekawe, możliwe jest te wejście na sesje Izby Reprezentantów lub Senatu.

Obok Kapitolu znajduje się Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych i biblioteka Kongresu. Oba budynki są w podobnym stylu architektonicznym, do żadnego z nich nie wchodziliśmy ze względu na brak czasu, ale warto chociażby zobaczyć tak dwa ważne miejsca na mapie Stanów Zjednoczonych.

Sąd Najwyższy ma dziewięciu sędziów wybieranych przez Prezydenta i zatwierdzanych przez Senat. Ich kadencja jest nieograniczona, oznacza to, że służą do swojej śmierci lub dopóki pozwala im na to zdrowie. Z ciekawości sprawdziłam zarobki Prezesa Sądu Najwyższego oraz pozostałych 8 sędziów. Jak na pełniącą funkcje nie są one wysokie, jest to bowiem odpowiednio $223,500 i $213,900 rocznie. Co zabawne, w tych samych wynikach dla zapytania o zarobki, wyskoczyły mi artykuły o tym, że każdy z tych sędziów jest milionerem 🙂 .

Waszyngton ma świetne muzea. Bardzo żałowaliśmy, że nie możemy odwiedzić wszystkich. My zdecydowaliśmy się na Newseum, choć do dzisiaj nie mogę sobie darować, że nie znaleźliśmy dodatkowego czasu na Muzeum Lotnictwa, w którym znajduje się między innymi skała księżycowa, samolot braci Wright czy ponaddźwiękowy samolot pasażerki Concorde.

Muzeum Newsów to interaktywne muzeum o czwartej władzy, czyli o mediach. W internecie znajdują się też opisy, że muzeum ma na celu zwiększenie świadomości czego dotyczy 1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która głosi m.in. o wolności słowa.

Wejście do muzeum kosztuje około 30 dolarów. Jest to siedmiopiętrowy budynek z ponad piętnastoma wystawami. Te które ja najbardziej zapamiętałam, to galeria zdjęć nagrodzonych Pulitzerem, która pokazywała poruszające zdjęcia upamiętniające ważne wydarzenia w historii czy wystawa dotycząca zamachu na WTC, pokazująca gazety z tamtego okresu. Ciekawy był również dział poświęcony pracy FBI i temu jak walczą oni z terroryzmem (m.in. o zamachu w Bostonie). Spodobała mi się również wystawa z historycznymi wydaniami gazet, np. z nagłówkami obwieszczającymi lądowanie na Księżycu czy śmierci Diany. Co ciekawe, muzeum ma też wystawę, na której pokazuje aktualne nagłówki gazet różnych państw (niestety polskiej nie było). Można było również pobawić się w prezentera lub pogodynkę i nagrać swoje (tragiczne) wystąpienie przed kamerami. W muzeum spędziliśmy kilka długich godzin i gdyby nie to, że ciągle czuliśmy oddech czasu na karku, moglibyśmy tam jeszcze spędzić kilka godzin.

Z Newseum udaliśmy się spacerem pod budynek FBI. Znajduje się on pod adresem 935 Pennsylvania Avenue, czyli dość niedaleko Białego Domu. Odwiedzenie siedziby Federalnego Biura Śledczego jest możliwe, ale ponownie, nie jest to takie łatwe. Tematem trzeba się zająć na dużo wcześniej przed planowaną wizytą. Na stronie internetowej washington.org znajduje się informacja, że trzeba się zgłosić do biura kongresowego w swojej okolicy i to oni wystosują prośbę o dodanie nas na listę odwiedzających.

Jeśli chodzi o sam budynek, to nie jest to może żaden cud architektury, ale wygląda bardzo masywnie i poważnie. Zajmuje on całą przestrzeń między sąsiadującymi ulicami, nie jest nowoczesny, ale ma strzeżone wejścia, budki strażników i chronione wjazdy. Może i budynek wygląda na stary i zaniedbany, ale w środku znajdują się zapewne najnowocześniejsze laboratoria, sterty informacji o najgroźniejszych przestępcach i najlepiej ukrywane sekrety. Z pewnością trzeba sobie pomóc wyobraźnią, ale na mnie i tak budynek zrobił wrażenie.

Został on nazwany po pierwszy dyrektorze FBI – Johnie Edgarze Hooverze. Od kilku lat krążyły pogłoski o tym, że siedziba zostanie przeniesiona poza miasto, tak aby zająć większą powierzchnię i unowocześnić swój budynek. W 2017 roku potwierdzono jednak, że dalsze poszukiwania i plany zmiany siedziby zostają zatrzymane z powodu braku funduszy.

Stamtąd udaliśmy się na obiad do tej samej restauracji co poprzedniego dnia. Ja chociaż zdecydowałam się na spróbowanie nowych dań, mój mąż natomiast tak rozkochał się w ich makaronie z krewetkami, że nie chciał nawet spojrzeć na inne dania.

Po posiłku zdecydowaliśmy, że czas skorzystać z samochodu, który do tej pory smacznie spał na publicznym (płatnym) parkingu. Udaliśmy się nim do dzielnicy Kalorama. To właśnie tam obecnie mieszka Barack Obama ze swoją rodziną. Jest to wytworna okolica w której mieszkają największe osobistości stolicy. Barack Obama jest już 6. byłym Prezydentem Stanów Zjednoczonych, który po zakończeniu kadencji przeprowadził się właśnie tam. Przed nim byli to: Woodrow Wilson, William Howard Taft, Franklin D. Roosevelt, Warren Harding i Herbert Hoover. Oprócz prezydentów, mieszka tam obecnie Ivanka Trump z rodziną czy Jeff Bezos, właściciel amazon.com. Kalorama to elegancja okolica z domami w stylu kolonialnym, których ceny sięgają kilku milionów dolarów. Mówi się, że dom Obamy kosztował 8,1 miliona dolarów. A podobno prezydencka pensja to „tylko” 400 tysięcy dolarów…

Jako wścibscy ludzie, chcieliśmy sprawdzić jak blisko domu Obamy można się podjechać. Wiedzieliśmy, że na pewno będzie to utrudnione, ponieważ byli prezydenci dostają dożywotnią ochronę. Nie wiedzieliśmy jednak, że będzie zamknięta cała ulica przez wozy policyjne i funkcjonariuszy Secret Service. Możliwe, że mieliśmy po prostu pecha i podjechaliśmy w „gorącym” momencie, widzieliśmy bowiem aresztowanie. Nie wiemy z jakiego powodu, ale zapewne ktoś próbował przedrzeć się przez ochronę lub włamać do pobliskich domów. Jeśli jednak ulica zawsze obstawiona jest w ten sposób, nie pozostaje mi nic innego jak współczuć sąsiadom Obamy.

Podjechaliśmy również pod Pentagon, czyli Departament Obrony Stanów Zjednoczonych. Jest to ten popularny budynek na planie pięciokątu, który znajduje się Arlington w stanie Wirginia. Jednak mimo to, posiada on waszyngtoński adres i kod pocztowy. Do Pentagonu przypisano 6 unikatowych kodów pocztowych dla poszczególnych departamentów. Chociaż jest to inny stan i wydawać by się mogło, że znajduje się on daleko od stolicy, to jest to kilkunastominutowa przejażdżka samochodem, m.in. przez rzekę Potomak. W budynku pracuje ok. 23 tysiące pracowników wojskowych i cywilnych oraz około 3 tysiące pracowników pomocniczych. Budynek ma pięć pięter ponad ziemią i dwa pod. Na każdym piętrze znajduje się korytarz, którym można by okrążyć cały budynek. Pentagon był jednym z celi podczas zamachów 11 września 2001 roku. W budynku zginęło wtedy 125 osób (i 64 w samolocie).

W niedzielę o 14 miałam powrotny samolot do Kalifornii. Ponieważ ponownie leciałam z Baltimore, nie mieliśmy za dużo czasu od rana aby coś jeszcze zobaczyć. Ponownie poszliśmy na świetne śniadanie do The Baked Joint (zdjęcie) i zrobiliśmy sobie spacer w okolicy Białego Domu, Kapitolu i Mauzoleum Lincolna.

Jestem bardzo zadowolona, że udało nam się wyrwać na te kilka dni i zobaczyć stolicę Stanów Zjednoczonych. Jeszcze mnóstwo miejsc do odwiedzenia przed nami, cieszę się więc, że chociaż to jedno mamy odhaczone. Z drugiej strony, czuje trochę niedosyt, że nie byliśmy zbyt dobrze przygotowani do tej podróży. Chodzi mi głownie o wejścia do rządowych budynków. Na nasze usprawiedliwienie mam to, że o podróży zdecydowaliśmy zbyt późno, żeby do któregoś z nich się dostać. Chciałabym również wrócić do Waszyngtonu ze względu na muzea, bo tego również nie mogę odżałować. Na pewno wycieczka do stolicy nie znajduje się na szczycie naszej aktualnej listy, ale myślę, że kiedyś tam wrócimy. Teraz chcemy podbić Chicago! A przynajmniej ja chce, a Kamila do tego mocno namawiam 🙂 .

 

 

#56 Wycieczka do Waszyngtonu cz.1

W maju tego roku mój mąż miał służbowy wyjazd do Waszyngtonu. Musiał tam spędzić poniedziałek i wtorek danego tygodnia. Pomyśleliśmy, że jest to dobra okazja, aby zrobić sobie przedłużony weekend i zwiedzić stolicę.

Do Waszyngtonu leci się 5 godzin, do tego dochodzi zmiana strefy czasowej (6 godzin różnicy między Polską, a Waszyngtonem). Wniosek był dla nas prosty: nie opłaca się lecieć tylko na weekend, czyli w piątek wieczorem/sobotę rano i wrócić w niedziele popołudniu. Warto byłoby wziąć chociaż jeden dodatkowy dzień wolny.

Problemem było to, że miesiąc wcześniej rozpoczęłam nową pracę, trzęsłam się więc jak galareta idąc do mojego szefa, żeby prosić o jeden (niepłatny) dzień wolny. Na początku powiedział, że będzie to dla nich ogromny problem, jeśli w piątek mnie nie będzie, co doprowadziło mnie prawie do płaczu. Okazało się jednak, że mój szef ma po prostu takie dziwne poczucie humoru (ha ha) i nie było żadnych przeszkód, żebym tego jednego dnia nie pojawiła się w pracy. Tak oto zdobyłam swój pierwszy dzień wolny w Stanach (yay!).

Zależało nam, aby bilety były na czwartek wieczór, tak aby mieć dwa pełne dni na zwiedzanie. Jedyne połączenie jakie znaleźliśmy, było przez Los Angeles. Nie było to najlepsze rozwiązanie, przesiadka bowiem zawsze zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia jakiś opóźnień i wydłuża całkowity czas podróży. Chcieliśmy jednak być w Waszyngtonie jak najdłużej, nie mieliśmy więc za dużego wyboru. Stanęło na locie z przesiadką na LAX.

Na całe szczęście, była to nasza najszybsza przesiadka w życiu. Przylecieliśmy do wejścia 51, odlot do Waszyngtonu był z tego o numerze 53. Nie przesadzę, jeśli napisze ze na samym lotnisku byliśmy nie więcej niż 2-3 minuty. Było to naprawdę przesiadka ekspresowa.

Tak naprawdę od początku postu trochę was oszukiwałam, nie lecieliśmy bowiem bezpośrednio do miasta Waszyngton (miasto to ma swoje lotnisko, które nazywa się Dulles International), tylko do Baltimore oddalonego od stolicy o około 1 godzinę drogi. Na lotnisku wypożyczyliśmy samochód, bo podejście mamy typowo amerykańskie: zwiedzać Stany można tylko z auta, nie inaczej. I tutaj się trochę wygłupiliśmy. Nie przekalkulowaliśmy sobie, że hotel w centrum może oznaczać drogie parkingi i jednocześnie bliskość do wszystkich najważniejszych miejsc w Waszyngtonie. Okazało się, że samochód ruszyliśmy tylko raz, jak jechaliśmy do niewartego i tak odwiedzenia Pentagonu. Poza tym, samochód cały czas sobie smacznie spał na parkingu za jedynie 72 dolary za dwa dni… Wnioski i porady są więc oczywiste: jeśli planujesz zwiedzać samo miasto, nie warto wypożyczać samochod, taniej wyjdzie poruszanie się Uberem lub Lyftem, parkingi w centrum są bowiem cholernie drogie.

Pierwsza różnica, którą zauważyliśmy, to, że kierowcy jeżdżą tam bardziej nerwowo i agresywnie. Porównanie nie jest oczywiście sprawiedliwe, bo w Kalifornii mieszkamy w znacznie mniej zatłoczonym miejscu – obrzeża San Jose, w San Francisco w godzinach szczytu jest zapewne równie żywiołowo. Sporo jednak było trąbienia, cwaniakowania i pokazywania jednoznacznych gestów przez szyby, zwróciło wiec to mocno nasza uwagę. 

Kolejna zauważalna różnica to ubiór. W Waszyngtonie, w porównaniu do Kalifornii, jest dużo więcej osób pod tzw. „krawatem”. Powód jest oczywisty, większość instytucji rządowych znajduje się właśnie tam. To wiąże się z wymogiem eleganckiego ubioru do pracy. Żyjąc na codzień w wyluzowanej i startupowej Dolinie Krzemowej, tam wszystko było dla nas bardzo oficjalne i poważne. Podkreślało to jeszcze to, że my byliśmy na wakacjach odwaleni w japonki i hawajskie koszule (No, może aż tak nie zaszaleliśmy, ale wiadomo o co chodzi). Czuliśmy się wiec tam trochę nieswojo. 

Pierwsze miejsce, do którego udają się turyści w Waszyngtonie jest oczywiste – Biały Dom. Adres 1600 Pennsylvania Avenue jest jednym z najbardziej znanych adresów w Stanach (no, może zaraz po Beverly Hills 90210). Siedzibę i dom amerykańskiego Prezydenta widać z daleka, dochodzi do niego wiele dróg, co podkreśla, że jest to najważniejszy punkt na mapie Waszyngtonu. Moje pierwsze wrażenie nie było jednak aż tak pozytywne, w rzeczywistości budynek jest znacznie mniejszy niż przedstawia to telewizja czy prasa. Wyobrażałam sobie ogromną fortecę, budzącą respekt od samego patrzenia na nią, a tymczasem dom może i biały, ale za to niewielki. Inna sprawa, że oglądasz go z daleka. Ogrodzenie jest ochraniane prze płot, płot przez barierki, barierki przez słupki, słupki przez psy, a psy przez policje. Ci natomiast mają wielką broń palną, która nie wygląda na jakąś nieużywaną i zakurzoną. Nie polecam więc żadnych żartów w stylu „przełożę nogę przez barierkę, ciekawe co się stanie”.

Aby jednak nie przedstawiać Białego Domu tylko w złym świetle, muszę przyznać, że jeśli pomyśli się o tym jak dobrze chroniony jest ten dom i jakie cuda dzieją się w jego środku, można nabrać szacunku do tego miejsca. Niezwykle ciekawi mnie bunkier, który znajduje się w jego podziemiach czy pokój operacyjny, z którego pochodzi znane zdjęcie z Barakiem Obamą z operacji zabicia Osamy Bin Ladena. Z przewodnika wyczytaliśmy, że podobno jedno ze skrzydeł bocznych budynku zostało wybudowane tylko po to, aby zamaskować ówcześnie budowany pod nim bunkier.

Jeśli ktoś ma ochotę zwiedzić Biały Dom w środku, musi się nieźle nakombinować. W internecie krąży wiele różnych informacji na temat tego jak się tam dostać. Jedna z nich mówi o tym, że jeśli nie jest się obywatelem Stanów Zjednoczonych, trzeba się zwrócić do swojej ambasady, aby ta wystosowała w naszym imieniu prośbę o wycieczkę. Wniosek ten nie może być jednak złożony później niż 21 dni przed, potrzebują oni zapewne trochę czasu, aby sprawdzić czy nie jesteś czasami terrorystą. Z drugiej strony, od kilku osób słyszałam, że jak dzwonili do polskiej ambasady w tej sprawie, ta mówiła, że nie zajmuje się (już?) takimi wnioskami. Jak więc dostać się na wycieczkę do Białego Domu? Tego nie wie nikt. I pewnie trochę taki miał być efekt. Tak zakręcić i tak zamotać, żeby każdemu odechciało się tej wycieczki. Problem z głowy. 

Zaraz obok Białego Domu znajduje się Pomnik Waszyngtona, czyli wysoki, charakterystyczny obelisk pojawiający się w każdej produkcji umiejscowionej w tym mieście. Co ciekawe, jest on dwukolorowy. Od podstawy do około 1/3 wysokości ubarwienie materiału jest ciemniejsze niż reszty. Wynika to z 27 letniej przerwy w budowie, spowodowanej brakiem funduszy i wybuchem wojny secesyjnej. Wewnątrz budowli znajduje się winda, która zwiedzający mogą wjechać na szczyt i zobaczyć panoramę Waszyngtonu. Od 2016 roku nie jest to jednak możliwe z powodu modernizacji windy. Ma ona ponownie ruszyć dla zwiedzających wiosną 2019 roku.

Większość z najważniejszych zabytków stolicy znajduje się w zasięgu wzorku od siebie. Stojąc przy obelisku, widać Mauzoleum Abrahama Lincolna (czy tylko ja mam problem ze słowem ‚mauzoleum’? Zawsze myślałam ze to jest ‚muzoleum’…). Jeśli nazwa komuś nic nie mówi, to zdjęcie powinno rozwiać wszelkie wątpliwości. Jest to pomnik przypominający grecką świątynie, w środku którego znajduje się charakterystyczny posag zadumanego Abrahama Lincolna siedzącego w masywnym fotelu. Jeśli ktoś jest fanem serialu ‚House of Cards’, z pewnością rozpozna ten zabytek. Glowny bohater serialu, aspirujący na prezydenta USA Frank Underwood, przychodził tam często na swoje monologi w towarzystwie 16. Prezydenta Stanow Zjednoczonych, Abrahama Lincolna.

Gratką dla fanów kinematografii może być również sadzawka znajdująca się przed samym pomnikiem. Jest to ten sam basen przez który w filmie ‚Forrest Gump’ przedzierała się Jenny podczas występu Forresta Gumpa na schodach mauzoleum. To również ważne miejsce pod względem historycznym. To przy tej budowli odbyła się znana przemowa ‚I have a dream’ Martina Luther Kinga.

Po tylu atrakcjach i wrażeniach zdecydowanie przyszedł czas na jedzenie. Jesteśmy osobami, które bardzo lubią chodzić do restauracji j jeść na tzw. ’miescie’ jednak nasz gust kulinarny określiłabym jako zachowawczy i trochę nowoczesny. Lubimy znane nam dania w nowej odsłonie, ale nie jesteśmy parą, która w nowych miejscach musi spróbować lokalnych przysmaków. Znaleźliśmy idealne miejsce odpowiadające naszym potrzebom. Restauracja nazywa się Founding Farmers – DC i wstyd się przyznać, ale każdy obiad lub kolacje w Waszyngtonie spożywaliśmy właśnie tam. Jedzenie jest naprawdę przepyszne wiec jeśli ktoś będzie w stolicy, musi się tam wybrać. 

Plany na pozostałą cześć piątku były niezwykle rozległe. Chcielismy zobaczyć kongres i odwiedzić jedno z waszyngtońskich muzeów. Postanowiliśmy jedynie pójść na pół godziny do hotelu odpocząć po obiedzie, wykapać się, rozpakować. Skończyło się tak, ze…obudziliśmy się w sobotę nad ranem. Z tego wydarzenia płynie kolejna wskazówka. Jeśli jedziesz gdzieś na krótkie wakacje i dotyka cię różnica czasowa, pamiętaj! Łóżko twym wrogiem! 

Cdn. 

#55 W czym (według mnie) Polska jest lepsza od Stanów Zjednoczonych?

Tak jak obiecałam, tworzę drugą cześć postu porównującego Polskę i Stany Zjednoczone. To co mnie zaskoczyło, to to, że dużo łatwiej przyszło mi napisanie listy na korzyść Polski, niż Ameryki. W czym więc jesteśmy lepsi 🙂 ?

  • Jedzenie

W tym przypadku jestem oczywiście mało obiektywna, zostałam wychowana na polskim jedzeniu i bardzo za nim tęsknie. Jednak od wielu osób słyszałam podobne opinie, że w Polsce jedzenie w restauracjach i sklepach jest po prostu lepsze.

To, czego najbardziej mi brakuje, to małe, osiedlowe piekarnie, do których rano można pójść po świeże, ciepłe pieczywo. Tutaj trzeba się nieźle nakombinować logistycznie, żeby mieć dobry chleb. Po półtora roku w Kalifornii, mam już swoje miejsca i „znajomości”, które dostarczają mi świeże wypieki, ale nadal, nie jest to takie proste jak w Polsce. Doceniajcie!

Jeśli chodzi o restauracje, to może być to zaskoczenie dla niektórych, że według mnie w tej rozgrywce również wygrywa Polska. Znów, nie jestem pewnie do końca obiektywna, nie jadłam bowiem w najlepszych, kalifornijskich restauracjach. Mam jednak wrażenie, że gastronomia w Polsce jest bardziej kreatywna. Za stosunkowo niewielkie pieniądze można zjeść naprawdę dobre i wymyślne dania. Sam wygląd restauracji jest też tutaj często nieporównywalnie gorszy. No i oczywiście cena! Za obiad oceniany przez nas jako „było ok” płacimy zazwyczaj około 60 dolarów, bez alkoholu czy deserów. Ja wiem, wiem, tutaj jest Kalifornia, inna waluta, bla bla bla. Ale nadal – to dużo kasy!

  • Napiwki

W tym podpunkcie Polski i Stanów nie ma nawet co porównywać. W Stanach dawanie napiwku jest jak obowiązek. Oczywiście nikt Ci nie będzie groził bronią, jak nie dasz „tipa”, ale jest to ogromna obraza dla osoby, która Cie obsługiwała, jeśli tego nie zrobisz. Przyjmuje się, że należne minimum to 15%, jeśli dasz mniej, dajesz tym do zrozumienia, że nie byłaś/byłeś zadowolony z obsługi.

Ja może i jestem złośliwa, wredna, niegrzeczna – nie wiem. Jednak jeśli obsługa nie była na naprawdę wyśmienitym poziomie, nie dam więcej niż 10%. Jest to dla mnie bezszczelne, że na rachunku zostają nawet podane przykładowe napiwki (oczywiście od 15% w górę), żeby było Ci „łatwiej” policzyć. Szczytem wszystkiego są dla mnie też sytuacje, kiedy na przykład kupuje butelkę wody w barze i barman odwraca monitor, żeby wpisać napiwek. Podobnie jest w salonach kosmetycznych, zanim Pani skasuje Cię za usługę, zapyta czy masz gotówkę na napiwek czy ma doliczyć do rachunku i sciągnąć z karty. Z góry zakłada, że takowy jej się oczywiście należy.

Coś, czego również nie lubię w Stanach, a dotyczy branży gastronomicznej, to rachunki. W większości restauracji kelner przyniesie Ci rachunek bez poproszenia o niego. Jeśli skończyłaś/skończyłeś posiłek, odmówiłaś/odmówiłeś deseru lub kawy, dla kelnera jest to znak, że może Ci już przynieść rachunek. Oczywiście kładąc go na stole, powie „take your time” czyli „nie musisz się spieszyć”, ale jest to taka lekka aluzja, że „Zajmujesz stolik, a nie jesz. Na pogawędki możesz sobie iść do kawiarni”. Oczywiście nikt Cie nie będzie pospieszał czy wypraszał, ale jednak daje to takie niemiłe odczucie, że nie dajesz już zarobić restauracji, to spadaj.

  • Polityka prorodzinna i urlopy

Mimo, że USA jest wysokorozwiniętym krajem, to polityka urlopów macierzyńskich jest jedna z najgorszych na świecie. Jedyne zabezpieczenie ze strony prawa dla nowych matek to 12 tygodni niepłatnego urlopu macierzyńskiego. Ten czas ma być poświęcony na wyjście z połogu i na tworzenie więzi między matką, a dzieckiem. Jest to urlop, który można wykorzystać zaraz przed lub po porodzie. Oznacza to więc, że jeśli przed porodem kobieta chce ostatni miesiąc ciąży spędzić w domu, skraca sobie tym samym urlop z dzieckiem po jego przyjściu na świat.

Na pomoc przychodzą firmy, które bardzo często oferują dodatkowe benefity dla kobiet w ciąży. Szczególnie popularne jest to tutaj w Dolinie Krzemowej, gdzie jest wiele młodych i nowoczesnych firm, które starają się pakietem prorodzinnym zwabić najlepszych pracowników.

Najlepsze oferty o jakich słyszałam (między innymi w moim obecnym miejscu zatrudnienia) to 5 miesięcy płatnego urlopu macierzyńskiego. Probowali mnie rozkochać w mojej obecnej pracy mówiąc, że mają bardzo dobre benefity, m.in. właśnie dla nowych matek. Szybko utarłam im nosa mówiąc jak to wygląda w Polsce 😉 .

Przejdźmy do urlopów. Czy w tej kwestii jest lepiej? Niestety nie. Amerykańskie prawo zapewnia pracownikowi…0 dni wolnych. Tylko dobra wola i negocjacje z pracodawcą mogą zmienić tę liczbę. Zabawnie, prawda?

Firmy nie mają obowiązku dawania płatnych urlopów, jeśli pracodawca daje Ci całe 0 dni wolnych, musisz prosić o bezpłatny urlop, żeby wyjechać na wakacje. Oferty najlepszych firm dobijają może i do polskich 26 dni, jednak jest to niewielki procent. Ja dostałam hojne 5 dni na pierwszy rok 😉 . W drugim roku tak samo, dopiero w 3 dodają kolejne 5 dni. I tak co dwa lata… Większość firm nie daje jednak więcej niż 15 dni płatnego urlopu na rok.

  • Bezpieczeństwo

W poprzednim poście pisałam, że czuje się tutaj bardziej chroniona przez Państwo czy policję. Są jednak aspekty, które zasiewają u mnie odrobinę strachu. Po pierwsze, obawiam się możliwych trzęsień ziemi w rejonie w którym mieszkamy. Kalifornia znajduje się na styku dwóch płyt tektonicznych, jest więc to miejsce niezwykle mocno narażone na takie działania natury. W przeszłości zdarzały się tutaj duże katastrofy z wieloma ofiarami czy rannymi. Zdaje sobie sprawę, że teraz nauka poszła naprzód, są systemy ostrzegania, badania, czujniki, inne konstrukcje budynków. Mimo wszystko, gdzieś tam z tyłu głowy mam zawsze to, że natury nie przechytrzysz, jeśli coś ma się stać to się stanie. Najbardziej stresujące są dla mnie momenty, kiedy utknę w kroku na moście. Wyobraźnia niestety mi podpowiada, że jeśli trzęsienie zmieni spotka mnie w takim miejscu…to wiadomo co 😉 .

Po drugie – broń. Nie chcę tutaj absolutnie wchodzić w dyskusję na temat dostępności broni. Jednak ponieważ ta broń jest obecna i często czytam o strzelaninach kilka lub kilkanaście mil od mojego miejsca zamieszkania, możliwość takiego niebezpieczeństwa naturalnie kiełkuje w głowie. Jeśli jestem w hipermarkecie czy na ulicy, zdarza mi się niestety pomyśleć „A co bym zrobiła gdyby pojawił się ktoś z bronią i zaczął strzelać?”. Ogólnie czuję się tutaj bezpiecznie, ale jednak w momentach kiedy ktoś używa broni w szkole, w siedzibie YouTube’a czy innym, publicznym miejscu, oczywiste jest, że zaczyna się dopuszczać do siebie takie scenariusze. Niestety.

  • Technologia 

Tak, wiem. Można parsknąć śmiechem po przeczytaniu tytułu tego akapitu. Jednak niestety wciąż są obszary technologii, w której Ameryka chce (?) być zacofana.

W Stanach w większości miejsc nie da się zapłacić zbliżeniowo kartą. Czytałam wiele artykułów na ten temat szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Stanach płacenie zbliżeniowe się nie przyjęło. Nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi. Część winy ponoszą zapewne koszty i bezpieczeństwo, jednak nadal jest to niezwykle dziwne, że tak rozwinięty kraj nie unowocześnił swoich płatności. To co jest jednak ważne, to fakt, że płacenie zbliżeniowe telefonem nabiera popularności z każdym kolejnym dniem (sama bardzo często korzystam z opcji Apple Pay). Wychodzi więc na to, że Amerykanie z kart przeskoczyli od razu na telefony, omijając możliwość płacenia kartą zbliżeniowo :).

Drugim zacofaniem, które mnie czasami zwala z nóg, są czeki. Amerykanie kochają wypisywać czeki! Pracuję w finansach i księgowości, mam więc z nimi naprawdę często do czynienia. Jedną z popularniejszych metod płacenia za faktury, usługi, czynsz jest nadal czek i to taki, który jest wysyłany pocztą w kopercie i musi zostać zdeponowany w banku. Podobnie z pensjami, większość z nich jest nadal wypłacana z wypisanego ręcznie czeku. W mojej pracy zdarza się ze opłaty wykonane czekiem dochodzą po 2 tygodniach. Nie rozumiem i nie zrozumiem…

 

 

 

 

 

#54 W czym (według mnie) Ameryka jest lepsza od Polski?

Postanowiłam wypisać 5 najważniejszych rzeczy, w których według mnie Stany Zjednoczone są lepsze od mojej ukochanej Polski. Będzie też oczywiście druga część, w której się „odwdzięczę” Ameryce i napiszę w czym mój kraj jest lepszy od niej 🙂 .

  • Jazda samochodem

Jest to chyba punkt, który jako pierwszy przyszedł mi do głowy, kiedy sporządzałam tę listę. Chodzi mi przede wszystkim o bezpieczeństwo na drogach. Oczywiście mogę się wypowiedzieć tylko o rejonie w którym mieszkam lub który kiedyś odwiedziłam, ale myślę, że podobnie jest w całych Stanach. 

Tutaj nikt nie szaleje na drogach, nie przekracza znacznie dozwolonej prędkości, nie rusza z piskiem opon na zielonym świetle. Kierowcy odnoszą się do siebie z szacunkiem, nie używają bezsensownie klaksonów. Od kiedy tu mieszkam, a jest to już ponad półtora roku, nie widziałam żadnego poważnego wypadku. Jeśli długo czekam do skrętu w lewo, nikt za mną mnie nie pospiesza światłami czy, co gorsze, wyzwiskami.

Podoba mi się również to, że wszędzie można dojechać autostradami. Nie działa to tak jak w Polsce, że są one płatne i tylko między większymi miastami. Tutaj w większości się za nie nie płaci (freeway to darmowa autostrada, highway – płatna). Jest to zazwyczaj kilkupasmowa droga poprowadzona przez cały stan lub region. Nie ma żadnych bramek czy świateł, jedyne o czym trzeba pamiętać to jakim zjazdem zjechać z autostrady. Przykładowo, jak jadę do pracy to do autostrady dojeżdżam w około 2-3 minuty do zjazdu North First Street. Jak z niej zjeżdżam, to wybieram zjazd Holly Street, który jest oddalony od mojej pracy o kilkaset metrów.

To, że autostardy są głównym elementem przemieszczania się w Stanach, świadczy chociażby to, jak ktoś Cie pyta gdzie mieszkasz lub pracujesz. Nazwa ulicy nikomu nic nie powie, zazwyczaj więc mówi się nazwę zjazdu lub jakimi autostradami (numerami) się dojeżdża. 

  • Sklepy

Uwielbiam w Stanach to, jak wiele różnorodnych sklepów tutaj mają. Potrzebujesz kupić akcesoria imprezowe? Proszę bardzo, jedź do Party City. Twoim hobby jest DIY, robienie bukietów, dekoracji? Najlepsze miejsce to Michaels. Lubisz szyć? Joann. Szukasz ładnych dekoracji do domu albo wyposażenia kuchni czy łazienki? Wybieraj: HomeGoods, Marshalls. Lubisz kupować ubrania dobrych marek, ale w niższych cenach? Jedz do Tjmaxx, Nordstrom Rack, Ross. Tych sklepów jest po prostu pełno i jestem przekonana, że są jeszcze takie które warto znać, a ja jeszcze na nie nie trafiłam. Jeśli czegoś tutaj potrzebujesz, to po prostu to masz. Są to sklepy powierzchniowo przypominające hipermarkety w Polsce, jest więc naprawdę w czym wybierać.

Być może się to zmieniło i nie chce oczywiście nikogo tutaj wkurzyć, ale wydaję mi się, że jeśli na przykład będziesz chciał/-a zorganizować w Polsce imprezę z kolorem przewodnim albo baby shower dla koleżanki, to musisz się ładnie namachać i naplanować, żeby zdobyć wszystkie dodatki, balony, talerzyki, sztućce. Tutaj bez żadnego stresu możesz zająć się tym w dniu imprezy, jestem bardziej niż pewna, że znajdziesz to w wielu sklepach.

Jeśli masz ochotę na lepsze jakościowo ubrania albo kosmetyki, ale za niższą cenę, masz kilka różnych sklepów do wyboru, w których znajdziesz ciuchy Calvina Kleina czy Armaniego, a kosmetyki od Anastasia Beverly Hills albo Smashboxa. U nas w Polsce rzadko kiedy można trafić na takie perełki.

  • Promocje, wyprzedaże, kupony 

W Polsce promocje czy wyprzedaże kojarzę z jednym, wielkim przekrętem. Produkty są przecenione o jakieś niewielkie pieniądze, a zdarza się podobno i tak, że ich cena najpierw jest podwyższana, a później znowu obniżana, aby klienta złapać na „promocję”. Rzadko się też zdarzają kupony promocyjne w gazetkach, obniżki typu „-25% na wszystko”.  W Stanach jest zupełnie inaczej. Firmy agresywnie zabiegają o uwagę klienta. Przede wszystkim, sklepy bardzo często robią obniżki o 15, 20, nawet 40% na cały asortyment, bez jakiś ukrytych gwiazdek czy małego druczku. Są to firmy typu GAP, Banana Republic czy Abercrombie, więc nie niszowe, których nikt nie zna, a wręcz przeciwnie, wielkie, międzynarodowe marki.

Jeśli chodzi o kosmetyki, czyli coś co mniej najbardziej interesuje, Ulta Beauty i Sephora przynajmniej dwa razy do roku robią promocję na cały asortyment. Jest to zazwyczaj -15 lub -20 procent. Dodatkowo Ulta Beauty ma ZAWSZE aktywny kupon do ściągnięcia w internecie, który obniża kwotę do zapłaty w sklepie lub online o 3,5 dolara. Niby nie wiele, ale grosz do grosza…

Przyzwyczaiłam się do tego w Stanach już tak bardzo, że za każdym razem jak robię gdzieś zakupy, to najpierw wpisuję w internecie „[nazwa sklepu] promo code” i w większości przypadków znajduję jakiś kod lub kupon, dzięki któremu oszczędzam pieniądze.

  • Policja

Policja w Stanach jest bardzo mocno szanowana przez społeczeństwo. Gdziekolwiek się nie pojawią, budzą respekt, ale taki, który daje bezpieczeństwo, a nie taki „zaraz się do mnie przyczepi, że chodzę po trawniku”.

Tutaj, dopóki jesteś w porządku i nie łamiesz prawa w rażący sposób, nikt nie będzie Cię straszył mandatem. Jeśli chcesz przejść na mało uczęszczanej ulicy przez środek jezdni albo zdarzy Ci się rzucić papierek na chodnik (nie pochwalam!) nie musisz się obawiać czyhających na Ciebie policjantów, którzy szukają okazji do wypisania kolejnego mandatu. Tutaj widzi się ich głównie w miejscach, w których są naprawdę potrzebni. Jeśli ktoś zachowuje się podejrzanie, zaczepia innych, śpi na ulicy, można być bardziej niż pewnym, że w ciągu kilku minut zainteresuje się nim policja. Co więcej, są oni niezwykle pomocni dla cywili. Chętnie podpowiedzą zapytani o drogę czy zrobią sobie pamiątkowe zdjęcie. Wiem, że to wszystko wynika z głębszych problemów i różnic w zarządzaniu policją tutaj, a w Polsce, ale wniosek niestety nasuwa się sam. Tutaj przy policji czuje się bezpiecznie, w Polsce niestety mam wrażenie, że policja czyha na obywateli aby wystawić jakikolwiek mandat, żeby komendant był zadowolony. 

Ważne jest również to, że policja tutaj dużo więcej może. Za przekroczenie prędkości można trawić do więzienia, a  za niewypełnianie ich poleceń można zostać postrzelonym. W Polsce kończy się zazwyczaj na upomnieniach słownych, które niewiele dają i tym samym nie wzbudzają respektu wśród obywateli. Skoro każde użycie broni przez policjanta w Polsce wiążę się z wielką aferą czy zawieszeniem, jak obywatele mają czuć się przy nich bezpieczni, skoro w sytuacji zagrożenia nie mogą oni nawet sięgnąć po broń?

  • Ludzie tutaj są naprawdę milsi!

Jeśli ktoś pyta mnie, czym Polska różni się od Stanów, staram się unikać banału jakim jest „Ludzie tutaj są milsi”, ale tak naprawdę jest. W Polsce każdy patrzy w swój telefon, unika kontaktu wzrokowego, o rozmowie z nieznajomym można w ogóle zapomnieć. Tutaj wszyscy się do siebie uśmiechają, zagadują nawet tym trywialnym „How are you?”, powiedzą Ci, że masz fajne buty albo ładny makijaż. Kiedy bezmyślnie przenoszę ten zwyczaj do Polski i uśmiecham się do obcych, widzę taki niepokój w oczach „Czego ta baba się do mnie szczerzy? Pewnie coś chce”. Od komentarzy typu „Fajna torebka” już w ogóle się powstrzymuje, bo pomyślą, że chce ukraść. Jeśli ktoś od rana uśmiechnie się do Ciebie w windzie, naprawdę dzień jest odrobinę lepszy!

#53 Szukanie pracy w Stanach

Nastał ten długo wyczekiwany moment, kiedy mogę napisać, że mam pracę! Udało mi się znaleźć zatrudnienie w zawodzie i to za satysfakcjonujące mnie wynagrodzenie. 

Nie było jednak łatwo. Pracy szukałam 2 miesiące i był to bardzo intensywny okres. Nie przesadzę, jeśli powiem, że wysłałam z 200-250 resume. Nie były też to tylko te dwa ostatnie miesiące, proces zdobywania wszystkich pozwoleń, dokumentów trwa miesiącami. A wiara w siebie w tym czasie jest coraz niżej, niżej i niżej…

Najlepiej zacząć od tego, że jak tu przyjechałam, byłam na wizie, która nie pozwalała mi pracować. Nie bawiłam się oczywiście w nielegalną pracę, ponieważ wiążemy swoją najbliższą przyszłość ze Stanami, a nie chciałabym zacząć z takim wpisem w papierach. Po ślubie cywilnym w San Francisco miałam teoretycznie prawo pracować, jednak nadal nie miałam nowej wizy czy dokumentów na nowe nazwisko. Musiałam więc poczekać na podróż do Polski, a tam na nowy paszport i wizę. 

Po powrocie do Stanów zabrałam się do dzieła. A raczej CHCIAŁAM się zabrać do dzieła. W Kalifornii znam kilka Polek, które na pewno chętnie by mi pomogły i doradziły, jednak mój charakterek Zosi Samosi dał się we znaki i ja wszystko chciałam sama. Najtrudniej zapytać kogoś o pomoc albo poradę. Zamiast więc zapytać wprost osoby, które to przechodziły, ja wyszukiwałam wszystkie informacje sama, co wydłużało cały proces kilkukrotnie.

Z wcześniej zasłyszanych rozmów wiedziałam, że jest coś takiego jak SSN, czyli Social Security Number. Jest to odpowiednik polskiego peselu. Bez tego mało co można załatwić w Stanach. Udałam się do Social Security Administration, czyli biura, które zajmuje się m.in. nadawaniem takiego numeru. Jest to również miejsce przyznawania pomocy finansowej dla biednych czy niepełnosprawnych.

Z tego co czytałam w internecie, proces nadawania SSN trwa około 3-4 tygodni. U mnie przeciągnęło się od marca do…września. Wynika to też ze względu na to, że maj i czerwiec spędziłam w Polsce, ale i tak zajęło to bardzo długo. Nie do końca wiem, czym było to spowodowane, wydaje mi się jednak, że zostałam tym „szczęśliwcem”, którego dokumenty były wyjątkowo szczegółowo sprawdzane.

Jak dostałam SSN, przyszła kolej na pozwolenie na pracę. Aby je zdobyć, należy odpowiednie dokumenty wysłać aż do Phoenix i uiścić opłatę 500 dolarów. Po około 2-3 miesiącach przychodzi pocztą karta, podobna do polskiego dowodu, która jest pozwoleniem na pracę w Stanach. Jest to dokument z datą ważności, ale kolejne wyrobienie dokumentu jest tylko formalnością (płatną, niestety…).

Ja swoją dostałam w listopadzie, kilka tygodni przed wyjazdem do Polski. Ponieważ planowałam tam zostać około półtora miesiąca, nie szukałam już pracy przed wyjazdem, postanowiłam rozpocząć poszukiwania jak na dobre wrócę do Stanów.

Do Kalifornii wróciłam na początku lutego, wtedy zaczęłam szukać pracy. Chciałam znaleźć ją jak najszybciej, ponieważ wtedy mijało już aż półtora roku mojego bezrobocia i nie ukrywam, trochę paliłam się do roboty. Zależało mi jednak na pracy w zawodzie, nawet jeśli miało to oznaczać zarobki poniżej moich oczekiwań.

Postanowiłam, że będę wysyłać około 50 CV tygodniowo. Wiedziałam, że większość z nich i tak trafi do jakiegoś równoległego świata z nieobejrzanymi resume, chciałam więc maksymalnie zwiększyć swoje szanse chociażby na rozmowę. Nie dość, że takie spotkania są same w sobie stresujące, to ja musiałam je przeprowadzać w obcym języku. Chciałam więc przetrenować jak największą ich ilość.

Postanowiłam, że nie będę uderzać w takie wielkie firmy jak np. Google. Oni i tak są zasypywani tysiącami resume, a ja nie miałam doświadczenia ze Stanów i nie bardzo miałam kogo poprosić o referencje. A te są dla Amerykanów święte. Wiedziałam też, że na pewno nie chce pracować na tzw. front desku, czyli w recepcji (tych ofert było najwięcej) i w sklepach (nie mogę stać tyle godzin). Absolutnie nie uważam, że jest to coś złego, po prostu wiedziałam, że jest to rodzaj pracy, której ja nie chce lub nie mogę wykonywać.

Pierwszy telefon odebrałam po dokładnie dwóch tygodniach. Zadzwoniła do mnie agencja pracy. Na początku się trochę przestraszyłam, tacy pośrednicy kojarzą się głównie z wysyłaniem za granicę do prac fizycznych. Dowiedziałam się jednak, że jest to bardzo popularny sposób zatrudnienia w Stanach, zwłaszcza na początku kariery. Ja jestem w Stanach nowa, nie mam doświadczenia czy referencji, firmy boją się mnie zatrudnić. Może kradnę? Może jestem agresywna? Może nie umiem pracować w zespole? Wolą robić to właśnie przez agencje, żeby w razie problemów to oni się ze mną bujali, nie firma.

W takich agencjach wszystko dzieje się bardzo szybko. Tego samego dnia zostałam umówiona na rozmowę do firmy i…tego samego dnia została zaproponowana mi praca! Nie zdecydowałam się na nią, ponieważ nie była powiązana z tym co chce robić i niewiele bym się tam nauczyła, ale dodało mi skrzydeł.

Przez kolejne tygodnie sytuacja była podobna. To co zauważyłam, to to, że około 80% telefonów było z agencji. W późniejszym czasie wysyłałam oferty głownie do nich, bo tam miałam największe szanse na jakikolwiek odzew.

Agencje proponują zazwyczaj prace tymczasowe, z możliwością przedłużenia. Co to oznacza? Oznacza to, że firma chce pracownika na 2-3 miesiące okresu próbnego, kiedy to agencja tak naprawdę go zatrudnia i mu płaci, a po tym okresie można go zatrudnić na pełen etat pomijając już pośrednika jakim jest agencja. Z tego co zauważyłam przez te miesiące, to agencja zazwyczaj pobiera 50 procent wynagrodzenia. Czyli np. jeśli ja dostałabym stawkę 50 dolarów za godzinę (nie zarabiam tyle 😉 ) to agencja weźmie za godzinę mojej pracy 75 dolarów (50 dla mnie, 25 dla nich). Dlatego m.in. po pewnym czasie firma chce zrezygnować z pośrednika, aby nie płacić tak wysokich stawek.

Kolejny powód jest taki, że teraz nie zobowiązuje mnie żadna umowa. Teoretycznie więc mogłabym w poniedziałek nie pójść do pracy, bo np. mi się tam nie podoba i nie mogłyby zostać wyciągnięte żadne konsekwencje wobec mnie.

Obecnie pracuję jako Accounts Payable Coordinator. To stanowisko nie ma odpowiednika w Polsce, ale zapewniam was, że jest to praca z zakresu finansów i księgowości 😉 . Skończyłam właśnie swój drugi tydzień pracy i jak na razie jestem bardzo zadowolona!

Jakie mam wnioski po tym całym doświadczeniu?

  • Warto się przygotować na lokalny rynek pracy. Zrobiłam darmowe kursy z oprogramowań księgowych popularnych w Stanach, poduczyłam się też angielskiego Excela.
  • Jeśli sytuacja tego od nas nie wymaga, nie warto przyjmować pracy, której się „nie czuje”. Ja odrzuciłam 2 oferty. O jednej wam wspomniałam wyżej, a druga to była bardzo dobrze płatna oferta na stanowisko, na którym byłabym odpowiedzialna za…podawanie śniadań i obiadów prezesowi. Mimo, że zarabiałabym tam więcej niż teraz, to nie chciałam pracować w firmie, która kłamie już przy tworzeniu opisu stanowiska pracy. Przyszłam na rozmowę o pracę w finansach, wyszłam jako potencjalna kelnerka.
  • …Warto jednak zgodzić się na warunki finansowe poniżej oczekiwań. Jak wspomniałam wcześniej, Amerykanie mają obsesje na punkcie referencji, warto więc zaczepić się gdzieś nawet na kilka miesięcy, ponieważ później będzie dużo łatwiej znaleźć pracę, co w ogólnym rozrachunku wyrówna się z wcześniejszą, niższą pensją.
  • Zauważyłam, że warto jest wypisać ciekawe hobby w CV. Dzięki temu często rozmowa schodzi na ten temat i wypełnia czas przeznaczony na spotkanie. Co ważne, trzeba je wypisać dokładnie, tzn. zamiast „czytanie książek”, można napisać „skandynawskie kryminały”. Osoba rekrutująca może się wtedy odnieś do konkretnych tytułów czy autorów, a takie osobiste powiązania często dają dodatkowe punkty.

Nie chce się wymądrzać w kwestii szukania pracy i rozmów rekrutacyjnych bo absolutnie nie jestem ekspertem. Ale uważam to za swój mały sukces, że znalazłam satysfakcjonującą mnie pracę w Dolinie Krzemowej. Trzymajcie za mnie kciuki, a ja życzę powodzenia każdemu, kto jest lub będzie w podobnej sytuacji! Uda się 🙂 !

 

#52 Wielkanoc w Stanach, czyli w pogoni za kiełbasą

Spóźnione Wesołych Świąt!

U nas już po dawno po Wielkanocy, mimo, że jest dopiero 2 kwietnia. W Stanach niestety poniedziałek nie jest dniem wolnym od pracy.

Ponieważ niedawno byliśmy w Polsce, na Wielkanoc zostaliśmy w Stanach. Podobnie było rok temu, Wigilia w Polsce, te Święta – w Kalifornii. Powód jest prosty. W grudniu, między Bożym Narodzeniem, a Sylwestrem, wiele firm się zamyka, szefowie bardziej przychylnie patrzą na urlopy lub pracę z domu. Jest również więcej dni świątecznych, a zaraz po nich dochodzi Nowy Rok, czyli kolejny dzień wolny od pracy. W Stanach na Wielkanoc nie przypada żaden dodatkowy dzień wolny.

Będąc w Stanach, pokarmy i przedmioty do święconki warto zacząć zbierać kilkanaście dni wcześniej. Możliwe, że w miejscach gdzie skupiska Polaków są większe jest łatwiej, np. w Chicago czy w Nowym Jorku. Jednak tutaj trzeba się najeździć, naszukać i nazałatwiać, żeby zebrać wszystko co trzeba lub co wypada mieć.

Zacznijmy od koszyczka i od tego, że Amerykanie raczej nie obchodzą Wielkanocy. Jak pytałam swoje koleżanki amerykanki jak to wygląda u nich w domach, powiedziały, że jest to bardziej wydarzenie dla dzieci niż dla dorosłych. Popularne jest bowiem tutaj tzw. „egg-hunting”, czyli polowanie na jajka. Moda na tą aktywność powoli przenosi się do Polski, jeśli jednak ktoś się jeszcze z tym nie spotkał to wyjaśniam: jest to zabawa, która polega na szukaniu przez dzieci poukrywanych jajek, czy to w ogrodzie czy w domu. A do czego dzieci zbierają te zdobycze? DO KOSZYCZKA!

Właśnie dzięki temu jest dla nas szansa na kupienie koszyczka w okresie przedświątecznym. Wiadomo, że można znaleźć pojedyncze sztuki w działach z dekoracją, jednak nie ma tego zbyt dużo.

I tu pojawia się kolejny problem. Ponieważ jak przed chwilą wspomniałam, są to koszyczki dla dzieci, to łatwo sobie wyobrazić jak one wyglądają. Mają poprzyczepiane królicze uszy, wyglądają jak kurczaczek albo głowa Spidermana. Oczywiście nie ma nic złego w pójściu z takim koszyczkiem do kościoła, jednak ja wolałam coś spokojniejszego. Z dwa tygodnie temu w sklepie TjMaxx (nie, nie zrobiłam literówki, tak się nazywa ten sklep w Stanach) znalazłam spory koszyk wyłożony szarym materiałem z doszytymi uszami… Jaka wielka była moja radość, gdy zobaczyłam, że materiał można bez problemu wyjąć. W ten oto sposób dorobiłam się zwykłego, wiklinowego koszyka.

Bazie, rzeżucha, żonkile i inne roślinki: też nie jest łatwo. Ktoś mi powiedział, że w sklepie Trader’s Joe można kupić bazie. Nieważne, że jest nam tam kompletnie nie po drodze, jedziemy! Bazie muszą być! Kupiliśmy 3 badyle za 5 dolarów, które podobno miały zakwitnąć. Niestety, badyle badylami pozostały. Podobnie było z żonkilami. Kupiłam pęczek kwiatów za około 4-5 dolarów. Specjalnie, tak jak mama uczyła, kupiłam taki, gdzie jest najwięcej nierozwiniętych pączków, bo przecież wtedy dużej postoją. Niestety. Uschły w takim samym stanie w jakim przywiozłam je do domu. Podlewałam, przestawiałam na mniej lub bardziej nasłonecznione miejsce, niestety nic nie pomogło. Nie wiem czyja to wina, czy ja jestem słabą ogrodniczką, czy kwiaty jakieś takie nie bardzo, rezultat jest jeden: z amerykańskimi baziami i żonkilami już się nie lubię. Jedyny mój ogrodniczy sukces to rzeżucha! Koleżanka odsypała mi trochę ziarenek, które ładnie nam wyrosły przez ostatnie tygodnie. Bawi mnie jedynie to, że trudniej tu zdobyć rzeżuchę niż narkotyki, odsypywałyśmy sobie ziarna z takim skupieniem, jakby była to najdroższa kokaina 😉 .

W San Francisco znajduje się polski sklep Seakor, który szczyci się tym, że sam wyrabia sprzedawane wyroby mięsne. Ponieważ do SF jest dość daleko, to w pierwszą niedziele każdego miesiąca można kupić te produkty w polskim kościele w San Jose. Kolejka ustawia się wtedy do stoiska bardzo szybko, a wyroby znikają jeszcze szybciej. Nic dziwnego, zapach jest obłędny, zwłaszcza dla stęsknionych i wygłodniałych Polaków. W pierwszą niedzielę marca nadarzyła się więc okazja aby kupić np. kiełbasę do święconki. Ale tu pojawia się problem. Kupić tak wcześnie i zamrozić? Nie kupować i wybrać się w drugiej połowie miesiąca do San Francisco? Ja zdecydowałam się pójść na żywioł i szukać w późniejszym czasie kiełbasy lub wyrobu kiełbasopodobnego w sklepach z polskimi produktami w San Jose. Na całe szczęście udało się. Za dokładnie dwie kiełbaski zapłaciłam prawie 5 dolarów… A na opakowaniu złośliwie napisali „Easter sausage”, czyli „i tak ją kupisz polaczku, bez względu na to ile będzie kosztowała” 😉 .

W tym samym sklepie można było dorwać pojedyncze sztuki baranka cukrowego lub palemek, a także zestawy do farbowania jajek. Ja jednak swój zestaw kupiłam w sklepie Michaels, który sprzedaję rzeczy do rękodzieła, szycia, malowania itd. Tam również kupiłam sztuczny mech, którym chciałam nadać jakiejkolwiek żywotności naszej święconce i ozdobne króliczki o podejrzanych minach.

Jeśli chodzi o chleb i ciasto w święconce, to tutaj z pomocą przyszła moja koleżanka, Polka, która prowadzi własną, domową piekarnię (wspominałam już jakie Polki są przedsiębiorcze 😉 ?). Upiekła nam prawdziwy mini-chlebek i babkę.

W Wielką Sobotę nasza święconka prezentowała się tak:

Ja oczywiście nie byłam z niej zadowolona, wydawała mi się smutna bez bazi albo borówki. Ale jak na pierwszą prawdziwą święconkę w Stanach, dała radę (o tej z poprzedniego roku w ogóle zapomnijmy… zapomniałam ugotować wcześniej jajka i święciliśmy surowe….). Moja mama dyplomatycznie powiedziała „no…taka…nowoczesna!”. I załóżmy, że taka właśnie miała być 😉

Jeśli chodzi o śniadanie w niedzielę, to ponieważ nikt z naszych znajomych nie wyjeżdzał do Polski lub na wakacje, mogliśmy je spędzić w sporym gronie. Spotkaliśmy się w domu znajomych i było nas aż 18 osób. Były jajka faszerowane, pasztety, biała kiełbasa, sałatki jarzynowe, bigos, mazurki i wiele, wiele więcej więc było prawie jak w Polsce. No i przede wszystkim było słońce, a tego chyba w kraju zabrakło 😉 . Ale skoro nie było z nami naszych rodzin, to coś w zamian musieliśmy mieć 😉 .