#28 Coachella cz.1

Kilka dni temu wróciliśmy z festiwalu muzycznego Coachella. Był to drugi i jednocześnie ostatni weekend tegorocznej edycji, poprzedni odbył się tydzień wcześniej.

Coachella z roku na rok staje się coraz bardziej znanym festiwalem, nie tylko w USA, ale i na świecie. Powodem jest już nie tylko muzyka, ale również moda, lineup czy gwiazdy, które na niego przyjeżdzają.

Walka o Coachellę!

Według mnie są dwa główne powody dla których bilety na weekend numer 1 rozchodzą się szybciej niż na ten kolejny.

  1. Jest on znany jako ten, gdzie zjeżdża się cała młoda śmietanka towarzyska z pobliskiego Los Angeles. Wtedy cały świat obiegają zdjęcia Kylie Jenner, Rihanny czy Leonardo DiCaprio przechadzających się po festiwalu (DiCaprio może nie jest już taki młody, ale pewnie przyjeżdża tutaj na „łowy” 🙂 ). Cześć gwiazd próbuje być anonimowa nosząc maski na twarzy lub bluzy z kapturem, inne wręcz przeciwnie – ubierają się wyzywająco lub zgodnie z najnowszymi festiwalowymi trendami. Jednak mało kto umknie uwadze fotoreporterów lub innych festiwalowiczów.
  2. Pod względem muzycznym oba weekendy są takie same, w mediach więc skupiają się najbardziej na tym pierwszym. O drugim też oczywiście piszą, ale raczej w kontekście „Właśnie zaczął się drugi weekend Coachelli” i tyle.

Pierwsza pula biletów wychodzi około czerwca. Wtedy nie jest znany lineup, kupuje się bilety „w ciemno”. Coachella jednak nigdy nie zawodzi, więc jeśli ktoś może zaplanować sobie krótkie wakacje z takim wyprzedzeniem, warto połasić się na bilety już wtedy.

Druga partia biletów wychodzi w styczniu, zaraz po ogłoszeniu pełnej listy wykonawców. Wtedy zaczyna się istne szaleństwo. Jeśli komuś bardzo zależy na zdobyciu biletów, warto zaopatrzyć się w dobry internet, cierpliwość i kilka urządzeń z łączem internetowym 😉 .

My kupowaliśmy bilety właśnie w styczniu. Stronę Coachelli mieliśmy otworzoną na dwóch komputerach, dwóch telefonach i tablecie. Próbowaliśmy kupić bilety zarówno na pierwszy, jak i na drugi weekend. Udało nam się „dopchać” po bilety po około dwóch godzinach. Już wtedy kilka opcji było wykupionych, np. pola namiotowe.

Styczniowa sprzedaż jest ostatnią okazją na kupienie biletów od oficjalnego sprzedawcy, później zostaje polowanie na bilety z drugiej ręki.

My rok temu (na edycję 2016) mieliśmy bilety na weekend drugi, ale ponieważ byliśmy wtedy w Polsce i woleliśmy pojechać za te pieniądze na dwutygodniowe wakacje do Azji, zdecydowaliśmy się na sprzedaż naszych wejściówek. Bez problemu się ich pozbyliśmy, mieliśmy pełno ofert z różnych stron świata.

Przygotowanie do festiwalu

Bilety przychodzą pocztą na kilka tygodni przed festiwalem. Jest to spore pudełko z opaskami na rękę, które trzeba aktywować w aplikacji mobilnej. Dodatkowo dostaliśmy naklejki, modele do składania, informator, shuttlepassy (karty pozwalające na korzystanie z autobusów dowożących na festiwal) i kalendarz.

Tak jak napisałam wcześniej, nie zdążyliśmy kupić pola namiotowego, wszystkie były już wykupione. Musieliśmy więc na te kilka dni znaleźć sobie nocleg. Zdecydowaliśmy się na hotel w Palm Springs. Jest to odpowiednio daleko od festiwalu, aby ceny były już niższe, ale też odpowiednio blisko, aby dojeżdżał tam festiwalowy autobus. Jak widać, Coachella to nie tylko dobra zabawa, ale też spora logistyka 😉 .

Dwa lata temu też mieliśmy szczęście być na Coachelli. Wtedy nocowaliśmy na polu namiotowym. Atmosfera jest świetna, to prawda, ale dla mnie temperatura jest trochę za wysoka, aby naprawdę czerpać z tego radość. Jedzenie, kosmetyki, napoje – wszystko jest w pustynnej temperaturze albo w ciekłym stanie skupienia. Dla osoby takiej jak ja, która nosi szkła kontaktowe, nieszczególnym przeżyciem jest włożenie sobie podgotowanej soczewki do oka i to na pustyni, gdzie co chwilę zawiewa piaskiem 😉 . Do pryszniców są spore kolejki, a w sumie nie wiem dlaczego, bo po przejściu kilku kroków jest się i tak spoconym 😛 . Podsumowując: jeśli chodzi o Coachellę – wolę zakwaterowanie w budynku z łazienkami, jeśli chodzi o camping w parku narodowym gdzie jest cień, wiatr, mniej ludzi – chętnie przenocuję pod namiotem 😉 .

(Oczywiście to jest moje osobiste zdanie, jeśli ktoś woli camping – super, na pewno ma się wtedy dużo bliżej na festiwal 🙂 )

No i najważniejsze: styl! Przecież to jest na Coachelli najważniejsze!

Oczywiście żartuję, nie jest to najważniejsze, ale nie ma się co oszukiwać, jest to też impreza modowa. Coachella, ponieważ odbywa się już w kwietniu, otwiera często sezon festiwalowy. Wiele magazynów czy portali pisze, że to właśnie Coachella wytycza modowe trendy na dany rok. I nie ma się co oszukiwać, każdy (a przynajmniej każda) chce w mniejszym lub większym stopniu dobrze wyglądać przez te trzy festiwalowe dni.

Ja nie kupowałam żadnych ubrań z przeznaczeniem tylko na Coachellę, wybrałam coś ze swojej szafy. Ale nie będę nikogo oszukiwać, że wrzuciłam do walizki pierwsze, lepsze ciuchy. Poprzymierzałam zestawy w domu, wybrałam do tego jakąś biżuterię. Na pewno poświęciłam na to kilkanaście dobrych minut (no dobra, godzinę).

Jednak absolutnie nie wyśmiewam czy nie szydzę z osób, które poświęcają na to dużo więcej czasu i zaczynają o tym myśleć już kilka tygodni przed. Nie ukrywam, że na festiwalu jest pełno świetnie ubranych osób, na niejedną z nich spojrzałam z zazdrością myśląc „Kurde, trzeba było się bardziej przyłożyć”.

CIekawostką jest fakt, że festiwal jest aż tak popularny, że firma odzieżowa H&M wypuszcza co roku specjalną kolekcję ubrań na Coachellę. Jest to dobra opcja, jeśli ktoś szuka festiwalowej stylizacji na ostatnią chwilę, jednak trzeba się liczyć z tym, że spotka się sporo osób ubranych tak samo. Kolekcja nie jest droga, jednak są to tak ubrania typowo festiwalowe, ciężko będzie je więc wykorzystać na codzień.

cdn.

#27 Wizyta w sklepie z polskimi produktami

Zostało już kilka dni do Wielkanocy! Bardzo ważne jest dla mnie kultywowanie polskich i świątecznych tradycji, które nabyłam przez lata w rodzinnym domu. Pewnie brzmi to dość górnolotnie, ale zależy mi na tym, aby mimo przeprowadzki do innego kraju, pamiętać skąd się jest 🙂 .

Jakiś czas temu, na spokojnie, zaczęłam kompletować sobie produkty do święconki. Wiedziałam jednak, że problem będzie z kiełbasą i pieczywem (wolałam uniknąć wkładania do koszyczka bekonu i chemicznego chleba tostowego).

Koleżanka podpowiedziała mi, żebym odwiedziła w tym celu polski sklep. Miałam w pamięci, że jest kilka takich miejsc w Zatoce, ale tak naprawdę nie zastanawiałam się jakie produkty tam znajdę. Spodziewałam się bardziej tych, które mają kilkumiesięczny okres przydatności do spożycia, czyli słodyczy czy alkoholi.

Wybrałam się do Slavic Shop w San Jose. Od naszego miejsca zamieszkania jedzie się tam około 20 minut poza godzinami szczytu (specjalnie to podkreślam, ponieważ w godzinach szczytu 20 minut może się zamienić w półtorej godziny 🙂 ). Sklep z zewnątrz nie wygląda może imponująco, ale absolutnie mnie to nie zniechęciło. To miejsce ma bardzo dużo pozytywnych opinii w internecie, poza tym sama zobaczyłam, że jest w nim całkiem spory ruch.

Liczyłam trochę na to, że obsługa w sklepie będzie polska. Zawsze miło zamienić z kimś kilka słów w ojczystym języku. Nadstawiałam więc uszu za każdym razem jak jego pracownicy ze sobą rozmawiali. Okazało się jednak, że są to Rosjanki. Blisko, ale jednak nie to samo 😉 .

W sklepie można znaleźć przede wszystkim polskie i rosyjskie produkty (lub ukraińskie, niestety nie rozróżniam ich). Już na wejściu zobaczyłam ptasie mleczko. W tym momencie plany zakupu jedynie poszukiwanej kiełbasy do święconki legły w gruzach i skończyły się na zostawieniu w sklepie ponad 35 dolarów.

Dużo produktów kupiłam dla K., jego ulubione kinderki, kinder bueno czy kabanosy (kupiłabym więcej, ale oboje staramy się wyszczuplić do ślubu 🙂 ). Dla siebie kupiłam zwykły, biały twarożek, którego tak mi brakuje w amerykańskich sklepach. Kupiłam też masło, pieczywo (niestety pakowane, nie było świeżych wypieków) i trochę wędliny (tego też nie ma w tutejszych sklepach).

Sklep ma podobne produkty jak typowy, polski spożywczy. Jeśli ktoś by się uparł na kupowanie tylko w nim, na pewno znalazłby tam wszystko czego potrzebuje. Znalazłam tam nie tylko gotowe produkty, ale również przyprawy, oleje, kostki rosołowe, proszki do pieczenia, kosmetyki, mrożonki, duży wybór mięs czy wędlin, a nawet ludwika do mycia naczyń 🙂 . Były również wielkanocne produkty takie jak baby, mazurki czy małe palemki do święconek. Za ladą widziałam również leki (w większości rosyjskie/ukraińskie). Brakowało jedynie polskiej prasy.

Przy wybieraniu wędliny, zorientowałam się, że nie mogę poprosić o np. „30 deko”, tak jak zazwyczaj robiłam w Polsce, ponieważ tutaj stosuje się inne jednostki masy (funty). Dogadałam się z Panią na „slices” czyli „plastry” 🙂 .

Próbowałam również zdobyć kiełbasę krakowską dla K., ale niestety nie było. Mają ją tylko raz w miesiącu!

Podsumowując, jest to trochę za daleko na codzienne zakupy, ale na pewno będziemy tam wpadać od czasu do czasu po jedzenie. Dziwnie było zobaczyć polskie produkty wycenione w dolarach i to w sklepie, do którego jedzie się przez pół miasta. Jeszcze niedawno miało się je na wyciągnięcie ręki w każdym sklepie na rogu.

Nie pamiętam kiedy ostatnio w Polsce kupiłam np. ptasie mleczko. Tutaj, tak bardzo kojarzy mi się z domem, że nie wyobrażałam sobie nie zabrać go ze sobą. Dawno również zwykły twarożek nie wywołał u mnie tylu emocji. W Polsce zazwyczaj był w lodówce, wystarczyło do niej podejść i wziąć. Tutaj trzeba zrobić po niego specjalną wyprawę, kupić na zapas i koniecznie zjeść każdy okruszek z opakowania.

Sytuacje, że taka krakowska jest raz w miesiącu albo że muszę się zastanawiać w jakich jednostkach poprosić „polędwicę sopocką”, sprawiają, że to są dla mnie PRAWIE polskie produkty.

Podobno w San Francisco jest sklep, w którym pracują Polacy. Już planuję kiedy ich odwiedzę. Wtedy powiem sobie to swoje „poproszę 30 deko” 🙂 .

Moje zakupy:

Rachunek:

#26 Wielkanoc, pożar i dinozaur w święconce

Ostatnie miesiące są u nas dość spokojnie na co absolutnie nie narzekamy. Jesteśmy tutaj razem od połowy lutego i tak zostaje do połowy maja. Wtedy ja lecę do Polski, K. dołącza do mnie dwa tygodnie później. Po co się tam wybieramy? Czeka nas takie jedno ważne wydarzenie 😉 . Biała suknia, kościół i te sprawy…

Tak jak zaraz po przyjeździe do Stanów każdy weekend spędzaliśmy aktywnie jak prawdziwi turyści, tak teraz zaczynamy tutaj bardziej żyć jak u siebie, weekendy są dla nas czasem na odpoczynek (a szczególnie dla K., ja się w tygodniu jeszcze nie przemęczam 🙂 ). Dowodem na to jest chociażby fakt, że od miesiąca nie byliśmy w San Francisco. Kiedyś weekend bez wycieczki do SF nie był poprawnie spędzonym weekendem.

Ostatnio bardziej skupiamy się na poznawaniu naszej okolicy i naszego San Jose. Kiedyś woleliśmy spędzić godzinę w samochodzie i zobaczyć SF, niż 15 minut w przeciwną stronę do centrum SJ. Okazuje się, że to nasze miasto, które uważaliśmy za sypialnię Doliny Krzemowej, nie jest takie złe. Ma ładne miejsca, osiedla, dobre restauracje i niezłe bary. Cudze chwalicie, swego nie znacie 🙂 .

Któregoś dnia zrobiliśmy sobie również wycieczkę do Los Gatos. Jest to miejscowość, w której znajduje się siedziba Netflixa (coś w rodzaju internetowej telewizji). Miasteczko małe (około 30 tysięcy mieszkańców), ale za to bardzo bogate. Co drugi samochód to Porsche, co piąty Ferrari. Głowna ulica to przede wszystkim sklepy meblowe (ale cenowo nie jest to Ikea 😉 ). W Los Gatos znajduje się również restauracja z 3 gwiazdkami Michelin (na całym świecie jest tylko 120 restauracji z tym najwyższym wyróżnieniem).

Wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc! Większość osiedli ma wspólną przestrzeń dla mieszkańców, którą można rezerwować na różne wydarzenia. Jest to zazwyczaj spore pomieszczenie z kuchnią, stołem na kilka osób, kanapami, telewizorem. Niestety nie jest to darmowe, u nas 5h kosztuje $300. Organizujemy więc Wielkanoc u nas w domu. Będzie około 12-15 osób (część jeszcze się nie określiła 😉 ).  Od kilku dni (ku niezadowoleniu K.) biegam po sklepach i przygotowuje się do tego dnia. Będzie tak bardzo tradycyjnie, jak tylko pozwolą na to amerykańskie standardy. W planach jest żurek, biała kiełbasa, mazurki i babki. W Wielką Sobotę idziemy również do POLSKIEGO kościoła ze święconką.

W amerykańskich sklepach jest sporo wielkanocnych rzeczy do kupienia, widać jednak, że tutaj jest to inne święto niż w Polsce. Przede wszystkim poniedziałek nie jest tutaj dniem wolnym. Nigdzie w sklepach nie widać produktów do tradycyjnych, wielkanocnych potraw, wszystko się skupia raczej na słodyczach i dzieciach. Problemem jest znalezienie bazi czy żonkili. Zauważyłam również, że praktycznie niemożliwe jest znalezienie na wielkanocnych produktach baranków czy kurczaczków. Wiem, że brzmi to śmiesznie, ale do dzisiaj nie znalazłam baranka do święconki, jestem bliska poddania się i włożenia do koszyczka figurki dinozaura.

Z ciekawszych wydarzeń, to w ten weekend w nocy z soboty na niedziele o godzinie 2.30 włączył się alarm pożarowy na całym osiedlu. Włącza się on w każdym mieszkaniu, jest to tak głośny i nieprzyjemny dzwięk, że obudziłby chyba każdego. Jak doszliśmy trochę do siebie, ubraliśmy się i wyszliśmy przed budynek. To, co pozytywnie mnie zaskoczyło, to fakt, że po pierwsze nikt nie panikował, po drugie wszyscy wiedzieli co mają robić, że trzeba się jak najszybciej ubrać, nie brać ze sobą innych rzeczy i wyjść drogą ewakuacyjną na zewnątrz. Najśmieszniejsze jest to, że dopiero w takiej sytuacji, w piżamach, poznaliśmy sąsiadów ze swojego piętra.

Do końca nie wiemy co było powodem alarmu, po około 15 minutach pojawiła się  straż pożarna, alarm spowodowało COŚ we wspomnianym wyżej wspólnym pomieszczeniu dla mieszkańców. Po krótkim czasie alarm został wyłączony i pozwolili nam wrócić do mieszkań.

To tyle nowości z naszego amerykańskiego życia 🙂

Życzę wszystkim wesołych Świąt Wielkanocnych!