#33 Czy trudno dostać wizę do Stanów?

Nie. I tak naprawdę na tym mogłabym zakończyć post 😉 .

W internecie jest pełno poradników skupiających się na stronie formalnej wniosków wizowych. Są one niezwykle pomocne, sama z nich korzystałam. Ja chce się jednak skupić bardziej na czynniku ludzkim. Czy ciężko dostać wizę? Jak to wygląda? Czy jest się czym stresować?

W okresie niskiego sezonu sprawę można załatwić w 2 tygodnie od początku do samego końca, czyli fizycznego dostania paszportu z wizą. Przed wakacjami i w ich trakcie może się to wydłużyć do 3-4 tygodni ze względu na ilość wniosków.

Przede wszystkim nie warto kupować biletów lotniczych przed dostaniem wizy. Na stronach, na których składa się wniosek wizowy, podkreślają to na każdym korku. Mimo, że wizę stosunkowo łatwo dostać, to kupiony bilet nam w tym nie pomoże. Jeśli są jakiekolwiek podstawy do odmówienia przyznania wizy, to są one zapewne na tyle poważne, że zakupiony już bilet nic nie zmieni.

Należy jednak wiedzieć kiedy mniej więcej chce się polecieć  do USA i w jakich miejscach będzie się przebywać. Te informacje są potrzebne przy wypełnianiu wniosku wizowego. Należy tam podać PRZEWIDYWANE daty (nikt nie będzie z tego rozliczał co do dnia) i adres (jeśli nie jedzie się do rodziny, to można podać adres hotelu).

Zanim w ogóle zacznie się proces wypełniania wniosku wizowego, warto zrobić zdjęcie. Po pierwsze, potrzebne jest wyłącznie w wersji elektronicznej, ale często fotograf i tak w pakiecie drukuje te w wersji papierowej. Po drugie, ich format jest inny niż do dowodu czy prawa jazdy. Jeśli powie się fotografowi, że potrzebne jest zdjęcie do amerykańskiej wizy, to powinien wiedzieć o jakie chodzi. Od razu uprzedzam, nie są zbyt korzystne…

Następnie należy zapłacić. Na chwile obecną opłata wynosi 160 dolarów, nietrudno więc zgadnąć, że w PLN (a to w nich płaci się za wizę) kwota będzie się wahać w zależności od kursu dolara. Obecnie jest on dość niski, dobry czas na opłaty wizowe 😉 .

Można oczywiście zacząć wypełniać wniosek wizowy zanim dokona się opłaty, jednak w ambasadzie można ustalić datę spotkania dopiero po zaksięgowaniu wpłaty, warto więc zrobić to jak najwcześniej.

Podsumowując:

  1. Należy zrobić odpowiednie zdjęcie,
  2. założyć konto na tej stronie, jest ono niezbędne do ubiegania się o wizę,
  3. należy uiścić opłatę,
  4. wypełnić wniosek wizowy DS-160 (tutaj będzie potrzebne wspomniane zdjęcie, cały wniosek jest w języku angielskim, można jednak bez problemu znaleźć w internecie dokładne tłumaczenia poszczególnych pytań, np. tutaj),
  5. umówić się na rozmowę z konsulem.

Jeśli chodzi o sam wniosek DS-160, to momentami trudno nie parsknąć śmiechem. Można znaleźć tam pytania takie jak: „Czy przyjeżdżasz do USA aby zaangażować się w nierząd lub w inne niezgodne z prawem występki, albo czy byłeś/aś w ciągu ostatnich 10 lat zaangażowany/a w prostytucję lub stręczycielstwo?”, „Czy kiedykolwiek uczestniczyłeś/aś w hadlu ludźmi na terenie USA lub poza USA?” lub „Czy jesteś członkiem lub przedstawicielem organizacji terrorystycznej?”. Jednak to co ważne, nigdy nie należy kłamać w wypełnianym wniosku wizowym. W obecnej dobie wszechobecnej cyfryzacji, jak łatwo się domyślić, odpowiednie organy wiedzą o nas dużo więcej niż nam się może wydawać. Nie warto więc być kłamczuchem 😉 . To, że jest się na przykład byłym wojskowym lub policjantem i w pytaniu o używanie broni palnej odpowie się twierdząco, nie oznacza, że nie mamy szans na wizę. Wręcz przeciwnie, takie osoby są traktowane na równi z innymi, oni też przecież mają prawo podróżować (nie polecam jednak zabierać do USA tej broni ze sobą 😉 ).

Jak wygląda samo spotkanie w ambasadzie? Przede wszystkim nie ma co sobie wyobrażać spotkania z ambasadorem przy wielkim dębowym biurku, nikt nie naleje nam whisky i nie będzie z nami gawędził o życiu. Znam takiego jednego, co liczył na takie spotkanie 😛 . Jest bardziej jak…na poczcie.

Przede wszystkim nie warto przychodzić dużo wcześniej. Jeśli spotkanie jest na 10, to przyjście na 8 nic nie zmieni. Możemy nie zostać wpuszczeni do budynku, a w zimie może to nie być przyjemne doświadczenie. Po prostu trzeba przyjść chwilę przed, ważne, żeby się nie spóźnić. A i to pewnie by przeszło.

Przy wejściu do budynku trzeba zostawić wyłączony telefon komórkowy. Ponieważ cały pobyt w ambasadzie może trochę trwać (do około 2 godzin), polecam wziąć sobie coś do czytania (tylko nie na elektronicznym urządzeniu!).

Wszystko odbywa się w niedużej sali podzielonej na 3 sekcje. Jeśli dobrze pamiętam, to w pierwszej sprawdzają dokumenty, w drugiej pobierane są odciski palców, a w trzeciej odbywa się TA rozmowa.

Zazwyczaj przeprowadza ją obywatel amerykański ale mówiący po polsku, nie trzeba się więc stresować nieznajomością języka. Rozmowa jest w miłej atmosferze, pytają o kilka podstawowych informacji, np. gdzie się jedzie, gdzie się pracuje, kogo się odwiedza itd. Absolutnie nie wygląda to jak przesłuchanie ze skierowaną w naszą twarz lampą 🙂 . Przedstawiciel ambasady zazwyczaj robi coś na komputerze i jednocześnie zadaje nam te pytania. Jeśli chodzi o długość rozmowy, to cieżko mi powiedzieć. Moje zazwyczaj trwały dosłownie kilka minut (miałam dwie rozmowy, jedną w związku z wizą turystyczną, drugą z małżeńską), jednak zdarzało się, że osoby w sąsiadujących okienkach spędzały przy nich dużo więcej czasu. Wydaje mi się jednak, że mogły one tam być w związku z innymi wizami (pracowniczymi, studenckimi itd.). do których potrzebne jest dużo więcej dokumentów.

Tak jak wspomniałam, ja byłam w ambasadzie dwa razy. Spędzałam w nich po około 2 godziny i nigdy mi się nie zdarzyło być świadkiem, że komuś nie przyznano wizy, a widać to, ponieważ jeśli wizę się otrzymało, dostaję się broszurę z dalszymi informacjami.

Statystyki mówią, że co 10 osoba nie otrzymuje wizy amerykańskiej. Nie należy im jednak bezrefleksyjnie wierzyć. Jeśli jest się osobą, która ma tutaj pracę, rodzinę, studia lub cokolwiek innego co ją tutaj trzyma, nie ma przeciwskazań do otrzymania wizy. Mogą jej nie dostać osoby, które są bezrobotne, a rodzinę mają w USA, które kiedyś przebywały w Stanach nielegalnie lub które mają różnego rodzaju wyroki. A to nadal o niczym nie przesądza! To są tylko przykłady, w przypadku których konsul może się zawahać nad przyznaniem wizy.

Jeśli wiza zostanie przyznana, to paszport zostawiamy w ambasadzie. Na jego dostarczenie można wybrać dwie opcje. Odbiór w punkcie kurierskim w naszym mieście lub najbliższym większym (bezpłatne) lub dostarczenie do domu (płatne). Zajmuje to maksymalnie około tygodnia, kiedy dostajemy informację, że nasz dokument jest gotowy do odbioru.

Czy warto więc stresować się procesem wizowym? Absolutnie nie! Jeśli wszystko zostanie wykonane zgodnie z instrukcjami i nie mamy nic na sumieniu, wiza zostanie przyznana.

Ostatnio o wizę ubiegała się moja mama (jest teraz u nas na 3 tygodnie). Bardzo stresowała się samą rozmową, bała się, że nie dostanie wizy. Po wizycie w ambasadzie sama się śmiała z tego jak panikowała, powiedziała, że wygląda to naprawdę jak poczta z okienkami i numerkami do nich, obsługa jest bardzo miła, a rozmowa ekspresowa.

Na razie nie zanosi się na to, aby wizy miały zostać dla Polaków zniesione. Jeśli ktoś więc się cały czas waha, zachęcam do zabrania się za ubieganie o wizę. Zazwyczaj jest ona przyznawana na 10 lat, zdąży się więc ją wykorzystać 🙂 .

#32 Odwołany lot: 500 dolarów w 28 godzin

Po dwóch miesiącach w końcu wróciłam do Cali! Lot powrotny mam kupiony dopiero na drugą połowę grudnia, zapowiada się więc najdłuższa rozłąka z rodziną i Polską.

Lot kupowałam na kilka dni przed planowaną podróżą. Kryteria były takie jak zawsze: cena, jak najkrótszy czas trwania podróży (około 14h), tylko jedna przesiadka – koniecznie w Europie. I jeszcze jeden warunek: jeśli przylatuję w dzień roboczy, to najlepiej po 17-18. Tak, żeby K. mógł mnie odebrać nie urywając się wcześniej z pracy. Oczywiście zawsze mogę skorzystać z Ubera, jednak taka „przyjemność” z lotniska SFO do naszego domu kosztuje około 100$.

Tym razem miałam mieć po raz pierwszy przesiadkę w Monachium. Nie jest to oczywiście istotne, zwłaszcza jeśli jest się tam tylko godzinę i to spędzoną w biegu. Jednak ja interesuję się samolotami i lotniskami, zawsze więc gdzieś tam w głowie odhaczam sobie kolejne lotniska na których jestem.

Na Okęciu w Warszawie pojawiłam się o czasie, oddałam bagaż, przeszłam kontrolę osobistą, usadowiłam się wygodnie przy swoim gate’cie. Wszystko na czas, bez opóźnień i utrudnień. Do czasu.

Najpierw pojawiło się 10-minutowe opóźnienie lotu do Monachium. Mimo, że na przesiadkę miałam około godzinę, starałam się nie przejmować, bieganie po lotniskach mam już opracowane 😉 . Te 60 minut może wydawać się wystarczająco długim czasem, jednak często jest tak, że po pierwsze, lotniska, które są hubami przesiadkowymi są bardzo duże, a po drugie, jak na złość, loty krótkodystansowe odprawiane są z innych terminali niż te międzykontynentalne (m.in. ze względu na wielkość samolotów). Zdarzało mi się tak, że wysiadałam z samolotu, sprawdzałam na najbliżej tablicy odlotów mój terminal i gate, a obok zauważałam informację „Do Terminalu X – 40 minut pieszo” – i rozpoczynał się bieg z przeszkodami 😉 .

Kolejny komunikat informował o opóźnieniu o kolejne 15-20 minut. Tutaj zaczęło mi się robić gorąco. Wiedziałam jednak, że jeśli poinformuję obsługę o problemie odpowiednio wcześniej, kolejny samolot może na mnie „poczekać” – spóźnienie nie byłoby przecież z mojej winy.

Kolejna informacja „rozwiała” moje obawy. Poinformowano nas, że z powodów technicznych samolot nie poleci. Powiedziano nam również, że musimy odebrać swój bagaż i udać się do stoiska Lufthansy w celu zmienienia rezerwacji.

Wszyscy oczywiście na hura naskoczyli na Bogu ducha winną obsługę gate’a. Z tego co słyszałam, to dostało im się nie tylko po polsku, ale i po niemiecku, angielsku, i polsko-angielsku (język Joanny Krupy – „to jest outrageous, jesteście not serious” 😉 .

Domyśliłam się, że to niewiele da i udałam się po odbiór bagażu. Nie było mi do śmiechu, martwiłam się, że dostanę lot na następny dzień albo jeszcze później. Wtedy co prawda, musiałabym mieć zapewniony hotel, ale dużo bardziej wolałam siedzieć w tym przeklętym samolocie i być już w drodze do domu.

Samolot, który miał nas zabrać do Monachium nie był duży, oceniam, że mieściło się w nim około 80-100 osób. Doszłam jednak do wniosku, że jeśli nagle te 100 osób ustawi się w kolejce po zmianę rezerwacji, to może to trochę zająć. Domyśliłam się też, że linie lotnicze będą się starały „upychać” pasażerów na różne najbliższe loty, tak, aby nie płacić za wspomniany wyżej nocleg. Kto będzie pierwszy przy stoisku linii lotniczych, ten lepszy, bo dostanie wcześniejszy lot.

Wpadłam więc na pomysł, że zamiast czekać w kolejce, zadzwonię wcześniej do linii lotniczych i w ten sposób zmienię rezerwację. To cwaniactwo wyszło mi na dobre, nie dostałam co prawda biletu na lot do LA na za dwie godziny, ponieważ był już pełen, ale udało mi się zmienić rezerwację na lot do Chicago i następnie do San Francisco na za cztery godziny. Oczywiście nic nie dopłacałam ale musiałam na nowo nadać bagaż, przejść kontrolę osobistą itd.

W jednym ze swoich pierwszych postów na tym blogu pisałam, że odradzam kupowania biletów do USA z przesiadką w tym kraju. Dlaczego? Ponieważ trzeba zostać wpuszczonym do Stanów już „na przesiadce”, a to wiąże się z koniecznością odebrania bagażu głównego i przechodzenia całego tego procesu na nowo. I oto mam! Przesiadka w Chicago! Pokarało mnie za to moje mądrzenie się 😉 .

Lot do Chicago, polskiej osady 🙂 , był realizowany przez nasze krajowe linie LOT. Miałam więc okazję lecieć tym osławionym Dreamlinerem. Meh, samolot jak samolot. Pamiętałam jedynie, że ten model sporo się psuł zaraz po oddaniu do użytku, modliłam się więc, żeby nie było powtórki z rozrywki jak z lotem do Monachium 😉 .

Fajnie mieć nowe doświadczenie, czyli lot na długiej trasie z polską obsługą, pilotem i filmami w rodzimym języku. Minus był taki, że nie mogłam na przykład popracować na laptopie, bo wiedziałam, że zaraz jacyś ciekawscy będą mi przez ramię patrzeć co robię (bardzo tego nie lubię, nie mogę się wtedy skupić). W liniach zagranicznych nie ma tego problemu – jeśli już w ogóle jest jakiś polak w samolocie to daleko ode mnie. No i najważniejsze! Podczas tego lotu alkohol był…PŁATNY!!! Jak to?? W innych liniach lotniczych na trasach transatlantyckich zawsze można dać w palnik za darmo 😉 ! (Ja nie pije alkoholu, ale niektórzy czasami mocno nadrabiają za mnie).

Przesiadka w Chicago przebiegła nadzwyczaj ekspresowo i bez problemów. Jedynie na granicy przy sprawdzaniu wizy Pan skomentował, że młodo wyszłam za mąż… 26 lat to młodo?

(K. ma w sierpniu urodziny. Rozważaliśmy zatem weekendowy wyjazd urodzinowy. Ja chciałam do Chicago, Kamil do Portland. Swoją propozycję chyba mam już „trochę” odhaczoną 😉 .)

Na lotnisku SFO byłam o 2 w nocy, czyli 7 godzin później, niż zakładał pierwotny plan podróży. Na lotnisku w Warszawie byłam zła na całą sytuację, mimo, że jest to niczyja wina (no, może trochę mechaników). Ale później było mi już wszystko jedno, chciałam po prostu znaleźć się w domu, wyprostować powykręcany we wszystkie strony kręgosłup, wziąć prysznic i pospać w komfortowych warunkach.

A teraz najlepsza część. Według unijnych przepisów, w takim przypadku jak mój, należy się odszkodowanie. Jego wysokość zależy od odległości (do 1500 km – 250 euro, powyżej 1500 km w UE i 1500-3000 km poza UE – 400 euro, powyżej 3000 km – 600 euro) i od tego o ile później przybędziemy do miejsca docelowego w stosunku do pierwotnego planu podróży. Jeśli mniej niż 4 godziny to powyższe kwoty mogą zostać zmniejszone o 50%. Napisaliśmy już oczywiście do Lufthansy w tej sprawie (tak Lufthanso, pamiętam o swoich prawach) i czekamy na odpowiedź.

W takich przypadkach warto szukać podpowiedzi w internecie. Jeśli lot jest opóźniony to pasażerowi należy się np. posiłek. Linie lotnicze powinny dać mu voucher lub oddać pieniądze za przedstawione rachunki. Jeśli bagaż się zagubi, linie lotnicze powinny wypłacić dietę na artykuły pierwszej potrzeby lub, tak jak wyżej, oddać pieniądze. Nie ma co liczyć, że przewoźnik sam będzie przypominał o prawach pasażera, liczą oni niestety na niewiedzę i niepewność ludzką. Dla nich to tylko zysk.

Do całej sytuacji podeszłam z dystansem. Lepiej wydłużyć podróż o kilka godzin, niż później mieć awaryjne lądowanie na obcym lotnisku. Każda sytuacja czegoś uczy. Ta na przykład wyedukuje mnie z przepisów unijnych i przy okazji może podreperuje domowy budżet 😉 .

#31 Tajemnica 2016 roku: Ślub w San Francisco

Jestem obecnie w Polsce. Przyjechałam tutaj na dwa miesiące ze względu na studia i ślub kościelny, który odbył się 17 czerwca 2017 roku. Tę datę wybraliśmy prawie 2 lata temu, zaraz po zaręczynach.

Jednak w międzyczasie trochę się pozmieniało. Mowa oczywiście o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Pojawił się więc problem: jak mogę legalnie przebywać w Stanach, skoro nie jesteśmy JESZCZE małżeństwem?

Przez krótki okres czasu przebywałam tam na wizie turystycznej. Ma jednak ona swoje ograniczenia. Przede wszystkim niemożliwe jest podjęcie jakiejkolwiek pracy. Nie można również rozpocząć starania się o wszystkie niezbędne dokumenty do jej podjęcia (numer SSN, pozwolenie o pracę, prawo jazdy itd.). Co więcej, nie można przebywać na terenie USA dłużej niż 6 miesięcy. Pół roku to długi okres czasu, jednak jak wskazuje sama nazwa wizy, przeznaczona jest dla turystów, nie dla rezydentów. Postanowiliśmy więc, w niezwykle romantyczny sposób 😉 , że pobierzemy się wcześniej.

Początkowo ślub miał odbyć się w Polsce w okresie świąt Bożego Narodzenia. Planowaliśmy zaprosić najbliższą rodzinę i wziąć ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego w Łodzi. Okazało się jednak, że polskie prawo trochę nam to utrudnia.

Aby wziąć ślub cywilny, na najpóźniej miesiąc przed, trzeba podpisać tzw. zapewnienie o braku przeszkód do zawarcia małżeństwa. Ponieważ pomysł szybszego ślubu pojawił się już po wyjeździe do Stanów, a K. wracał do Polski na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, nie było możliwości podpisania przez niego tego dokumentu (trzeba go podpisać w obecności urzędnika).

Podpowiedziano nam, żebyśmy pojechali to załatwić w Ambasadzie w Los Angeles. Moglibyśmy uzyskać ten dokument u tamtejszego urzędnika, a następnie wysłać go do Polski. Okazało się jednak, że potrzebny do tego jest akt urodzenia. K. musiałby więc pisać upoważnienia do urzędów, następnie po jego odbiorze, akt musiałby zostać wysłany do nas do USA.

Chociaż ciężko nam to przyszło, żeby zrezygnować ze ślubu w Polsce, to uznaliśmy, że to za dużo zamieszania i skoro mamy jechać do Ambasady w Los Angeles, żeby tylko podpisać „jakiś” dokument, to lepiej wziąć tam od razu ślub. Od nas jedzie się do LA około 6 godzin, więc jechać tam, żeby złożyć jeden podpis, brzmi absurdalnie.

Napisaliśmy więc maila do Ambasady opisując całą naszą sytuację, prosząc o podpowiedź jak to najłatwiej rozwiązać, jakie dokumenty musimy ściągnąć z Polski itd. Ku naszemu zaskoczeniu, odpowiedź przyszła następująca: „Możecie wziąć ślub w dowolnym urzędzie w Kalifornii na podstawie paszportów”.

Jak się okazało, w Kalifornii (i w kilku innych amerykańskich stanach), śluby są odformalizowane. Oznacza to, że tak naprawdę każdy może zawrzeć w tym stanie ślub, żaden z małżonków nie musi mieć amerykańskiego obywatelstwa.

Aby ślub mógł się odbyć, trzeba zdobyć licencję na małżeństwo (Marriage License). Brzmi poważnie, jednak jest to spotkanie, które można odbyć przed samą ceremonią i trwa dosłownie kilka minut. Urzędnik spisuje dane z paszportów, wpisuje dane rodziców, świadka (potrzebny jest tylko jeden świadek), ustala z nami ewentualne zmiany nazwiska itd. Taka licencja kosztuje 104 dolary.

Następnie przychodzi czas na ceremonię. Urzędnik najpierw przeprowadza krótką rozmowę, która polega tak naprawdę na fonetycznym zapisaniu przez niego naszych imion 🙂 . Po kilkunastu minutach odbywa się bardzo krótka ceremonia, na której mówi się przysięgę i zakłada obrączki. Ceremonia kosztuje 83 dolary. W dniu ślubu dostaje się pamiątkowy certyfikat, prawdziwy akt małżeństwa jest do odebrania po dwóch tygodniach.

Na miejsce ceremonii można wybrać każde większe miasto, do wyboru jest około 20-30 miejsc. My wybraliśmy San Francisco, ponieważ jego ratusz jest naprawdę piękny. Dokładne miejsce ceremonii można wybrać samemu (tzn. przy choince, na schodach, na balkonie itd.).

Od strony formalnej wyjaśniłam wszystko. Jak to wyglądało z naszej strony?

Nie stresowaliśmy się tego dnia. Oczywiście bardzo się cieszyliśmy, ale ja nie miałam na sobie białej sukni, nie byłam u kosmetyczki, ani u fryzjera. Kamil nie miał na sobie garnituru. Wyglądaliśmy elegancko, ale nie ślubnie.

Po ceremonii poszliśmy z naszą świadkową na obiad, zadzwoniliśmy do najbliższych…i tyle 😉 . Ja odczułam, że jestem żoną, dopiero w Polsce, jak przyszedł czas na formalną zmianę nazwiska, dokumentów czy wyrobienie sobie nowego podpisu.

A dlaczego utrzymywaliśmy to w tajemnicy? Tak naprawdę nie utrzymywaliśmy, ale po prostu o tym nie mówiliśmy. Nie chcieliśmy robić zamieszania i odpowiadać każdemu oddzielnie na pytanie „a po co?”, „co ze ślubem w czerwcu?”, „a co to zmieni?” itd. 🙂 . To był nasz dzień na nasze potrzeby, ten oficjalny odbył się dwa tygodnie temu. Oczywiście rodzina, najbliżsi przyjaciele i znajomi wiedzieli, ale na facebooku zmieniłam nazwisko dopiero po ślubie w czerwcu 😉 . A wiadomo, że to co na facebooku to najważniejsze 😉 .