#36 Gangi w Los Angeles

Pojęcie gangów lub mafii wydaję się być w obecnych czasach jedynie chwytem na turystów lub po prostu miejską legendą. Dwa lata temu byłam na Sycylii i dzięki temu dowiedziałam się, że wpływy mafijne są tam wciąż na porządku dziennym. Zainteresowałam się tematem, przeczytałam kilka książek i artykułów na ten temat (dla zainteresowanych polecam książkę „Sycylijski mrok” Petera Robba).

Podobna sytuacja jest w Kalifornii, a tak naprawdę w całych Stanach. Wielu raperach mówi w swoich piosenkach o porachunkach, strzelaninach czy bójkach. Jak się okazuje, nie jest to jedynie wykreowany świat na potrzeby showbiznesu. Rozgłaszane w mediach zabójstwa przy użyciu broni są często działaniem szaleńca, jednak bywa, że są to właśnie porachunki gangów.

W kalifornijskim Los Angeles znane są dwie grupy przestępcze oraz nieustający konflikt między nimi. Mowa o Bloods i Crips.

BLOODS

Jest to gang założony w w latach 70′ w LA. Ich charakterystycznym kolorem jest czerwony, noszą zazwyczaj bandany w tym kolorze, ale także inne części ubioru. Mają również swój znak (zdjęcie poniżej).

Źródło: http://www.dailywire.com/news/16034/ucla-student-president-displayed-gang-sign-elliott-hamilton

Gang zaczął swoją działalność od handlu narkotykami, ale w późniejszym czasie zajmowali się też rozbojami, kradzieżami, prostytucją, zabójstwami. W latach 1982-1984, kiedy w LA była ogromna popularność na crack, gangi walczyły ze sobą o wpływy i lokacje na ich sprzedaż.

Bloods to grupa o luźnej strukturze, składa się z tzw. setów, czyli mniejszych ulicznych gangów, które mają swoich przywódców, zasady i hierarchie. Działają pod wspólną nazwą, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo w starciu ze wspomnianymi Cripsami.

Nazywają się CKs (Crip-Killers), MOBs (Member of Bloods), dawgs (osoba o pochodzeniu afroamerykańskim) lub ballers (dealers w połączeniu Bloods). Za wszelką cenę starają się nie wymawiać lub pisać litery C, dlatego np. na miasto z którego wywodzi się Crips – Compton, mówią Bompton lub zamiast „because” piszą „beBause”. Łatwo ich rozpoznać po piśmie. Bardzo często piszą oni P i B jako duże litery, nawet w środku słowa, np. aBility lub uPon (pochodzenie od Bloods i Piru)

Za swój symbol uznają liczbę „5”, pięcioramienną gwiazdę oraz pięciopunktową koronę. Często można zobaczyć, że graffiti gangu, które służą oznaczaniu terenu, zawierają słowo „Piru”. Odnosi się to do pierwszych setów Bloodsów, czyli Piru Street Boys. Mogą one zawierać również odwrócony symbol Cripsów służący oczywiście obrazie tej grupy.

Źródło: https://unitedgangs.com/skyline-piru/

Członkowie witają się często słowem „Blood”, ułożonym z palców znakiem litery B z niemego języka lub pokazanym wyżej na zdjęciu sybolem. Ich znakiem rozpoznawczym bywa również „tatuaż” wykonany podczas inicjacji. Są to wypalone 3 dziury papierosem mające przypominać psią łapę.

Źródło: http://cliparts101.com/free_clipart/42412/Sign_Language_B
Źródło: https://www.emaze.com/@ACZCQLZQ

Mówi się, że do tego gangów należy lub należał m.in. Birdman, Lil Wayne, Kendrick Lamar, The Game czy członkowie Cypress Hill.

Motto gangu to “Ash to ash, dust to dust, bloods I trust; Crabs we bust, kill a crab, win a prize; Kill a blood your whole family dies.”, w wolnym tłumaczeniu „Popiół do popiołu, pył do pyłu, ufam Bloods’om; Cribs’ów przyłapujemy, Cribs’ów zabijamy i za to wygrywamy nagrodę; Zabij Bloods’a, a twoja cała rodzina umrze„.

Mówi się, że obecnie jest około 25 tysięcy osób, które przynależą do Bloods’ów.

CRIPS

Crips to gang założony w 1969 roku przez Raymonda Washingtona and Stanleya Williamsa w LA, jednak obecnie ma on podobą strukturę jak Bloods, są to grupy gangów ulicznych o luźnych powiązaniach jednak działających razem jak Crips. Ich charakterystycznym kolorem jest niebieski.

Grupa rozpoczęła swoją działalność ze względu na panującą ówcześnie dyskryminację osób o pochodzeniu afroamerykańskim. Dzięki temu tworzyli oni swoje enklawy, w których czuli się bezpieczni i zjednoczeni w nienawiści.

W 1979 roku Stanley Williams został aresztowany pod zarzutem 4 morderstw. Kilka miesięcy później, w tym samym roku, Raymond Washington został zastrzelony w porachunkach gangów. Mówi się, że był on przeciwnikiem używania broni i preferował załatwianie spraw poprzez walkę wręcz. Na przekór losu, zginał od rany postrzałowej.

Pierwotnie gang nazywał się Crib, co po angielsku oznacza dziecięce łóżeczko. Miało to odzwierciedlać młody wiek członków grupy. Jednak z czasem nazwa zmieniła się na Crip. Stało się tak, ponieważ na skutek panującej dobrej passy dla gangów, jego członkowie zaczęli się pokazywać na mieście z laskami do chodzenia, aby pochwalić się swoim dobrobytem i kreować się na gangsterów. Ludzie zaczęli ich nazywać cripples (tłum. okaleczony, kaleka), a później w skrócie crip.

Kolor niebieski stał się symbolem gangu dzięki jednemu z jego pierwszych członków – Curtisa Buddhy Marrowa. Nosił on niebieską bandanę, aby pasowała mu do całego stroju, czyli niebieskich Levi’sów, niebieskiej koszuli i szelek. Po tym, jak w 1973 roku został zastrzelony, pozostali cripsi nosili niebieską bandanę, aby upmiętnić zmarłego. W ten oto sposób, kolor stał się znakiem rozpoznawczym grupy.

Przypuszcza się, że obecnie grupa ma aż 30-35 tysięcy członków. Wśród jego szeregów można było znaleźć lub wciąż można Snoop Dogga, Nate Dogga, Ice-T, Xzibita, Young Jezzy czy Schoolboy Q.

Znanym graffiti, które ma na celu obrażenie bloods’ów, jest niebieskie B z krzyżami w środku. Widać to na poniższym zdjęciu, gdzie napisano BK, które oznacza Blood Killa (zabójcy bloods’ów).

Cripsi unikają używania, zarówno w mowie jak i piśmie, liter CK, które oznaczają Crip Killa (zabójca Crips’ów). Zamiast tego, używają podwójnego C, na przykład zamiast „kick”, napiszą „kicc”. Zwracają się oni do siebie „Cuzz”, jest to przezwisko dla Crips’ów. Ogromną obrazą dla członków tego ugrupowania jest nazwanie go „Crab”.

Ich znakiem jest litera C ułożona z kciuka i palca wskazującego. Istnieją różne odmiany tego znaku, na przykład jeśli są to członkowie z wschodniego wybrzeża, palcami drugiej ręki układają literę E jak East (wschód).

Nie ma „oficjalnej” inicjacji, aby dostać się do grupy. Mówi się jednak, że jednym ze sposobów sprawdzenia czy ktoś się nadaje, jest bicie go przez około minutę przez innych członków gangu. Istnieje także inicjacja „krew za krew”, czyli trzeba kogoś zabić aby się dostać do wewnętrznych struktur gangu.

Ich popularne powiedzenia to m.in. COB (Crips over Bloods; tłum. Crips nad Bloods), BK (Bloods Killa; tłum. zabójca Bloods) czy Slob – obraźliwe określenie członków Bloods.

Ich symbolem jest liczba 6 i podobnie jak u Bloods’ów, jest to sześcioramienna gwiazda lub sześciopunktowa korona.

Mają oni też swój charakterystyczny chód, nazywa się Crip Walk. Jest to sposób chodzenia lub tańczenia, który jest używany zarówno do znieważania wrogów, upamiętniania zmarłych lub po prostu do dobrej zabawy podczas imprez z innymi członkami gangu. Można zobaczyć Crip Walk w tym filmie na YouTubie lub w kilku teledyskach, na przykład tutaj, w piosence Xzibita pt. „Get Your Walk On” lub tutaj (w piosence pt. „Drop it Like it’s hot” w wykonaniu Snoop Dogga i Pharrella). Podobno MTV odmawiało wyświetlania teledysków z Crip Walk, aby nie było to odbierane jako faworyzowanie jednej ze stron konfliktu.

Źródło: https://autodo.info/pages/c/crips-and-bloods-signs/

W porachunkach między tymi gangami zginał znany raper Tupac, stało się to w 1996 roku w Las Vegas. Pojechał on do tego miasta na walkę bokserską Mike’a Tyson’a. Kiedy jego samochód zatrzymał się na światłach, podjechał biały Cadillac, z którego oddano 12 strzałów. Po kilku dniach Tupac zmarł w szpitalu w wieku 25 lat.

W mediach ciężko znaleźć newsy, w których jednoznacznie jest napisane, że strzelanina lub włamanie jest dziełem tego lub tego gangu. Wynika to głownie z dwóch powodów. Po pierwsze, policja i władze miasta nie chcą oficjalnie informować, że w mieście, w którym sprawują władzę, gang ma tak szerokie wpływy i pole do działania. Wpłynęłoby to mocno na poczucie bezpieczeństwa i autorytet. Po drugie, jeśli członkowie gangu planują działania niezgodne z prawem, specjalnie pozbywają się charakterystycznych części ubioru lub zakrywają demaskujące ich tatuaże. Wśród członków obu gangów i tak będzie zawsze wiadomo, kto za tym stoi, a utrudniając identyfikacje przynależności do ugrupowania, ratują się przed problemami z prawem.

Udało mi się znaleźć artykuł o strzelaninie w Compton z 11 sierpnia 2017 roku. Nie została wymieniona nazwa żadnego z gangów, jednak czytając „Compton” i tak większość wie o jaki konflikt chodzi.

Miałam okazję być w Compton kilka lat temu. Pojechaliśmy tam, ponieważ przeczytaliśmy artykuł o domu pogrzebowym z drive-thru, czyli takim, w którym można składać kondolencje i modlić się przy trumnie nie wysiadając z samochodu. Nie chodziło nam o wyśmiewanie tego pomysłu czy robienie sobie głupich zdjęć. Byliśmy po prostu ciekawi czy to prawda.

Mieliśmy wtedy Mustanga cabrio. Powiem szczerze, że jak tylko wjechaliśmy w granice Compton, zamknęliśmy dach i wszystkie szyby. Czuć w tym miejscu dziwną i ciężką atmosferę. Z. tego przejęcia nie zrobiłam tam żadnych zdjęć, jednak osoby stojące w grupach na ulicy bacznie nas obserwowały. Można było zobaczyć domy w tragicznym stanie z zaparkowanymi przed nimi ekskluzywnymi samochodami. Szybko się stamtąd zmyliśmy.

Wydawać by się mogło, że wraz z klasycznym rapem, umarły historie o gangsterskich porachunkach. W obecnych czasach, kiedy to ataki terrorystyczne są głównym zagrożeniem, strach przed ugrupowaniami przestępczymi zszedł na drugi plan. Trzeba jednak pamiętać o ich istnieniu. Nikomu więc nie radzę jeździć po LA wykrzykując „Crab” czy „Slob” tylko po to, aby sprawdzić czy to wszystko to prawda. Może się to nieciekawie skończyć 🙂 .

#35 Wielki Kanion i Las Vegas

Pisałam w jednym z poprzednich postów, że mieliśmy ostatnio swoich inauguracyjnych gości w USA. Pierwszy ich weekend spędziliśmy w Los Angeles. Zwiedzaliśmy typowe do odhaczenia miejsca, czyli Hollywood Sign, Santa Monica Pier czy Rodeo Drive. Zainteresowanych zapraszam na mój kanał na YouTubie, tam pojawiły się 3 vlogi z tego weekendu.

Dla mnie ciekawiej zapowiadał się kolejny weekend. Zabraliśmy bowiem swoich gości do Las Vegas i nad Wielki Kanion, który miałam zobaczyć po raz pierwszy.

Ponieważ do Las Vegas z San Jose jedzie się samochodem około dziesięciu godzin, zdecydowaliśmy się na podróż samolotem. Wybraliśmy tanie linie lotnicze Spirit. Co ciekawe, podstawowy bilet lotniczy zezwala na zabranie ze sobą nie walizki kabinowej, a jedynie małej torby/plecaka o maksymalnych wymiarach 40cmx35xmx30cm. Każdy dodatkowy bagaż to dodatkowe koszty, 30 dolarów kosztuje bagaż rejestrowany, podręczny – 35.

Mieliśmy bezpośredni lot z Oakland do Las Vegas. W sobotę startowaliśmy o 7 rano, powrót wykupiliśmy na 22 w niedzielę. Dzięki temu mieliśmy tylko jeden nocleg i maksymalnie długi czas na zwiedzanie.

Pierwszą rzeczą, która musieliśmy zrobić po przylocie, było oczywiście wypożyczenie samochodu. Zarezerwowaliśmy wybór z tzw. Aisle (więcej o tym w tym poście) więc mogliśmy wybierać spośród kilkudziesięciu samochodów. Wybór pojazdu we dwie osoby jest już ciężki, ponieważ każdy chce wziąć coś innego. Łatwo sobie więc wyobrazić ten sam proces w 4-osobowym składzie. „Tu ktoś palił”, „Ten tu ma rysę”, „Czarny nie, bo się będzie nagrzewał”, „Nie ma kamery cofania” itd, itd… Po długich pertraktacjach staneło na Chevroleta Impalę, samochód, który raczej trudno zobaczyć w Polsce, jest to spory sedan, idealny na roadtrip’y.

Następnie przyszedł czas na śniadanie, jestem bowiem typem osoby, która bez niego nie funkcjonuje. Znaleźliśmy fajne miejsce, z dobrymi opiniami na Yelp’ie (aplikacja do oceniania restauracji), które nazywało się Egg World. Łatwo więc wywnioskować co było produktem wiodącym w menu.

Menu było w formie gazety, zgaduję, że pozycji do wyboru było tam conajmniej 100. Jak widać na zdjęciu, porcje były ogromne, a ich ceny wahały się od 9 do 12 dolarów.

Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Ponieważ nad Wielki Kanion jedzie się kilka godzin, nie zatrzymywaliśmy się w centrum Las Vegas, od razu pognaliśmy w stronę Arizony. Jedynym miejscem, które zatrzymało nas w podróży, była Zapora Hoovera, znajdująca się na granicy dwóch stanów: Nevady i Arizony.

Hoover Dam Bypass

Zapora ta została zbudowana na rzece Kolorado. Stała się ona hydroelektrownią, zbiornikiem na czas suszy, ale również i na wypadek zagrożenia powodziowego. Do niedawna była również ważnym elementem komunikacyjnym między tymi dwoma stanami, jednak kilka lat temu wybudowano obok most Hoover Dam Bypass (na zdjęciu powyżej), który przejął tę funkcję.

Nad Wielki Kanion dojechaliśmy w godzinach popołudniowych. PODOBNO podczas drogi, która wiodła przez malownicze, amerykańskie pustkowia, padało, co nie jest typowe dla Arizony. Ja praktycznie całą przespałam, dlatego jestem zmuszona wierzyć swoim współpasażerom na słowo 😉 .

Wjazd do Grand Canyon National Park kosztuje 30 dolarów za samochód, bez względu na to ile osób jest w środku. Daje to dostęp do kilkunastu punktów widokowych, bezpłatnego autobusu, który wozi turystów między tymi punktami, do tras rowerowych, pieszych, do wycieczek z leśnikiem (tzw. rangerem) czy zaplecza gastronomicznego. Na terenie parku można również nocować na kempingach, w pensjonatach lub w hotelach. Ważne jednak aby pamietać, że dostanie wolnego pokoju lub miejsca namiotowego w okresie dni wolnych w Stanach graniczy z cudem. Dotyczy to z resztą praktycznie wszystkich parków narodowych w USA.

W sekretnym miejscu przechowuję wyświechtany notatnik, w którym zapisuję marzenia, miejsca, rzeczy, które chcę zrobić lub zobaczyć. Na liście był podpunkt „Zobaczyć Wielki Kanion”. Zawsze się zastanawiałam, czy ten pomysł był wart zapisania w takim miejscu, bo być może robi takie wrażenie tylko na zdjęciach i nie jest wart takiej wyprawy. Te kilka godzin spędzonych na brzegu Kanionu w zupełności rozwiało moje wątpliwości. Wręcz przeciwnie, udowodniło mi, że fotografie nie oddają w pełni magii tego miejsca.

Brzmi to dość górnolotnie, jednak miejsce robi naprawdę ogromne wrażenie. Kanion ma długość ponad 400 km i w swoim najszerszym miejscu osiąga wartość 29 kilometrów. Istnieją różne teorie dotyczące wieku Kanionu. Jedne mówią o tym, że powstał on „zaledwie” 6 milionów lat temu, inne, że ma on już aż 70 milionów lat. Nie podlega jednak wątpliwości, że jest to niesamowite dzieło natury poruszające nawet mnie, czyli osobę, którą mało co wprawia w zachwyt 😉 .

Jedną z ciekawszych atrakcji Kanionu jest tzw. Skywalk. Jest to platforma widokowa ze szklaną powierzchnią, znajdująca się na wysokości 1219 metrów nad dnem Kanionu. Jego budowa kosztowała ponad 30 milionów dolarów i znajduje się na terenie Indian Hualapai. My z tej atrakcji niestety nie skorzystaliśmy ze względu na brak czasu….i cenę! Wejściówka dla jednej osoby kosztuje ponad 80 dolarów. Co więcej, nie można wnosić aparatów, kamer czy telefonów komórkowych, aby nie uszkodzić powierzchni platformy.

Źródło: https://gc.tours/west-rim-bus-tour/

 

Niedziela była zarezerwowana na zwiedzanie Las Vegas. „Zwiedzanie” to potężne słowo biorąc pod uwagę fakt, że główną atrakcją, i jedyną którą zobaczyliśmy, był fragment głównej ulicy tego miasta zwany Strip’em. Jest to kilkukilometrowy odcinek ulicy Las Vegas Boulevard. Przy tym krótkim fragmencie działa 13 z 25 największych hoteli na świecie. Całość robi największe wrażenie po zachodzie słońca, wtedy najlepiej widać te wszystkie neony i światła. Z jednej strony jest to stolica kiczu, bo można tam zobaczyć posąg Sfinksa obok Wieży Eiffel’a czy przechadzającego się Spidermana z Elvisem Presleyem. Z drugiej jednak strony z pewnością jest to miejsce warte odwiedzenia chociaż raz w życiu, po to aby móc powiedzieć „Tak, grałam/-em w kasynie w Las Vegas!”.

Ciekawe jest to, że w kasynach nie ma zazwyczaj okien i zegarów, tak, aby uśpić czujność gracza co do mijającego czasu. Co więcej, plotki głoszą, że w kasynach jest podwyższona zawartość tlenu w powietrzu, żeby pobudzać odwiedzających. Są też kasyna, które były posądzane o rozpylanie feromonów, aby sztucznie uszczęśliwiać ludzi, a tym samym zachęcać do gry. Zazwyczaj można też liczyć na darmowe drinki (obowiązkowo napiwek), które mają rozweselić i szerzej otworzyć portfele graczy.

Nas osobiście pochłonęła ruletka. To był nasz drugi wspólny pobyt w Las Vegas i po raz drugi wyjechaliśmy stamtąd z dodatkowymi pieniędzmi. Ty razem do kieszeni wpadło nam około 50 dolarów.

Graliśmy w hotelu Bellagio (zdjęcie poniżej). Jego największą atrakcją są jednak nie kasyna, a fontanny. Co pół godziny zapewniają one widowni rozrywkę „tańcząc” w rytm różnej muzyki. Widowisko warte zobaczenia. Jest to też hotel znany z filmu „Ocean’s Eleven”.

Hotel Bellagio

Spędzanie czasu w Las Vegas przed zmierzchem może być uciążliwe. Jest to bowiem miasto wybudowane na pustyni, temperatury w ciągu dnia są więc bardzo wysokie. Miasto ożywa na swój charakterystyczny sposób dopiero wieczorem. Z wycieczki nad Wielki Kanion wróciliśmy w późnych godzinach nocnych, w niedzielę natomiast o godzinie 22 mieliśmy lot powrotny. Nie mieliśmy więc okazji w pełni skorzystać z uroków Las Vegas. Jednak na pewno tak wrócimy, wygraliśmy już 2 razy, a w końcu do 3 razy sztuka 😉 .

 

#34 Zakupy w Targecie: lepsze, gorsze, dziwne i nowe produkty.

  • Poniższe produkty to jajka w różnej postaci. Pierwsze zawiera rozrobione jajka, które można wykorzystać do jajecznicy czy ciasta. Widziałam również kartony z samymi białkami. Na początku śmiałam się z lenistwa amerykanów, ale później sama zaczęłam tego używać. Dopóki nie potrzebuje się rozdzielonego żółtka z białkiem (samych żółtek nie widziałam) to jest to świetne rozwiązanie. Drugi produkt to ugotowane, obrane ze skorupki jajka.

  • Poniższe zdjęcie przedstawia zapakowane ciasto francuskie (poniżej do rogalików). Tutaj jest zamykane w puszkach.

  • Śmietana: nie ma podziału na zawartość tłuszczu, najzwyklejsza to sour cream, jeśli jednak potrzebuje się jej do kremu lub ciasta (kremówka) lepiej sięgnąć po whipped cream (zdjęcie).

  • W Stanach jest bardzo duży wybór mleka w sklepach. Oczywiście w Polsce też można je dostać, jednak po mleko sojowe, migdałowe czy kokosowe trzeba się często wybrać do trochę lepszego sklepu. Tutaj prawie w każdym markecie jest tak szeroki wybór jak na poniższych zdjęciach.

  • Możliwe, że ten produkt można znaleźć w Polsce, ja jednak go nie widziałam. Mowa o sproszkowanych ziemniakach. Tutaj w sklepach można znaleźć ich szeroki wybór.

  • Pepperoni z przeznaczeniem na pizzę. Nie jest może to nic szczególnego, gdyby nie fakt, że jest ona na tyle sucha(?), sztuczna(?), że nie jest trzymana w lodówkach.

  • Kultowe zupy Campbell’s znane między innymi dzięki twórczości Andiego Warhola. Nie miałam jeszcze okazji ich spróbować, wolę chyba nieprzetworzone dania. Jednak jak widać po zdjęciach, każdy znajdzie coś dla siebie. Pomyśleli też o dzieciach, w swoich zupkach znajdą makarony w różnych kształtach.

  • Kolejne kultowe amerykańskie danie, którego nie miałam okazji spróbować. Mowa o Mac&Cheese, czyli bombie kalorycznej, która zawiera w sobie makaron i serowy sos. To danie można oczywiście przygotować samemu, ale jest też opcja dla leniwych.

  • Sosy czekoladowe i truskawkowe marki Nesquik. Nie wiem czy są dostępne już w Polsce, jeśli tak to nie wiem jakim cudem je przeoczyłam 🙂 .

  • W Targecie, naszym przydomowym hipermarkecie, jest bardzo duży wybór chocolate chips, czyli czekoladowych drażetek, które idealnie nadają się do wypieków, np. ciasteczek. Można znaleźć typowe, takie jak mlecznej czy białej czekolady, ale też z kawałkami snickers’a, m&ms’ów czy innych słodyczy.

  • W Stanach firmy farmaceutyczne myślą o dorosłych jak o dużych dzieciach. Na aptecznych półkach można znaleźć witaminy i leki w formie żelek. Jak łatwo zgadnąć, zachęca to do ich brania 🙂 .

  • Poniższe zdjęcie przedstawia kolejny „wynalazek”, który przywiozłam nawet swojej mamie. Są to chusteczki, które wkłada się razem z praniem do pralki. Nadają zapach, miękkość i działają antystatycznie. Zastępują płyn do płukania.

  • Maple syrup czyli syrop klonowy, dodawany przez wielu amerykanów do porannych pancake’ów. Mnie nie przypadł do gustu, ale bez dwóch zdań jest to charakterystyczny produkt dla Stanów.

  • Tzw. Jerky, czyli suszone mięso, ulubiony przysmak amerykanów na campingach.

  • Twizzlers, czyli żelki o różnych smakach, ulubiona niezdrowa przekąska wielu amerykańskich dzieci. W fabularnych filmach widać często dzieciaki zajadające się właśnie Twizzlersami.

  • Kawowy smak m&ms’ów

  • Toffifee napisane trochę inaczej 😉 . To nie jest podrobiony produkt!

  • Pisałam już w którymś poście, że w Stanach praktycznie niemożliwym jest dostać czipsy o smaku paprykowym, a jak na złość to jest mój ulubiony smak. Można jednak zamiast tego dostać różnego rodzaju nachos’y i udziwnione czipsy.

  • Znana w Polsce Belvita ma tutaj w Stanach odrobinę większy wachlarz produktów. Można dorwać na przykład Belvita Bites alb o Sandwich.

  • Na szczęście Oreo już jakiś czas temu dotarło do Polski. Jednak to, jakie jego smaki i rodzaje można znaleźć w amerykańskich sklepach nadal robi wrażenie.

  • Pamiętam, że w Polsce często RedBull wypuszcza limitowane lub po prostu nowe wersje swojego napoju. Możliwe, że teraz już wszystkie z poniższych dotarły do Polski, ja jednak część z nich zobaczyłam dopiero tutaj.

  • Osławiony Dr. Pepper! Za każdym razem jak chce go spróbować, K. przypomina mi swoim wyrazem twarzy, że nie warto (według niego). Ja w ogóle staram się unikać takich niezdrowych napoi, jednak wiem, że ma on wielu swoich fanów 😉 .

  • Udziwniony 7up.

  • W Polsce chyba dość trudno dostać Colę w szklanej, kultowej butelce. Tutaj jest to Cola produkowana w Meksyku i nie wiem czy sobie wmawiam, ale według mnie smakuje dużo lepiej niż ta z puszki lub plastikowej butelki.

  • W wielu sklepach jest półka „Seen on TV”, czyli z rzeczami reklamowanymi w telewizji. Dla mnie jest to trochę odpowiednik TeleZakupów Mango. W tym dziale można znaleźć naprawdę różne głupoty, aż trochę wstyd mi było stać przy nich i udawać zainteresowanie, żeby zrobić zdjęcie 😉 .

  • Fajna zabawka dla dzieci, której nie widziałam w Polsce. Roller z płynną, zmywalną kredą.

  • Brit jest dość popularną marką w naszym kraju, jednak nie widziałam, żeby dotarła do Polski jako przenośna butelka z własnym filtrem.

  • W Stanach, firma kosmetyczna Neutrogena ma dużo szerszy wachlarz produktów niż w Polsce. Można tutaj praktycznie w każdym hipermarkecie dostać kolorowe kosmetyki do makijażu tej firmy.

  • Magazyny modowo-lifestyle’owe które niestety jeszcze nie dotarły do Polski. Słyszałam jednak plotki, że już niedługo w polskich salonach prasowych zagości Vogue.