#38 Wyprawa do Yosemite

Tydzień temu postanowiliśmy być ‚healthy’ (tłum. zdrowi) i wybraliśmy się na tzw. hike’a (tłum. wycieczka). Kalifornijskie tereny są idealnym miejscem na tego typu wyprawy, znajduję się tutaj w okolicy sporo wzniesień z przepięknymi widokami. Z drugiej strony, nie są to wycieczki, które wymagają większego przygotowania, takiego jak zapasy jedzenia czy profesjonalny sprzęt. Na kalifornijskiego hike’a wystarczy mieć sportowe buty, butelkę wody i nakrycie głowy.

Yosemite to Park Narodowy, który znajduję się 185 mil od naszego domu. Jest to jeszcze taka odległość, którą można w obie strony pokonać jednego dnia. Zajmuję ona około 3-4 godzin w jedną stronę i wiedzie nie tylko przez autostrady, ale także drogi na wzniesieniach z ładnymi widokami.

Wybierając się do parku, do ostatniej chwili upewnialiśmy się, że jest on otwarty dla odwiedzających. W części Kalifornii znowu zapanowała susza, a co za tym idzie, pożary. Tym razem dopadło to również Yosemite. Zarówno na stronie internetowej parku, jak i już na jego terenie, można było zobaczyć sporo informacji na ten temat.

Źródło: https://www.nps.gov/yose/blogs/fireinfo.htm

Wjazd do Yosemite kosztuje 30 dolarów i jest ważny tydzień. Oznacza to, że przez cały ten okres można dowolną ilość razy wjeżdżać i wyjeżdżać z parku. Dostaje się oczywiście mapę i gazetę, która wydawana jest raz na miesiąc. Można tam przeczytać m.in. o wydarzeniach organizowanych przez Rangerów (tłum. leśników).

Najbardziej znanym miejscem w parku jest prawdopodobnie Yosemite Valley. Jest to dolina pomiędzy wzniesieniami, w której znajdują się campingi, parkingi, punkty startowe dla wielu tras, sklepy czy miejsca, gdzie można coś zjeść.

Niestety oznaczenia w parku nie są dość dobre, łatwo się zakręcić, który parking jest na 30 minut, który na jeden dzień, a który dla osób mieszkających na campingu. Jest też wiele pozamykanych dróg i znaków przekierowujących. Na korzyść działa to, że Yosemite Valley nie jest duże, za to parkingi są dość rozległe. Nie ma więc problemu ze znalezieniem miejsca postojowego.

Kolejną zaletą jest tzw. shuttle, czyli autobus, który pomaga odwiedzającym przemieszczać się po parku. Jest on hybrydowy, nie zanieczyszcza więc powietrza. Jest dobrze oznakowany i dojeżdża w większość zakątków parku (20 przystanków), a jego kierowca zawsze informuje co znajduje się na danym postoju i jakie trasy się przy nim rozpoczynają.

Na niedzielny wypad zdecydowaliśmy się na Mist Trail (tłum. mist – mgiełka, trail – szlak). Jest to 3-4 godzinna wyprawa (w obie strony), prowadząca do wodospadu Vernal. Wycieczkę można przedłużyć o kolejne 2 godziny i dojść do kolejnego wodospadu Nevada, jednak my za późno wyjechaliśmy z domu i wracalibyśmy szlakiem po zmroku. Szlak nie był trudny, jednak jego druga część wymagała wchodzenia po schodach, określiłabym więc jego trudność jako średnią.

Ja osobiście mam bardzo dziwny styl chodzenia po szlakach. Lubię wspinać się w górę dość szybko, wg. głupiej zasady „Zróbmy to, zanim się zorientuję, że mam dosyć”. Kamil miał więc ze mną sporo zabawy (i nerwów).

Na szlaku spotkaliśmy dość sporą, schodzącą grupę Polaków. Zawsze lubię obserwować to zdziwienie na twarzy, jak mówię tutaj do kogoś „Cześć”. Na początku dana osoba z przyzwyczajenia odpowiada, jednak po chwili orientuje się, że tutaj to wcale nie jest takie normalne. Wtedy zazwyczaj pada drugie „oooo cześć!!”.

Przy trasie można było zobaczyć sporo wiewiórek, nie jest to może nic fascynującego, jednak ciekawe jest to, że były one na tyle oswojone i bezczelne, że próbowały podbierać jedzenie. Kalifornijskie wiewiórki są więc o wiele bardziej pewne siebie niż te polskie. Wolę polskie.

Już wcześniej wiedzieliśmy, dlaczego Mist Trail nazywa się Mist Trail. Mieliśmy jednak okazję przekonać się o tym na własnej skórze (dosłownie). Otóż na około pół godziny przed osiągnięciem celu, zaczyna się odczuwać mgiełkę od wodospadu. Jednak w gorące dni, jakich sporo w Kalifornii, jest to sama przyjemność.

Nie jesteśmy osobami super fit i nieźle nas wymęczyła ta wycieczka. Byliśmy więc z siebie niezwykle dumni, że zamiast spędzenia niedzieli na kanapie, zmotywowaliśmy się i pojechaliśmy do Yosemite. Widoki robią swoje, a poza tym nie ma później wyrzutów sumienia jak wcina się całą pizzę na osobę (…a tak właśnie zrobiliśmy 🙂 ).

Wycieczki w Yosemite należą do naprawdę przyjemnych, jednak jeśli ktoś nie lubi wchodzenia pod górę, to i tak będzie miał co robić w parku. W Yosemite Valley znajduję się Yosemite Village, czyli micro miasteczko w którym można kupić pamiątki z parku (bluzy, książki, naszywki) lub coś zjeść. Znajduje się tam również sklep spożywczy dla kampingowiczów, wyposażony lepiej niż nie jeden market.

 

Jak wspominałam wcześniej, w Yosemite organizowane są przez Rangerów zabawy dla dzieci lub aktywności dla dorosłych. Między innymi można wybrać się na spacer młodego rangera, spotkać się ze wspinaczami czy pójść na wieczorne oglądanie gwiazd.

Yosemite jest też idealnym miejscem na weekendowy camping, chociaż bardzo cieżko znaleźć tam wolne miejsce namiotowe. Jeśli jednak komuś by się udało, to trzeba pamietać o odpowiednim zabezpieczaniu jedzenia. Park zapewnia na to odpowiednie szafki (zdjęcie poniżej), w przeciwnym razie można się spodziewać gości, np. niedźwiedzia.

Źródło: https://yosemitetips.wordpress.com/2014/01/18/important-storing-food-smellables/

I na koniec coś dla fanów marki Apple. Kiedyś systemy operacyjne Maców były nazywane tak jak szybkie zwierzęta z rodziny kotowatych, np. Cheetah (tłum. Gepard). Jednak od 2013 roku systemy nazywane są tak jak ważne miejsca w Kalifornii. Na początku był to Mavericks (popularna miejscówka dla surferów), później pojawiło się Yosemite, a następnie El Capitan (formacja skalna w Dolinie Yosemite). Obecny system nazywa się Sierra, od gór Sierra Nevada, w których to znajduje się właśnie Park Narodowy Yosemite. Dla ciekawskich, polecam sprawdzić sobie również domyślne pulpity dla wymienionych wyżej systemów. Każdy z nich to zdjęcie danego miejsca.

Na moim kanale YouTube pojawił się również vlog z tej wycieczki, zapraszam do oglądania 🙂

#37 Mania subskrybowania: YouTube Red, Amazon Prime i Netflix.

Od jakiegoś czasu tradycyjna telewizja zaczęła odchodzić w zapomnienie, a na jej miejsce odważnie wkroczyli internetowi zastępcy. Podobnie z zakupami, wygodniej jest zamówić online i poczekać na kuriera, niż samemu wybrać się do sklepu. Mieszkając w Stanach, jeszcze bardziej doceniliśmy różne subskrypcje i abonamenty, które ułatwiają życie i oszczędzają czas, a czasami i pieniądze. Poniżej trzy najważniejsze portale, od których z pewnością jesteśmy uzależnieni 🙂 .

Źródło: https://media.netflix.com

Jedną z firm, która zainaugurowała tę telewizyjną zmianę, był Netflix. Jest to większości znana strona internetowa, oferująca tzw. VOD (Video on Demand, tłum. video na żądanie). Dzięki temu można oglądać ulubione filmy, seriale czy programy wtedy, kiedy się chce, a nie wtedy, kiedy telewizja zdecyduje się nam je pokazać. Co więcej, nie ma reklam, a seriale często udostępniane są całymi sezonami, nie odcinkami. Jest to świetne rozwiązanie dla niecierpliwych.

Tutaj w USA jest prawdziwa mania na Netflixa, chociaż poprzez słowo „mania” można zrozumieć, że jest to coś nowego i zachwycającego. A tak nie jest. Posiadanie Netflixa w Ameryce jest czymś zupełnie normalnym. Na 10 spytanych osób, spokojnie można założyć, że 9 z nich go ma, a ta 10 po prostu kłamie 😉 . Dużo osób zrezygnowało nawet z tradycyjnej telewizji, na rzecz wspomnianego portalu.

Netflix dostępny jest wszędzie, z wyjątkiem Chin, Korei Północnej, Syrii i Krymu. W 2016 roku odnotowali oni ponad 86 milionów aktywnych abonamentów, z czego prawie 50 milionów było w Stanach Zjednoczonych.

Siedziba firmy znajduję się w Los Gatos w Kalifornii i jest oddalona od naszego domu o dokładnie 17,1 mili (sprawdziłam 😉 ).

Są dostępne 3 różne plany do wykupienia (podobnie jak w Polsce). Różnią się one od siebie tylko dwoma cechami: tym, na ile urządzeń można ściągnąć video, aby obejrzeć je później offline oraz tym, na ilu urządzeniach można korzystać z Netflixa jednocześnie. My, dla dwóch osób, mamy drugi plan i w zupełności nam on wystarcza (zdjęcie powyżej).

Dodatkową opcją, która niestety nie jest dostępna w Polsce,  jest wypożyczanie filmów DVD.

Źródło: https://dvd.netflix.com/Subscribe/EnableDvd/Address?lnktrk=profileSwitch

Tutaj poszczególne plany różnią się od siebie tym, jaką ilość wypożyczonych płyt DVD możemy mieć jednocześnie w domu oraz tym, ile sumarycznie możemy ich wypożyczyć w jednym miesiącu (w najniższym planie 2, w pozostałych bez limitu). Jak to działa? Na szczęście nie trzeba ruszać się z domu. Zamówione DVD przychodzi pocztą w ciągu 1-3 dni roboczych. Po obejrzeniu, trzeba włożyć nośnik do dołączonej do przesyłki koperty i włożyć do skrzynki. Netflix, zaraz po otrzymaniu informacji, że DVD jest już oddane (informacja od kuriera) wysyła kolejny film lub serial.

W internecie krąży kilka wartych uwagi ciekawostek dotyczących Netflixa.

  • Mówi się, że firma ma nieoznaczone magazyny i samochody ze względów bezpieczeństwa.
  • W niektórych europejskich krajach, Netflix monitoruje co użytkownicy ściągają nielegalnie, aby wiedzieć, który serial kupić.
  • Założyciel Nietflixa wpadł na pomysł jego założenia po tym, jak musiał zapłacić $40 kary za oddanie filmu Apollo 13 do wypożyczalni z opóźnieniem.
  • Pracownicy Netflixa mają nielimitowany urlop.
  • Między 21, a 24, Netflix odpowiada za 1/3 przepustowości internetu w całej Ameryce Północnej.
  • Firma zatrudnia grupę osób, której zadaniem jest oglądanie filmów i tagowanie ich (tzn. „18+”, „przyroda”, „akcja”, „miłość” itd.)

Stworzenie Netflixa to był strzał w dziesiątkę, zwłaszcza tutaj, w Stanach. Miesięczny koszt abonamentu to często równowartość godziny pracy przeciętnego Amerykanina (obecna minimalna stawka w Kalifornii to $10,50/h). Firma, nie dość, że skupuje świetne seriale i filmy, to dodatkowo tworzy własne produkcje, jak np. „House of Cards” (serial o polityce), „Orange Is the New Black” (serial o kobiecym więzieniu) czy „Narcos” (produkcja o Pablo Escobarze). Jeśli ktoś nie miał okazji zapoznać się z Netflixem, można skorzystać z pierwszego, darmowego miesiąca. Naprawdę warte wypróbowania :).

Źródło: https://www.amazon.com/Amazon-Prime-One-Year-Membership/dp/B00DBYBNEE

Kolejną subskrypcją, którą myślę, że ma większość Amerykanów, jest Amazon Prime.

Amazon jest to internetowa platforma handlowa, gdzie można kupić prawie wszystko: kosmetyki, karmę dla kota, fotel czy telefon. Warto jednak pamietać, że na początku była to tylko księgarnia internetowa.

Dzięki wykupieniu subskrypcji, która nazywa się Amazon Prime, zyskuje się szereg udogodnień i przywilejów, które naprawdę potrafią ułatwić życie.

Przede wszystkim, dzięki tej subskrybcji otrzymuje się 2-dniową, darmową dostawę do domu, a w przypadku produktów powyżej $35 dostawę tego samego lub kolejnego dnia (zależy to od godziny zamówienia). Co więcej, dla niektórych produktów i adresów jest opcja Prime Now, czyli produkty mogą zostać dostarczone pod drzwi nawet w godzinę.

Posiadając Amazon Prime dostaje się również dostęp do Prime Video. Jest to coś takiego jak Netflix, oczywiście nie tak popularne i dobre, ale można tam znaleźć sporo ciekawych pozycji. Jedną z głównych produkcji Amazona jest Grand Tour, czyli program, który zastąpił brytyjskiego Top Geara z Jeremy’m Clarkson’em w roli głównej.

O wielu zaletach Amazon Prime dowiedziałam się pisząc ten artykuł, jak np. Prime Photos, czyli możliwość przechowywania nielimitowanej ilości zdjęć na serwerach Amazona czy o 20% zniżce na gry video zamawiane podczas pre-orderu.

Subskrypcja Amazon Prime kosztuje $99,99 rocznie lub $10,99 miesięcznie. Warto jednak czekać na promocję, np. podczas Black Firday. My kupiliśmy wtedy roczny abonament za $79,99.

Amazon Prime jest świetnym rozwiązaniem dla osób, które nie lubią chodzenia po sklepach i czekania w kolejkach. Kończy Ci się pasta do zębów? Zamów na Amazonie, będzie za dwa dni u Ciebie (przesyłka za darmo!). Potrzebujesz nowego odkurzacza? Dostaniesz go następnego dnia pod same drzwi.

Od dwóch lat Amazon organizuje w lipcu dla członków Amazon Prime jednodniową wyprzedaż swojego asortymentu, nazywa się to Amazon Prime Day. Można wtedy znaleźć na stronach portalu oferty konkurujące z osławionym, listopadowym Black Friday.

Kolejną ciekawostką są Amazon Dash Button. Są to przyciski z logo produktu, połączone z domową siecią wifi. Taki przycisk, np. z logo proszku do prania, można przykleić obok pralki. Jeśli zauważymy, że proszek się kończy, wystarczy nacisnąć przycisk aby ponownie go zamówić.

Źródło: https://www.networkworld.com/article/2991411/internet-of-things/hacking-amazons-dash-button.html
Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=SXkuJ2p7JAM

Kolejną, wykupioną przez nas subskrypcją, jednak już mniej popularną, jest YouTubeRed. Opcja ta jest obecnie dostępna w USA, Australii, Nowej Zelandii, Korei i Meksyku. Najważniejsze trzy korzyści z tej subskrypcji to:

  • brak reklam
  • możliwość ściągania video i oglądania go offline
  • możliwość słuchania YouTube’a w tle lub przy wyłączonym ekranie (urządzenia mobline)

Co więcej, otrzymuje się dostęp do nowych kanałów czy relacji live. Z tej ostatniej opcji korzystam ostatnio, kiedy chcę być na bieżąco z informacjami dotyczącymi nadchodzących nad USA huraganów. Swoje relacje pogodowe udostępniają tam takie stacje jak CNN czy Fox News.

YouTubeRed kosztuje $9,99 miesięcznie.

 

Po podliczeniu wszystkich tych subskrypcji, wychodzi na to, że miesięcznie płacimy około 25 dolarów za wszystkie te udogodnienia. Nie jest to ani dużo, ani mało. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że wlicza się w to telewizję, muzykę i darmową dostawę wielu produktów, nie wychodzi to tak niekorzystnie. Trzymam więc kciuki, aby YouTube i Amazon zdecydowały się bardziej zainwestować w europejski rynek 🙂 .