#42 Co robiliśmy w tym roku na Halloween?

W okresie Halloween najmocniej poczułam, że jestem tutaj już ponad rok. Dlaczego? Ponieważ jest to pierwsze, większe Święto w Ameryce po wrześniu, czyli po miesiącu w którym przeprowadziłam się do USA.

W zeszłym roku mieliśmy imprezę halloweenową i przebraliśmy się za Harrego Pottera i Hermionę. W tym roku dopadło nas lenistwo, imprezy nie było żadnej. Jednak tak jak rok temu nie wiedziałam ile wydarzeń jest przez cały okres poprzedzający 31 października, tak w tym roku bacznie pilnowałam i pamiętałam, żeby wybrać się chociażby na farmę po dynię.

  • Farm dyniowych jest tutaj sporo, w okolicach samego San Jose było przynajmniej z 10. Większość z nich tworzy przy polach dyniowych „miasteczka” z atrakcjami. Są one kierowane głownie do najmłodszych, jednak starsi też znajdą coś dla siebie. Wejście jest zazwyczaj bezpłatne, a jeśli coś kosztuje to nie więcej niż 1-2 dolary. Działają one zazwyczaj dokładnie cały październik, nie dłużej.

My wybraliśmy się na Perry Organic Farm we Fremont. Na farmie było ogromne pole z dyniami, mini labirynt, stogi siana, plac zabaw, dyniowe domki i ścianki do zdjęć z otworami na głowę. Można było również wziąć wózek na kółkach aby ułatwić sobie wożenie dyń (lub dzieci) po farmie. Całość była utrzymana w wiejskim klimacie, mimo, że znajdowała się 500 metrów od autostrady 😉 .

Farma oferowała głownie typowe, pomarańczowe dynie o rozmaitych wielkościach i kształtach. Można jednak było kupić inne, mniej spotykane odmiany, a także miniaturowe wersje tych klasycznych. Na zdjęciu poniżej widać, że ceny wahały się od 5 do 15 dolarów.

 

  • Inną naszą halloweenową aktywnością w październiku było wybranie się na kolejną farmę dyniową o nazwie Cool Patch Pumpkins w miejscowości Dixon. Tym razem atrakcją był największy (podobno) na świecie labirynt wycięty w polu kukurydzy.

Wejście do labiryntu kosztowało 15 dolarów za osobę. W cenie były oczywiście mapy. Byliśmy tam razem ze znajomymi i to męska część grupy wzięła sobie za punkt honoru wyprowadzenie nas z labiryntu, damska część podeszła do tematu mniej poważnie (czytaj: robienie zdjęć i oglądanie plonów kukurydzy). Do mety dotarliśmy po 45 minutach. Tempo mieliśmy naprawdę porządne, czasami nawet zdarzało nam się biec (nie chcieliśmy mieć w zasięgu wzroku innych ludzi, żeby nie podpowiadali nam jak iść). Punktami kontrolnymi były trzy mosty górujące nad polem. Zgubiliśmy się tylko raz, na samym końcu labiryntu. Można więc sobie łatwo wyobrazić jak ogromne musiało być to pole, skoro czterem dorosłym osobom zajęło to tyle czasu.

Plan labiryntu z tego roku (przepraszam za jakość zdjęcia)

Cool Patch Pumpkins chwali się, że każdego roku labirynt jest inny, większy od poprzedniego. Dlatego pewnie w przyszłym roku też się tam pojawimy i spróbujemy pobić nasz tegoroczny czas 😉 .

  • W tamtym roku podczas Halloween mieszkaliśmy w hotelu, nie chciałam więc robić szopki i wystawiać cukierków przed drzwi. W tym roku jednak nie mogłam sobie odpuścić tej amerykańskiej tradycji 🙂 . W hipermarkecie kupiłam pojemnik w kształcie dyni za 5 dolarów i cukierki za podobną kwotę. Kupiłam M&M’sy, a ponieważ są to ulubione słodycze Kamila, to przed Halloween wiaderko z cukierkami było owinięte folią spożywczą. Dla bezpieczeństwa. Cukierków.

Wiem, że halloweenowe smakołyki są dla dzieci, jednak jak nasi sąsiedzi powystawiali przed swoje drzwi moje ulubione słodycze (Reese’s, Twix, Jelly Belly, Haribo) to nie mogłam przejść obok tego obojętnie. Zdarzało mi się więc je podbierać, przyznaję się.

Fajnym doświadczeniem było zobaczyć to na żywo – poprzebierane dzieci biegające od drzwi do drzwi i szukające słodyczy. Na pewno jeszcze lepiej wygląda to na osiedlu domków, a nie w apartamentowcach, ale i tak poczułam się bardzo amerykańsko 🙂 .

  • Atrakcją halloweenową, którą powtórzyliśmy z zeszłego roku, było oglądanie udekorowanych domów w Palo Alto. Rok temu wybraliśmy się jednak dzień po Halloween, większość z dekoracji była więc niestety już zniszczona, poprzewracana, niepoukładana. Widać było po prostu, że dzień wcześniej dzieciaki zbierające słodycze nie zwracały za bardzo uwagi na jakiekolwiek przeszkody.

Mądrzejsi o tamto doświadczenie, w tym roku wybraliśmy się w weekend poprzedzający Halloween. Pojechaliśmy również do Palo Alto, ponieważ tam znajduje się urokliwe i bogate osiedle domków. A wiadomo, gdzie jest kasa, tam będzie więcej dekoracji.

Jak zwykle, mieszkańcy Palo Alto nie zawiedli. Widać na powyższych zdjęciach, że niektórzy naprawdę nie szczędzą pieniędzy na halloweenowe przystrojenia. W grudniu wybieramy się tam koniecznie na oglądanie dekoracji świątecznych 🙂

 

Na moim kanale na YouTubie pojawiły się również vlogi z tych wypraw, zapraszam do oglądania i subskrybowania 😉 :

  1. Vlog #19 Pumpkin Patch
  2. Vlog #22 Dekoracje 

 

 

 

 

#41 Muzeum Lodów w San Francisco!

W październiku wybrałam się do Muzeum Lodów w San Francisco. Miejsce to wyglądało niczym wyjęte prosto z filmu „Willy Wonka i Fabryka Czekolady” i było jak plac zabaw dla dorosłych i dzieci.

Na miejsce to natrafiłam na Instagramie. Wsród osób, które obserwuję, znajduje się m.in. David Beckham. To właśnie on kilka miesięcy temu udostępnił zdjęcie z wizyty Muzeum Lodów w Los Angeles. Jest to oczywiście za daleko dla nas, ale, ku mojemu zadowoleniu, mieli oni już na swoim profilu informację o kolejnej lokalizacji – San Francisco.

Jak się okazuje, nie jest to stałe muzeum. To w LA, jak i tutaj w SF, jest wyprzedane i nieznane są jego dalsze losy. Na ich stronie internetowej znajduje się tajemnicza informacja „Zapisz się do newslettera, aby dowiedzieć się o nowych wydarzeniach i lokalizacjach”. Nie wiadomo więc czy muzeum będzie tylko w Kalifornii, w Stanach czy również w innych krajach.

Podczas mojej wizyty udało mi się jedynie dowiedzieć, że muzeum w San Francisco jest wysprzedane do końca lutego i obecnie „walczą” o przedłużenie go na kolejne miesiące.

Sprzedaż biletów rozpoczynała się w dzień roboczy o 9 rano PDT (Pacific Daylight Time). Na krótko przed tą godziną „uzbroiłam” się w komputer, połączenie internetowe i cierpliwość. Jak się okazało, to ostatnie najbardziej mi się przydało. Planowałam kupić 4 bilety: 2 dla nas i 2 dla znajomych, najlepiej na weekend, ale w grę wchodziły również godziny popołudniowe w tygodniu.

Niewiele z tego wyszło. Jak się okazało, jak się „dopchnęłam” do kasy po około godzinie, zostały pojedyncze bilety na poranne godziny, które znikały na moich oczach (dosłownie! po dodaniu do koszyka, pojawiała się informacja, że bilet nie jest już dostępny). Zdecydowałam się więc, że kupie bilet tylko dla siebie. Wiem, brzmi to strasznie samolubnie, ale ustaliliśmy to wcześniej z Kamilem, że jemu nie zależy tak bardzo, żeby iść, więc mam w razie czego kupować tylko dla siebie. Kupiłam więc w sierpniu bilety na koniec października.

Po jakimś czasie od dnia sprzedaży, pojawiła się informacja, że szukają oni wolontariuszy do pracy w muzeum w SF. Sądząc po zdjęciach z Los Angeles, oferta wydawała się bardzo kusząca, pomyślałam również, że w ten sposób uda mi się może zdobyć pozostałe bilety (wciąż miałam wyrzuty sumienia, że kupiłam tylko dla siebie). Jednak nie miałam wtedy wciąż pozwolenia na pracę w USA (…i nie mam go do dziś), nie zdecydowałam się więc na pójście na spotkanie dla wolontariuszy. A szkoda, dostałabym strój w kolorze różowym, a moim zadaniem byłoby zapewne robienie zdjęć lub rozdawania lodów 😉 .

Bilet miałam wykupiony na godzinę 2.30 pm. (godzina 14.30). Przed wejściem była krótka kolejka, jednak szybko się przesuwała. Do środka wpuszczali niewielkimi grupami (10-12 osób). Po wejściu, musieliśmy się przedstawić i powiedzieć nasz ulubiony smak lodów. Następnie trzeba było wymyślić nazwę dla grupy. U nas stanęło na „Posypka Jednorożca”. Dla wyjaśnienia, nie znałam nikogo w tej grupie. Na początku myślałam, że całe to „przedstawienie” jest po to, żeby nas po prostu chwilę zająć i stworzyć większe odstępy między zwiedzającymi. Jak się jednak okazało, łatwiej było mi później prosić kogoś o zrobienie zdjęcia czy chwilę porozmawiać, jak wiedziałam, że ta osoba również jest z mojej „grupy” 🙂 .

Całe muzeum to kilkanaście interaktywnych pokoi, każdy o innej tematyce.

Pierwszy z nich był różowym pokojem z cukierkowymi ścianami (były one umieszczone między ścianą, a płytą pleksi) gdzie można było rzucać krążkami w butelki bitej śmietany. Do wygrania były kupony zniżkowe do lodziarni.

Kolejny pokój ujawniał ciekawostki z lodowego Świata, np. ile lodów je rocznie przeciętny Amerykanin lub ile razy trzeba polizać gałkę lodów aby ją w całości zjeść 🙂 .

W trzecim pomieszczeniu zostaliśmy poczęstowani lodami o smaku solonego karmelu z polewą kawową. Wyglądało to niczym (różowy) bar z lat 50′. Była tam nawet działająca szafa grająca (zdjęcie wyżej).

Kolejne pomieszczenie było pełne magnetycznych, różowych literek, które można było w dowolny sposób układać na ścianie. Nie byłabym sobą, gdybym nie ułożyła słowa „Klaudia” 🙂 . Tam poczęstowali nas również kolejnym lodowym przysmakiem.

…a zaraz za rogiem czekała na nas na żywo robiona wata cukrowa z brokatem 🙂 .

W kolejnych pokojach można było zobaczyć ogromną czereśnie, świecące chmury, żelkowe misie, figurki lodów na patyku lub tapetę w lodowe wzory (…jakkolwiek to wszystko brzmi) 🙂 .

W jednym z pomieszczeń mieliśmy również możliwość spędzenia krótkiej chwili w sześcianie wyłożonym lustrami, a także zrobienia sobie zdjęcia na jednorożcu (bez dotykania głowy i rogu!). W takich momentach naprawdę żałowałam, że jestem tam sama. Nie czułam się zbyt komfortowo, pytając obce osoby „Przepraszam, czy możesz mi zrobić zdjęcie na jednorożcu?” 🙂 .

Na końcu znajdowała się mini ścianka wspinaczkowa oraz miejsce stylizowane na (różową, jakże by inaczej) jaskinię.

Ostatnią i jednocześnie największą atrakcją był basen wypełniony (sztuczną) lodową posypką. Zwiedzający byli tam wpuszczani w kilkuosobowych grupach na około 5 minut – tak aby zdążyć napstrykać sobie miliony zdjęć 🙂 .

Aby wejść do basenu, trzeba było zostawić torby, buty i inne przedmioty w przygotowanych szafkach. Uprzedzili również, aby nie brać ze sobą żadnych wartościowych rzeczy (np. kolczyków) – późniejsze szukanie czegokolwiek w takim basenie jest niezwykle trudne 🙂 .

Posypkę z tego basenu znajdowałam w swoich skarpetkach i włosach jeszcze przez kilka godzin po wyjściu z muzeum, mimo, że zaraz obok niego były tzw. powietrzne prysznice, czyli miejsce ze sprężonym powietrzem, dzięki któremu można było się tej posypki pozbyć.

Przy wyjściu z muzeum znajdował się oczywiście sklep z lodowymi gadżetami, lodziarnia, różowy stół do ping ponga czy huśtawki.

W muzeum spędziłam około 1,5 godziny. Nie jest to dużo, a absolutnie nigdzie się nie spieszyłam. Można więc uznać, że jak za taki czas, liczą sobie dość sporo. Mimo to, naprawdę świetnie się bawiłam i absolutnie nie żałuję wydanych pieniędzy.

Teraz poluję na marcowe bilety, podobało mi się tam tak bardzo, że koniecznie muszę to miejsce pokazać Kamilowi. No i w końcu będzie mi miał kto robić zdjęcia na jednorożcu 😉 .

 

Zapraszam również na vloga z mojej wyprawy do Muzeum Lodów 🙂