#44 Święta w Polsce!

Od dwóch dni jesteśmy w Polsce. Mieliśmy ponad dziewiętnastogodzinną podróż. Lecieliśmy najpopularniejszą trasą, czyli z San Francisco do Frankfurtu i stamtąd do Warszawy. No i oczywiście później ze stolicy do Łodzi, a to również doliczam do czasu całej wyprawy. Niestety na kilka tygodni przed wylotem, ten ostatni, europejski lot przesunęli nam z godziny 12 na 16. Mieliśmy więc kilka godzin czekania na frankfurckim lotnisku. Zdarzyło się nam to chyba po raz pierwszy, zawsze udawało się dorwać lot z przesiadką maksymalnie półtoragodzinną.

Dla mnie takie przesiadki są najgorsze (Zresztą chyba dla wszystkich przesiadki są generalnie „najgorsze”. No, może nie dla palaczy). Po pierwsze, jest się już tak blisko, że do głowy wpadają pomysły typu „A może by tak wypożyczyć samochód i dojechać już samemu do domu?”. Jednocześnie jednak ma się świadomość, że jest się na tyle daleko, że takie rozwiązania są zupełnie bez sensu i trzeba odsiedzieć te swoje godziny na lotnisku. Niby tak niedaleko, bo to ta sama strefa czasowa, ale jednak nie do końca, bo 1000 kilometrów.

Po drugie, po jedenastogodzinnym locie jest się już mocno zmęczonym. Kręgosłup jest pozwijany jak precel, brzuch boli od ciągłej pozycji siedzącej (przynajmniej ja tak mam), butów też lepiej nie zdejmować, bo nie wiadomo co tam się dzieję 😉 . A tu zamiast końca podróży, czeka kilkugodzinny layover na metalowych krzesełkach.

layover – przesiadka w podróży; niedawno się nauczyłam tego słowa więc teraz je wciskam gdzie tylko mogę 😉 

Dzięki pomocy kolegi Kamila mieliśmy we Frankfurcie wejściówkę do Business Lounge, czyli biznesowego saloniku dla posiadaczy biletów o wyższej klasie. Jesteśmy za to bardzo wdzięczni, dzięki temu to kilkugodzinne oczekiwanie przebiegło nam dużo przyjemniej. Business Lounge oferuje zazwyczaj szybkie wifi, prasę, telewizję, miejsce do ładowania elektroniki, jedzenie, picie, alkohol, prysznice, wygodne fotele czy leżanki. My skorzystaliśmy głownie z tej ostatniej opcji, dzięki temu pospaliśmy z 2 godziny w naprawdę komfortowych warunkach. Byłam również w siódmym niebie, ponieważ Lufthansa, jak niemiecki przewoźnik, oferowała w tym Business Lounge’u żelki Haribo (jest to niemiecka firma). Jeśli ktoś nie wie, to jestem od nich naprawdę uzależniona!

Nie byłam w Polsce od dokładnie 5 miesięcy. Czy tęskniłam za krajem? Nie. Czy tęskniłam za rodziną i znajomymi? Bardzo!

Ostatnio coraz częściej łapię się na myśleniu, że w Kalifornii mam dom, a tutaj przejeżdzam w odwiedziny. Ja ogólnie wyznaję zasadę, że dom jest tam gdzie moja rodzina, czyli mój mąż. Ale i tak czuję, że jestem tutaj gościnnie. Prozaiczne sytuacje z pierwszych dni: poszłam do Rossmanna na „kosmetyczny obchód” i na półkach znalazłam tyle nowości, że nie wiedziałam co brać, na co patrzeć, co jest fajne, a co nie. W innym sklepie miałam chwile zawahania dlaczego płacę cenę dokładnie taką jak na metce, a nie z dodatkowym podatkiem naliczanym przy kasie (tak to działa w Stanch, ponieważ podatki różnią się od siebie w zależności od miejsca). Natomiast jak pożyczyłam od rodziców samochód, potrzebowałam kilku sekund na przestawienie się na manualną skrzynię biegów.

Nie chce absolutnie robić z siebie zamerykanizowanej damy z Kalifornii, bo wiem, że przestawienie się na tryb polski zajmie mi dosłownie kilka dni. Ale jednak, człowiek szybko się przyzwyczaja i do dobrego i do tego złego (czyli np. do płacenia większej kwoty przy kasie).

Nie mamy biletów powrotnych do Stanów. Mój mąż wróci prawdopodobnie w pierwszej połowie stycznia ze względu na pracę. Ja natomiast cały czas się waham. Zostać dłużej i spędzić czas z rodziną? Wrócić wcześniej ze względu na męża i potencjalną pracę? Argumentem przemawiającym za pierwszą opcją jest fakt, że po pierwsze, jeśli dostanę pracę to nie będę chciała w początkowym okresie brać urlopu, a to wiąże się z wielką niewiadomą kiedy znowu przyjedziemy do Polski. Po drugie, ROZWAŻAMY, aby w przyszłym roku zostać na Święta Bożego Narodzenia w Stanach. A raczej powinnam napisać, „mój mąż chce, ja rozważam”. Na chwilę obecną jak o tym słyszę, to chce mi się płakać i kopnąć Kamila w piszczel, ale zobaczymy, może dojrzeję do tej decyzji.

Dzisiaj jest 24 grudnia, najbardziej wyczekiwany i magiczny dzień z całego roku. Nasze pierwsze oficjalne Święta jako małżeństwo, wiadomo więc z czym to się wiąże. Mamy do obskoczenia aż 3 Wigilie! Ale tak naprawdę po to tutaj przyjechaliśmy. Wczoraj pomagałam swojej babci robić ostatnie świąteczne zakupy. Kiedyś jakbym usłyszała, że musimy pojechać na rynek, do Biedronki, do krawcowej i do kilku innych miejsc to po prostu chciałabym sobie strzelić w głowę. Tym razem czerpałam z tego czystą radość, że mogę jej pomóc, spędzić z nią czas i porozmawiać. Tylko gdybyśmy mogły uniknąć tych zwierzeń przy kasie „Dzień dobry Pani Halinko, wie Pani, wnuczka z Ameryki przyjechała”…

Wesołych Świąt i (asekuracyjnie) szczęśliwego Nowego Roku, chociaż tego może uda mi się życzyć w jeszcze jednym poście w 2017 roku 😉 . Mam nadzieję, że dzisiaj każdy z nas usłyszy „Święta, Święta i po Świętach”, „Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy” i coś o pogodzie 🙂 . Wszystkiego dobrego!

PS. Już niedługo zapraszam na mój kanał na YouTubie, gdzie pojawi się vlog z naszej podróży z Kalifornii do Polski.

#43 Czy planuję wrócić do Polski?

Jest to pytanie, które od przeprowadzki do Stanów słyszę niezwykle często. Zadają je przede wszystkim osoby z Polski, znajomi i rodzina, chociaż Ci drudzy rzadziej, bo nie wiedzą czy chcą usłyszeć odpowiedź. Pytają również tutaj, w Stanach. Jeśli poznajemy jakiś Polaków, to zazwyczaj już na początku znajomości padają 3 pytania (w różnej kolejności): „Jak długo jesteście w Stanach?”, „Na jakiej wizie jesteście?/Macie zieloną kartę?” oraz wspomniane „Wracacie?”.

No właśnie. Wracamy? Nie wiemy.

Kilka miesięcy temu na Facebook’u pokazał mi się link do artykułu w polskim Newsweeku o tematyce emigracji zarobkowej. Tekst porównywał ceny życia w Polsce i za granicą, jak również przytaczał kilka historii osób, które w Polsce nie mogły znaleźć pracy, a poza nią – tak. Głupia ja, zrobiłam coś, czego nie robię nigdy. Dodałam komentarz, że ja myślę o tym, żeby wrócić. No i się zaczęło. „Dziewczyno! Co ty wiesz o życiu! Zmarnujesz taką szansę”, „Będziesz żałować, w Polsce nie ma do czego wracać” itd.

Czytałam te komentarze, których namnożyło się chyba z 30, z niemałym rozbawieniem, ale i poirytowaniem. Po pierwsze, czy te osoby naprawdę myślały, że w jakikolwiek sposób wpłyną na moją decyzję? Po drugie, większość z nich pisała ten komentarz będąc zapewne od swojej rodziny w maksymalnym zasięgu kilku godzin jazdy samochodem.

I tutaj pojawia się najważniejszy argument przemawiający za powrotem. Rodzina.

Mój mąż, Kamil, jest moją najbliższą rodziną, to prawda. Jednak wiadomo, że nie jedyną. W Polsce są osoby, które kocham, na których mi zależy, za którymi tęsknię. Są dziadkowie, którzy, mam nadzieję, mają przed sobą jeszcze długie lata życia, ale wiadomo, że nie będzie to lat 50. Są dzieci w rodzinie, których urodziny i rozwój mnie omija. Są śluby znajomych, imprezy urodzinowe, imieninowe, parapetówki czy prozaiczne spotkania na piwo. Dochodzi do kuriozalnych przypadków, że muszę wybierać, która uroczystość w danym roku jest „ważniejsza”, bo mogę się pojawić tylko na jednej z nich.

Łatwiej może być osobom, które mieszkają poza Polką, ale w Europie. Wtedy można zaplanować sobie weekend w kraju bez potrzeby brania urlopu albo przylecieć w kilka godzin w razie awaryjnej sytuacji. Wiadomo, że zawsze jest to duży koszt i problem, ale mimo to, jest to dużo łatwiejsze w wykonaniu niż w naszym przypadku.

Lot z USA do Polski trwa minimum 16 godzin. Ja mieszkam na zachodnim wybrzeżu, a stąd nie ma bezpośrednich lotów do Polski (tak, wiem, są z LA, ale to jest 6h jazdy samochodem z San Jose). Trzeba więc mieć naprawdę szczęście, żeby trafić na lot 16 godzinny i to w dobrej cenie.

No właśnie, cena! Bilet w obie stronie nie kosztuje mniej niż 2500 zł. W okresach świątecznych, wakacyjnych albo kupowany w ostatniej chwili potrafi dobić do kwoty 4000 zł. Nie jest więc łatwo pojawić się w Polsce na „już”, bo coś się dzieje.

Warto rozpatrzeć też przypadek podróży w drugą stronę. Żeby ktoś z moich bliskich przyleciał do USA, musi mieć wizę, a wyrobienie jej, nie dość, że kosztuje ok. 500 zł, to jeszcze trwa min. 2 tygodnie. Pojawia się więc ten sam problem: jeśli jest kryzysowa sytuacja, oni nie przyjadą do USA ot tak.

Ktoś może powiedzieć, że trzeba się nauczyć żyć własnym życiem, a nie oglądać się na rodzinę. Jednak paradoks polega na tym, że to ta rodzina jest nieodłącznym elementem mojego życia i jestem bardzo mocno z nimi związana. Obecnie mam niepisaną umowę z bliskimi, że jeśli widzą się ze sobą w Polsce, to mają mi o tym nie mowić, bo będzie mi przykro. Mamy też swój wewnętrzny żart, że nie będą się ze sobą spotykać podczas mojej nieobecności.

W Kalifornii żyje się świetnie, to prawda. Codziennie budzi nas słońce, finanse się zgadzają, mamy blisko na Hawaje czy do Meksyku. Ale jak mówi pewne powiedzenie, w Ferrari też można być nieszczęśliwym 😉 .

I absolutnie nie twierdzę, że jestem nieszczęśliwa. Ba! Jestem bardzo szczęśliwa. Nasz powrót nie jest więc przesądzony. Jesteśmy tu aż i dopiero rok. Ja jeszcze nie pracuję, mam więc świadomość, że nie do końca „wsiąknęłam” w Stany. A im dłużej tu jestem, tym bardziej czuje, że to jest mój dom. Tutaj są moje rzeczy, ulubione sklepy, produkty, nowi znajomi. Jest mi więc tutaj naprawdę dobrze.

Jest też sporo innych argumentów przemawiających za lub przeciw wróceniu do kraju. Chociażby kasa. Przy obecnym trendzie na rynku nieruchomości w Kalifornii, nawet jeśli będziemy bardzo dobrze zarabiać, nigdy nie będziemy mogli sobie pozwolić na kupno domu lub mieszkania za gotówkę. Za te same oszczędności możemy nabyć kilka inwestycji w Polsce. Wiadomo, jedno drugiem nierówne. Jednak w tych dwóch miejscach wartość pieniądza jest według mnie różna.

Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że w Polsce są mniejsze możliwości rozwoju zawodowego. Nie twierdzę, że ich nie ma, jednak z pewnością trudniej znaleźć tam dobre, ciekawe stanowisko w rozwijającej się firmie. Co więcej, wpis w CV z Doliny Krzemowej napewno nadaje rozpędu karierze.

Pogoda. No cóż… tutaj dużo mówić nie trzeba. Jest grudzień, a ja mogę wyjść na zewnątrz w leginsach i adidasach. Może argument prozaiczny, jednak ja wierzę w to, że żyję się dużo lepiej, jeśli 95% dni w roku jest słonecznych.

Podsumowując, na chwilę obecną, jeśli ktoś mnie zapyta czy chce wrócić, odpowiem „tak”. Nie teraz, nie za rok, ale za ok. 5-6 lat chciałabym wrócić do Polski. Szczerze się jednak cieszę, że nie muszę podejmować takiej decyzji już teraz, bo byłaby ona niezwykle trudna.

Bardzo możliwe, że to wszystko się zmieni o 180 stopni i za kilka lat będę się śmiała z tego wpisu siedząc we własnym domu w Stanach i mówiąc łamaną polszczyzną, jednak na chwilę obecną swoją dalszą przyszłość widzę w Polsce, a nie tutaj.

 

 

Chcę bardzo mocno podkreślić, że to wszystko co powyżej napisałam jest moim osobistym odczuciem czy opinią.