#47 Ulubione miejsca w San Francisco cz.1

Od naszego domu do San Francisco jest około 40 mil, co w przeliczeniu wynosi około 65 kilometrów. Mimo, że jest to dość spora odległość, to czasami w tygodniu potrafimy spontanicznie wybrać się do SF na kolację. Poza taki wypadami, bywamy w mieście średnio raz na miesiąc. Spędzamy tam zazwyczaj całą sobotę lub niedzielę, jeśli tylko pogoda dopisuje. A z tym też bywa różnie 🙂 .

Darzymy to miejsce naprawdę dużą sympatią i ponieważ za każdym razem staramy się odkrywać coś nowego, to mamy już całkiem pokaźną listę swoich ulubionych miejscówek. Część z nich jest typowo turystyczna, inne są bardziej dla „lokalsów”. Jednak bez względu na to z której kategorii pochodzą, warto zobaczyć wszystkie z nich!

  • Golden Gate

Tak, wiem. Bardzo odkrywcze 😉 . Jednak chodzi mi tutaj o konkretny punkt widokowy.

Źródło: https://www.google.pl/maps

Najbardziej popularnym miejscem widokowym jest to oznaczone numerem 1 na powyższej mapie. Widok stamtąd jest świetny…

…Jednak w miejscu oznaczonym na mapie numerem 2, widok jest jeszcze lepszy!

Jest tam znacznie mnie ludzi, ale przez to niestety parking też jest o wiele mniejszy. Jednak naprawdę warto poczekać na swoją kolej. Widok jest jeszcze lepszy nocą, ale trzeba uważać, ponieważ bardzo tam wieje, a ogrodzenie nie jest zbyt dobrej jakości (zdjęcie poniżej).

  • Lombard Street

Popularna, bardzo kręta uliczka w San Francisco, po której JESZCZE można zjechać samochodem lub zejść pieszo. Co jakiś czas pojawiają się plotki, że ulica ma zostać zamknięta dla ruchu samochodowego, ponieważ mieszkańcy przylegających do niej kamienic mają dość ciągłego tłoku tworzonego przez turystów. Dlatego warto się spieszyć z odwiedzeniem tego miejsca!

Ulica Lombard Street ciągnie się przez sporą część miasta, jednak ten najbardziej znany odcinek znajduje się w dzielnicy Russian Hill. Na odcinku 400 metrów znajduje się aż 8 zakrętów, a ruch odbywa się tylko w jedną stronę (w dół). Chociaż wiele osób jest przerażonych na samą myśl o prowadzeniu samochodu na tym odcinku, to doświadczenie jest naprawdę niezłe. Poza tym samochody jadą tam tak wolno, że nie sposób spowodować jakąś niebezpieczną sytuację. No chyba, że ktoś pomyli gaz z hamulcem 😉 .

Jeśli ktoś się zdecyduje zjechać w tą ulicą, to należy pamiętać, że można na nią wjechać tylko z jednej strony, z przedłużenia Lombard Street. Kierujący ruchem nie pozwolą nam w nią skręcić z ulicy prostopadłej.

Źródło: https://www.google.pl/maps
  • Dolores Park i Bi-rite

Mission Dolores Park to skwer w samym sercu San Francisco. Jest on niewielki, bo położony między osiemnastą, a dwudziestą ulicą. Jednak jego największą zaletą jest silne nachylenie z południowego zachodu na północny wschód. Dzięki takiemu ułożeniu, park oferuje niesamowity widok na San Francisco.

Chociaż może to być męczące, warto wspiąć się na najwyższy punkt i uwiecznić widok na zdjęciu.

W weekendy park jest wypełniony ludźmi, ale nie powinno być problemu ze znalezieniem sobie miejsca. Warto więc wziąć ze sobą koc, książkę, czapkę (bo słońce naprawdę potrafi tam przygrzać) i porelaksować się tam kilka godzin.

Trzeba jednak się przygotować, że ten park bywa dość ekscentryczny. Jest to miejsce spotkań wielu grup społecznych, fanów różnych zabaw czy sportów. Często widzi się tam osoby chodzące po linie rozwieszonej miedzy palmami czy grupkę ćwiczącą nieznane mi sztuki walki. Oprócz tego dzieci bawią się na ogromnym placu zabaw (tego im zazdroszczę!), spuszczone ze smyczy psy ganiają się po całym parku, roznegliżowani panowie bawią się przy głośnej muzyce, a jeszcze gdzieś indziej ktoś zaczepia ludzi z transparentem „Czy szukasz Boga?”. Mnie zdarzyło się nawet spotkać Panią, która grała sobie na syntezatorze.

Trzeba się również przygotować na krążące po parku „sępy” zbierające puszki 🙂 . Mogą próbować podebrać w połowie pełen napój, trzeba pilnować swego.

Źródło: https://www.google.pl/maps

Naszym rytuałem (a raczej Kamila, on mnie do niego „wprowadził”) jest kupowanie w pobliskim sklepie jedzenia na lunch i spożywanie go siedząc w Dolores Park na kocyku z widokiem na San Francisco.

Nie chodzi jednak o pierwszy, lepszy sklep. Na powyższej mapie zaznaczone są dwa miejsca (Bi Rite Creamery i Bi Rite Market). I właśnie tam TRZEBA się udać.

Pierwsze miejsce to oczywiście lodziarnia. Tam można zaserwować sobie deser po lunchu. Bardzo często kolejka do niej ciągnie się na kilkanaście metrów, jednak warto odstać swoje. Oferują lody w ciekawych, niespotykanych smakach, np. bazyliowe lub sezamowe. Pyszne!

Jeśli chodzi o Bi Rite Market, to jest to lokalny, klimatyczny sklepik o niewielkiej powierzchni, ale za to o ogromnym wyborze produktów. Mają tam bardzo dobre pieczywo (!), robione na miejscu kanapki, świeże warzywa i owoce, napoje i wina niszowych marek czy kwiaty. Jeśli ktoś będzie w pobliżu, koniecznie polecam się tam wybrać.

  • Hayes Street
Źródło: https://www.google.pl/maps

Hayes Street znajduje się w Hayes Valley, modnej okolicy w centrum San Francisco. Jak widać na powyższej mapie, mam na niej zaznaczone sporo wartych uwagi miejsc 🙂 . Przede wszystkim niedaleko niej znajduje się San Francisco City Hall, czy miejski ratusz. Jest to dla mnie szczególne miejsce, ponieważ to właśnie tam w 2016 roku stałam się mężatką. Chociaż dla mnie to było ogromne wydarzenie, to domyślam się, że dla innych nie jest to wystarczający powód, żeby tam się udać. Na szczęście jest inny. Ratusz jest bardzo ładnym budynkiem, który trochę przypomina Biały Dom (serio!), a wnętrze jest naprawdę urokliwe. Warto na chwilę zajrzeć od środka.

Na samej ulicy Hayes można znaleźć sporo fajnych sklepów. Tak, tak, wiem jak to brzmi. Jednak w większości to nie są sieciówki, a prywatne, małe biznesy z ubraniami, rowerami, wyrobami ze skóry. Jeśli jest się w San Francisco, to nie jest to na pewno miejsce warte poświęcenia kilku godzin, ale miło jest się tamtędy przespacerować, zwłaszcza, że dojdziemy tą ulicą do kolejnej atrakcji turystycznej. Jest tam też sporo klimatycznych restauracji czy kawiarni, w których warto zatrzymać się na kawę lub lunch i usiąść na zewnątrz, żeby poobserwować życie mieszkańców San Francisco.

Wspomniana wcześniej atrakcja turystyczna to znajdujące się przy Alamo Square Painted Ladies. Można nie kojarzyć tego miejsca po nazwie, jednak myślę, że większość skojarzy wzrokowo. Jest to rządek kilku wiktoriańskich domów pomalowanych na różne kolory. Za nimi rozciąga się widok na miasto. Można liczyć, że jest to 6 lub 7 domów, w zależności od tego czy komuś pasuje do całości dom po lewej stronie, który jest znacznie większy od reszty 🙂 .

cdn

#46 Jak sobie radzę z językiem angielskim?

Kilka razy zdarzyło się, że osoby bliższe lub dalsze pytały mnie, jak radzę sobie z porozumiewaniem się w języku angielskim. Radzę sobie, myślę, że nienajgorzej, ale też wiem, że na pewno są obszary mojej znajomości angielskiego, które wypadałoby podciągnąć lub poćwiczyć.

Myślę, że jest mi trochę łatwiej, ponieważ od kiedy pamiętam, to uczyłam się angielskiego zarówno w szkole, jak i na dodatkowych kursach. Jak byłam nastolatką, to podchodziłam do tego dość „luźno”. Nie rozumiałam, dlaczego rodzice każą mi chodzić na te pozalekcyjne zajęcia i o co cały ten szum, że „znajomość angielskiego to podstawa”.

Szybko jednak pozbyłam się tego lenistwa. Przyczyniła się do tego jedna, konkretna sytuacja. W czwartej klasie podstawówki, na początku roku szkolnego, nowy nauczyciel przepytywał nas z podstawowego materiału, żeby poznać nasz poziom angielskiego. Na prośbę o odmianę czasownika „be”, ja rozłożyłam ręce i nie wiedziałam co powiedzieć. Coś tam mi się pałętało w głowie, jednak nie byłam w stanie sformułować poprawnej odpowiedzi.

Zrobiło mi się wtedy tak głupio i byłam tak zawstydzona swoją niewiedzą, że szybko zmieniłam swoje nastawienie do nauki angielskiego. Oczywiście nie stałam się z dnia na dzień orłem, zawsze było mi nie po drodze do robienia prac domowych i uczenia się do testów, jednak zapaliła mi się w głowie lampka, że to chyba ma jakiś sens.

Czy warto chodzić na kursy? Na pewno tak, aby poznać podstawy. Daje to też ciągły kontakt z językiem. Nawet jeśli opornie idzie wkuwanie słówek i gramatyki, to według mnie zawsze coś tam w głowie zostaje.

Lepsze są kursy czy zajęcia indywidualne? W większej grupie nie jest się traktowanym ulgowo, zawsze ciężej kogoś ochrzanić za nieodrobioną pracę domową w cztery oczy niż na forum 😉 . Na kursie jest też większa motywacja, bo można nie zdać, nie zaliczyć testu czy wypaść najgorzej na tle grupy. Z drugiej strony lekcje indywidualne dają większą elastyczność w dostosowaniu tempa pracy i materiału. Podsumowując: (według mnie) kursy są do nauki, lekcje indywidualne do nadrabiania materiału ze szkoły.

Czy warto robić certyfikaty? Ja zrobiłam CAE kilka lat temu, ponieważ dla samej siebie chciałam mieć jakiś papier potwierdzający znajomość angielskiego. Wiem jednak, że jeśli przyszyły pracodawca będzie wymagał znajomości języka, to i tak sprawdzi to osobiście nie zważając na certyfikaty. Czasami zagraniczne szkoły lub instytucje wymagają certyfikatów od osób, których ojczystym językiem nie jest angielski. W Stanach najpopularniejszy jest certyfikat TOEFL (Test of English as a Foreign Language). Wadą certyfikatów jest również to, że nie należą one do najtańszych.

Czy warto oglądać filmy i seriale po angielsku? Pewnie, że tak, zawsze warto. Najlepiej oglądać je z angielskimi napisami, tak, aby od razu uczyć się pisowni i wzrokowo zapamiętywać struktury gramatyczne. Jest też bardzo dużo ciekawych kanałów na YouTubie, które uczą angielskiego, moim ulubionym jest kanał Arleny Witt (link), który oglądam regularnie. Mam również dużo subskrypcji związanych z makijażem, lifestylem czy technologią, które także są po angielsku. Oglądam je dla relaksu, bo się tym interesuj, a przy okazji podświadomie uczę się nowych zwrotów czy słownictwa, jak np. top-notch czy holy guacamole 😉 .

Jednak bez względu na to ile by nie zainwestować w naukę, to po tym półtora roku spędzonym w Stanach, wniosek mam jeden: najłatwiej nauczyć się języka mieszkając za granicą. Oczywiście nie każdy musi się ze mną zgadzać, nie wątpię też, że można się go nauczyć w szkole czy na kursach. Jest to jednak najlepsze rozwiązanie dla osób, które tak jak ja, mają problemy ze skupieniem na nauce, z silną wolną czy wytrwałością.

Tam po prostu trzeba mówić. Można się krępować, ale jakoś trzeba dogadać się w sklepie albo zamówić lunch w restauracji. Jeśli ktoś zagada na ulicy, to głupio byłoby uciec z krzykiem, lepiej coś tam wymamrotać, nawet jeśli ma to być z błędem.

Jak pojechałam do Stanów to oczywiście się wstydziłam. Chciałam wszystko mówić pełnymi, złożonymi zdaniami, z wyrafinowanym słownictwem i najlepiej, żeby to było zabawne, sarkastyczne, mądre. Szkoda tylko, że jak już sobie w głowie ułożyłam całą tą wypowiedź, to temat rozmowy był już zupełnie inny. Nawet przy Polakach peszyłam się, jeśli miałam np. zamówić coś po angielsku w restauracji. Teraz wiem, że to głupota, ale wtedy bałam się, że jak ze stresu popełnię błąd, to usłyszę „A jak Ty chcesz żyć w Stanach, jak Ty nawet po angielsku nie umiesz mówić?”. Jeśli ktoś myśli podobnie to od razu wyprowadzam z błędu. Po pierwsze, nie ma co być tak zadufanym w sobie i myśleć, że każdy spija z ust każde nasze słowo i poddaje je szczegółowej analizie 😉 . Po drugie, nawet najlepszym zdarzają się błędy językowe, naprawdę. Po trzecie, zostanie się gorzej odebranym przez towarzystwo jeśli nie mówi się nic, niż jeśli zrobi się kilka błędów, których prawdopodobnie i tak nikt nie zauważy. Po czwarte, jeśli obcokrajowiec nas nie zrozumie, to prawdopodobnie pomyśli, że źle usłyszał, a nie, że my zrobiliśmy błąd. Zawsze również można powiedzieć „Let me check/show you……”. W końcu to my znamy ich język poza ojczystym, oni polskiego na pewno nie znają 🙂 .

Będąc w Stanach nauczyłam się, że jeśli chcemy zapytać w windzie na które piętro jedzie inna osoba, to powinniśmy zapytać „What floor?”, a nie „Which floor?”. Zapamiętałam to, ponieważ jak kilka razy usłyszałam u na w budynku tą pierwszą wersję, to się wkurzyłam i usiadłam to komputera, aby sprawdzić kto się myli, ja czy cały budynek. (Nie)stety tym razem byłam to ja 😉 .

Innym przykładem jest wyrobienie w sobie nawyku odpowiadania i zadawania pytania „How are you?”. Tak jak kiedyś było to dla mnie nienaturalne, tak teraz zdarza mi się z rozpędu powiedzieć to do kogoś np. na lotnisku podczas przesiadki.

Widzę, że od kiedy mieszkam w Kalifornii, to rozwinęłam się językowo, ale co najważniejsze, przestałam się wstydzić mówić. Zrobię błąd to trudno, jeśli nikt nie zauważy to dobrze, jeśli zauważy i mnie poprawi to jeszcze lepiej, będę wiedziała na przyszłość. Błędy językowe robi nawet uwielbiany przez wielu Justin Bieber, który w swojej piosence śpiewa „(…) my mama don’t like you (…)”, także nam tym bardziej wolno 😉 .

 

#45 Jak wygląda mieszkanie w USA?

W pierwszym poście w 2018 roku chciałabym opisać jak wygląda nasze mieszkanie w Stanach i czym różni się od typowego, polskiego domu.

Wykładziny

Mam wrażenie, że Amerykanie szczerze kochają wykładziny i to najlepiej w jakimś jasnym, łatwo brudzącym się kolorze. U nas w mieszkaniu są one wszędzie, oprócz łazienki i kuchni (Bogu dzięki!). Owszem, jest to przyjemne, jak rano kładzie się stopy na dywanie, a nie na zimnej podłodze, jednak do sypialni można byłoby  się ograniczyć. Sprzątanie dywanowych schodów jest dość uciążliwe. Posiadanie blatów kuchennych w sąsiedztwie takiego wykończenia podłogi również, a nuż Ci coś spadnie.

Takie urządzania domów i mieszkań może być spowodowane nie tylko gustem, ale też chęcią wyciszenia pomieszczeń, zwłaszcza w takich miejscach jak Kalifornia, gdzie surowcem budowlanym nie jest cegła, a na przykład drewno.

Im nowsze mieszkania, to tych wykładzin jest mniej, starają się zapewne bardziej zeuropeizować standardy. Jeśli komuś więc zależy na twardych, drewnianych podłogach, posiada psa lub kota, to takie miejsca też da się znaleźć 🙂 .

Gniazdka

Amerykańskie gniazdka nie tylko inaczej wyglądają, ale również mają inne napięcie. W Polsce jest 220V, a w USA 110-120. Nie zawsze więc warto kupować sprzęty w Stanach i przywozić je do Polski. W najlepszym przypadku będą one gorzej działać podczas podłączenia do prądu, w najgorszym – ulegną spaleniu. Rozwiązaniem jest użycie przejściówki (jednak trzeba pamietać, że nie zmienia ona napięcia i natężenia, a jedynie wygląd wtyczki) lub transformatora napięcia. Ten często jest jednak drogi i nieporęczny.

Na szczęście coraz więcej sprzętów jest przystosowanych do różnych napięć. Przed podłączeniem lub zabraniem ze sobą warto sprawdzić na urządzeniu tzw. input, czyli przy jakim napięciu sprzęt będzie działał poprawnie. Przejściówkę można kupić w każdym sklepie z elektroniką lub przez internet. Na chwilę obecną my mamy już więcej sprzętu z USA, niż z Polski, więc naszym sposobem na różne wtyczki jest zabranie ze sobą jednej przejściówki i amerykańskiej listwy z kilkoma gniazdkami 🙂 .

Pralka i suszarka

W Stanach, jak wiadomo z wielu filmów,  bardzo popularne są publiczne pralnie. W starszych budynkach unikano montowania pralek, aby wykluczyć przecieki czy zwarcia. Niektóre miejsca zapewniają wspólną pralnię, zlokalizowaną w piwnicy lub oddzielnym budynku, inne nie zapewniają jej w ogóle i wtedy trzeba znaleźć publiczną pralnie w okolicy. Starsze pralnie działają na popularne ćwierćdolarówki, w nowszych można już zapłacić pralce kartą 🙂 . W takich miejscach znajdują się też automaty z proszkiem, zmiękczaczem, płynami itd. Zdarza się też, że Amerykanie, którzy mają pralki w domach, przychodzą do tych publicznych, aby kilka razy w roku uprać np. narzuty, koce czy pościel, ponieważ w nich są duże, przemysłowe pralki.

My na szczęście mamy pralkę w mieszkaniu. Jednak kolejną „anomalią” dla Polaków może być to, że prawie zawsze chowane są one w oddzielnych pomieszczeniach. Nazywanie tak tej przestrzeni to spora przesada, ponieważ w wielu przypadkach, jak i w naszym, jest to po prostu schowek 1mx1m, jednak drzwi są, można więc zaliczyć do „pomieszczeń” 🙂 . W parze z pralką idzie zazwyczaj suszarka. Dla mnie jest to świetne rozwiązanie, ponieważ można uprać ręczniki czy pościel i tego samego dnia wieczorem już ich użyć. Poza tym nie trzeba zagracać mieszkania czy balkonu rozkładaną suszarką. Z drugiej strony suszarka podobno niszczy ubrania. Ja jednak jeszcze tego nie zauważyłam, jak dorobie się ekskluzywnych ubrań od projektantów to będę nad tym dumać 😉 .

Mielenie resztek jedzenia

Pamiętam jak kilka lat temu oglądałam horror, w którym bohaterka wepchnęła rękę przestępcy do zlewu i włączyła przyciskiem..hm…to, na co wskazuje tytuł akapitu. Zastanawiałam się wtedy, jak można takie niebezpieczne urządzenie montować w domu.

Okazuje się, że jest ono w większości amerykańskich domów, również w moim. Jedna komora zlewu posiada zazwyczaj w odpływie młynek, który jest w stanie zmielić nawet twarde warzywa czy kości. Plus? Łatwo można się pozbyć resztek po obiedzie, odpadków po owocach czy warzywach, nie trzeba się przejmować, że będą gniły w koszu. Minus? Jest to bardzo niebezpieczny sprzęt i nie chce nawet myśleć co może się stać jak w domu jest i młynek i ciekawskie dziecko. Nie jest to na tyle pomocne urządzenie, żebym miała je w przyszłości zamontować w swoim domu.

Szafy walk in

W Stanach niezwykle popularne są tzw. szafy walk in. Nie nazwałbym ich garderobami, ponieważ często są to tak małe przestrzenie, że nie da się wejść do środka, a jedynie coś powiesić czy położyć na półce. W naszym mieszkaniu są 3 szafy tego typu i ani jednej „zwykłej”. Dzięki temu zarówno ja, jak i Kamil, mamy swoje oddzielne szafy. Unikamy więc kłótni kto zrobił bałagan lub kto zajął więcej miejsca. Cały czas jednak marzę o prawdziwej garderobie jak z filmu „Seks w wielkim mieście” 🙂 .

Łóżka

Tradycyjne łóżka składają się z kilku warstw. Na samym dole jest rama składająca się z kilku metalowych lub drewnianych prętów i nóżek. Następny jest tzw. boxspring, czyli pudło ze sprężynami lub deskami o średniej wysokości 20-30 centymetrów. Używa się go przede wszystkim po to, aby podwyższyć łóżko, a tym samym ułatwić wchodzenie i schodzenie z niego. Kolejny jest materac, a później tzw. topper, czyli cienka warstwa piankowa, która jeszcze bardziej poprawia komfort snu. Tutaj można również użyć podkładki pod materac lub ochraniacza na niego.

Źródło: http://www.tavlu.com/13566/furni/attractive-box-spring-mattress-bed-frame-mattress-box-spring/

Ścielenie amerykańskiego łóżka w tradycyjny sposób jest równie skomplikowane. Pamiętam jak pierwszy raz poszłam do sklepu kupić pościel. Jakież było moje zdziwienie jak zobaczyłam, że zestawy zawierają po 8-10 elementów.

Zaczyna się od ozdobnej falbanki nakładanej na boxspring. Nazywa się to bed skirt, czyli spódniczka dla łóżka 😉 . Następnie nakłada się prześcieradło z gumką zwane fitted sheet, a na to prześcieradło bez gumki (flat sheet), które estetycznie zawijamy pod materac. Na to kładziemy kołdrę (comforter/duvet), którą przy miejscu na głowę odwijamy na długość kilkudziesięciu centymetrów. Jeśli warstw jest za mało, można użyć ozdobnej narzuty. Jeśli chodzi o poduszki, to najpierw układa się te do spania, a następnie ozdobne. Na koniec można dołożyć w nogach złożony kocyk.

Co więcej, w Stanach mało popularne są poszewki na kołdry i „wkłady” do nich. Używa się raczej kołdry bez poszewki, która jest już sama w sobie pokryta ładnym wzorkiem.

Źródło: http://www.ultimalinen.com

Ostatnią ciekawostką dotyczącą łóżek są ich rozmiary. Szukając pokój w hotelu często można wybierać spośród różnych opcji wielkości łóżka.

Twin/single 38 in × 75 in (97 cm × 191 cm)
Full/double 54 in × 75 in (137 cm × 191 cm)
Queen 60 in × 80 in (152 cm × 203 cm)
King 76 in × 80 in (193 cm × 203 cm)
California king 72 in × 84 in (183 cm × 213 cm)

My zaczynaliśmy od rozmiaru King, teraz jednak sami siebie zdegradowaliśmy do łóżka typu Queen i momentami bywa ono dla nas za małe 🙂 .