#53 Szukanie pracy w Stanach

Nastał ten długo wyczekiwany moment, kiedy mogę napisać, że mam pracę! Udało mi się znaleźć zatrudnienie w zawodzie i to za satysfakcjonujące mnie wynagrodzenie. 

Nie było jednak łatwo. Pracy szukałam 2 miesiące i był to bardzo intensywny okres. Nie przesadzę, jeśli powiem, że wysłałam z 200-250 resume. Nie były też to tylko te dwa ostatnie miesiące, proces zdobywania wszystkich pozwoleń, dokumentów trwa miesiącami. A wiara w siebie w tym czasie jest coraz niżej, niżej i niżej…

Najlepiej zacząć od tego, że jak tu przyjechałam, byłam na wizie, która nie pozwalała mi pracować. Nie bawiłam się oczywiście w nielegalną pracę, ponieważ wiążemy swoją najbliższą przyszłość ze Stanami, a nie chciałabym zacząć z takim wpisem w papierach. Po ślubie cywilnym w San Francisco miałam teoretycznie prawo pracować, jednak nadal nie miałam nowej wizy czy dokumentów na nowe nazwisko. Musiałam więc poczekać na podróż do Polski, a tam na nowy paszport i wizę. 

Po powrocie do Stanów zabrałam się do dzieła. A raczej CHCIAŁAM się zabrać do dzieła. W Kalifornii znam kilka Polek, które na pewno chętnie by mi pomogły i doradziły, jednak mój charakterek Zosi Samosi dał się we znaki i ja wszystko chciałam sama. Najtrudniej zapytać kogoś o pomoc albo poradę. Zamiast więc zapytać wprost osoby, które to przechodziły, ja wyszukiwałam wszystkie informacje sama, co wydłużało cały proces kilkukrotnie.

Z wcześniej zasłyszanych rozmów wiedziałam, że jest coś takiego jak SSN, czyli Social Security Number. Jest to odpowiednik polskiego peselu. Bez tego mało co można załatwić w Stanach. Udałam się do Social Security Administration, czyli biura, które zajmuje się m.in. nadawaniem takiego numeru. Jest to również miejsce przyznawania pomocy finansowej dla biednych czy niepełnosprawnych.

Z tego co czytałam w internecie, proces nadawania SSN trwa około 3-4 tygodni. U mnie przeciągnęło się od marca do…września. Wynika to też ze względu na to, że maj i czerwiec spędziłam w Polsce, ale i tak zajęło to bardzo długo. Nie do końca wiem, czym było to spowodowane, wydaje mi się jednak, że zostałam tym „szczęśliwcem”, którego dokumenty były wyjątkowo szczegółowo sprawdzane.

Jak dostałam SSN, przyszła kolej na pozwolenie na pracę. Aby je zdobyć, należy odpowiednie dokumenty wysłać aż do Phoenix i uiścić opłatę 500 dolarów. Po około 2-3 miesiącach przychodzi pocztą karta, podobna do polskiego dowodu, która jest pozwoleniem na pracę w Stanach. Jest to dokument z datą ważności, ale kolejne wyrobienie dokumentu jest tylko formalnością (płatną, niestety…).

Ja swoją dostałam w listopadzie, kilka tygodni przed wyjazdem do Polski. Ponieważ planowałam tam zostać około półtora miesiąca, nie szukałam już pracy przed wyjazdem, postanowiłam rozpocząć poszukiwania jak na dobre wrócę do Stanów.

Do Kalifornii wróciłam na początku lutego, wtedy zaczęłam szukać pracy. Chciałam znaleźć ją jak najszybciej, ponieważ wtedy mijało już aż półtora roku mojego bezrobocia i nie ukrywam, trochę paliłam się do roboty. Zależało mi jednak na pracy w zawodzie, nawet jeśli miało to oznaczać zarobki poniżej moich oczekiwań.

Postanowiłam, że będę wysyłać około 50 CV tygodniowo. Wiedziałam, że większość z nich i tak trafi do jakiegoś równoległego świata z nieobejrzanymi resume, chciałam więc maksymalnie zwiększyć swoje szanse chociażby na rozmowę. Nie dość, że takie spotkania są same w sobie stresujące, to ja musiałam je przeprowadzać w obcym języku. Chciałam więc przetrenować jak największą ich ilość.

Postanowiłam, że nie będę uderzać w takie wielkie firmy jak np. Google. Oni i tak są zasypywani tysiącami resume, a ja nie miałam doświadczenia ze Stanów i nie bardzo miałam kogo poprosić o referencje. A te są dla Amerykanów święte. Wiedziałam też, że na pewno nie chce pracować na tzw. front desku, czyli w recepcji (tych ofert było najwięcej) i w sklepach (nie mogę stać tyle godzin). Absolutnie nie uważam, że jest to coś złego, po prostu wiedziałam, że jest to rodzaj pracy, której ja nie chce lub nie mogę wykonywać.

Pierwszy telefon odebrałam po dokładnie dwóch tygodniach. Zadzwoniła do mnie agencja pracy. Na początku się trochę przestraszyłam, tacy pośrednicy kojarzą się głównie z wysyłaniem za granicę do prac fizycznych. Dowiedziałam się jednak, że jest to bardzo popularny sposób zatrudnienia w Stanach, zwłaszcza na początku kariery. Ja jestem w Stanach nowa, nie mam doświadczenia czy referencji, firmy boją się mnie zatrudnić. Może kradnę? Może jestem agresywna? Może nie umiem pracować w zespole? Wolą robić to właśnie przez agencje, żeby w razie problemów to oni się ze mną bujali, nie firma.

W takich agencjach wszystko dzieje się bardzo szybko. Tego samego dnia zostałam umówiona na rozmowę do firmy i…tego samego dnia została zaproponowana mi praca! Nie zdecydowałam się na nią, ponieważ nie była powiązana z tym co chce robić i niewiele bym się tam nauczyła, ale dodało mi skrzydeł.

Przez kolejne tygodnie sytuacja była podobna. To co zauważyłam, to to, że około 80% telefonów było z agencji. W późniejszym czasie wysyłałam oferty głownie do nich, bo tam miałam największe szanse na jakikolwiek odzew.

Agencje proponują zazwyczaj prace tymczasowe, z możliwością przedłużenia. Co to oznacza? Oznacza to, że firma chce pracownika na 2-3 miesiące okresu próbnego, kiedy to agencja tak naprawdę go zatrudnia i mu płaci, a po tym okresie można go zatrudnić na pełen etat pomijając już pośrednika jakim jest agencja. Z tego co zauważyłam przez te miesiące, to agencja zazwyczaj pobiera 50 procent wynagrodzenia. Czyli np. jeśli ja dostałabym stawkę 50 dolarów za godzinę (nie zarabiam tyle 😉 ) to agencja weźmie za godzinę mojej pracy 75 dolarów (50 dla mnie, 25 dla nich). Dlatego m.in. po pewnym czasie firma chce zrezygnować z pośrednika, aby nie płacić tak wysokich stawek.

Kolejny powód jest taki, że teraz nie zobowiązuje mnie żadna umowa. Teoretycznie więc mogłabym w poniedziałek nie pójść do pracy, bo np. mi się tam nie podoba i nie mogłyby zostać wyciągnięte żadne konsekwencje wobec mnie.

Obecnie pracuję jako Accounts Payable Coordinator. To stanowisko nie ma odpowiednika w Polsce, ale zapewniam was, że jest to praca z zakresu finansów i księgowości 😉 . Skończyłam właśnie swój drugi tydzień pracy i jak na razie jestem bardzo zadowolona!

Jakie mam wnioski po tym całym doświadczeniu?

  • Warto się przygotować na lokalny rynek pracy. Zrobiłam darmowe kursy z oprogramowań księgowych popularnych w Stanach, poduczyłam się też angielskiego Excela.
  • Jeśli sytuacja tego od nas nie wymaga, nie warto przyjmować pracy, której się „nie czuje”. Ja odrzuciłam 2 oferty. O jednej wam wspomniałam wyżej, a druga to była bardzo dobrze płatna oferta na stanowisko, na którym byłabym odpowiedzialna za…podawanie śniadań i obiadów prezesowi. Mimo, że zarabiałabym tam więcej niż teraz, to nie chciałam pracować w firmie, która kłamie już przy tworzeniu opisu stanowiska pracy. Przyszłam na rozmowę o pracę w finansach, wyszłam jako potencjalna kelnerka.
  • …Warto jednak zgodzić się na warunki finansowe poniżej oczekiwań. Jak wspomniałam wcześniej, Amerykanie mają obsesje na punkcie referencji, warto więc zaczepić się gdzieś nawet na kilka miesięcy, ponieważ później będzie dużo łatwiej znaleźć pracę, co w ogólnym rozrachunku wyrówna się z wcześniejszą, niższą pensją.
  • Zauważyłam, że warto jest wypisać ciekawe hobby w CV. Dzięki temu często rozmowa schodzi na ten temat i wypełnia czas przeznaczony na spotkanie. Co ważne, trzeba je wypisać dokładnie, tzn. zamiast „czytanie książek”, można napisać „skandynawskie kryminały”. Osoba rekrutująca może się wtedy odnieś do konkretnych tytułów czy autorów, a takie osobiste powiązania często dają dodatkowe punkty.

Nie chce się wymądrzać w kwestii szukania pracy i rozmów rekrutacyjnych bo absolutnie nie jestem ekspertem. Ale uważam to za swój mały sukces, że znalazłam satysfakcjonującą mnie pracę w Dolinie Krzemowej. Trzymajcie za mnie kciuki, a ja życzę powodzenia każdemu, kto jest lub będzie w podobnej sytuacji! Uda się 🙂 !

 

#52 Wielkanoc w Stanach, czyli w pogoni za kiełbasą

Spóźnione Wesołych Świąt!

U nas już po dawno po Wielkanocy, mimo, że jest dopiero 2 kwietnia. W Stanach niestety poniedziałek nie jest dniem wolnym od pracy.

Ponieważ niedawno byliśmy w Polsce, na Wielkanoc zostaliśmy w Stanach. Podobnie było rok temu, Wigilia w Polsce, te Święta – w Kalifornii. Powód jest prosty. W grudniu, między Bożym Narodzeniem, a Sylwestrem, wiele firm się zamyka, szefowie bardziej przychylnie patrzą na urlopy lub pracę z domu. Jest również więcej dni świątecznych, a zaraz po nich dochodzi Nowy Rok, czyli kolejny dzień wolny od pracy. W Stanach na Wielkanoc nie przypada żaden dodatkowy dzień wolny.

Będąc w Stanach, pokarmy i przedmioty do święconki warto zacząć zbierać kilkanaście dni wcześniej. Możliwe, że w miejscach gdzie skupiska Polaków są większe jest łatwiej, np. w Chicago czy w Nowym Jorku. Jednak tutaj trzeba się najeździć, naszukać i nazałatwiać, żeby zebrać wszystko co trzeba lub co wypada mieć.

Zacznijmy od koszyczka i od tego, że Amerykanie raczej nie obchodzą Wielkanocy. Jak pytałam swoje koleżanki amerykanki jak to wygląda u nich w domach, powiedziały, że jest to bardziej wydarzenie dla dzieci niż dla dorosłych. Popularne jest bowiem tutaj tzw. „egg-hunting”, czyli polowanie na jajka. Moda na tą aktywność powoli przenosi się do Polski, jeśli jednak ktoś się jeszcze z tym nie spotkał to wyjaśniam: jest to zabawa, która polega na szukaniu przez dzieci poukrywanych jajek, czy to w ogrodzie czy w domu. A do czego dzieci zbierają te zdobycze? DO KOSZYCZKA!

Właśnie dzięki temu jest dla nas szansa na kupienie koszyczka w okresie przedświątecznym. Wiadomo, że można znaleźć pojedyncze sztuki w działach z dekoracją, jednak nie ma tego zbyt dużo.

I tu pojawia się kolejny problem. Ponieważ jak przed chwilą wspomniałam, są to koszyczki dla dzieci, to łatwo sobie wyobrazić jak one wyglądają. Mają poprzyczepiane królicze uszy, wyglądają jak kurczaczek albo głowa Spidermana. Oczywiście nie ma nic złego w pójściu z takim koszyczkiem do kościoła, jednak ja wolałam coś spokojniejszego. Z dwa tygodnie temu w sklepie TjMaxx (nie, nie zrobiłam literówki, tak się nazywa ten sklep w Stanach) znalazłam spory koszyk wyłożony szarym materiałem z doszytymi uszami… Jaka wielka była moja radość, gdy zobaczyłam, że materiał można bez problemu wyjąć. W ten oto sposób dorobiłam się zwykłego, wiklinowego koszyka.

Bazie, rzeżucha, żonkile i inne roślinki: też nie jest łatwo. Ktoś mi powiedział, że w sklepie Trader’s Joe można kupić bazie. Nieważne, że jest nam tam kompletnie nie po drodze, jedziemy! Bazie muszą być! Kupiliśmy 3 badyle za 5 dolarów, które podobno miały zakwitnąć. Niestety, badyle badylami pozostały. Podobnie było z żonkilami. Kupiłam pęczek kwiatów za około 4-5 dolarów. Specjalnie, tak jak mama uczyła, kupiłam taki, gdzie jest najwięcej nierozwiniętych pączków, bo przecież wtedy dużej postoją. Niestety. Uschły w takim samym stanie w jakim przywiozłam je do domu. Podlewałam, przestawiałam na mniej lub bardziej nasłonecznione miejsce, niestety nic nie pomogło. Nie wiem czyja to wina, czy ja jestem słabą ogrodniczką, czy kwiaty jakieś takie nie bardzo, rezultat jest jeden: z amerykańskimi baziami i żonkilami już się nie lubię. Jedyny mój ogrodniczy sukces to rzeżucha! Koleżanka odsypała mi trochę ziarenek, które ładnie nam wyrosły przez ostatnie tygodnie. Bawi mnie jedynie to, że trudniej tu zdobyć rzeżuchę niż narkotyki, odsypywałyśmy sobie ziarna z takim skupieniem, jakby była to najdroższa kokaina 😉 .

W San Francisco znajduje się polski sklep Seakor, który szczyci się tym, że sam wyrabia sprzedawane wyroby mięsne. Ponieważ do SF jest dość daleko, to w pierwszą niedziele każdego miesiąca można kupić te produkty w polskim kościele w San Jose. Kolejka ustawia się wtedy do stoiska bardzo szybko, a wyroby znikają jeszcze szybciej. Nic dziwnego, zapach jest obłędny, zwłaszcza dla stęsknionych i wygłodniałych Polaków. W pierwszą niedzielę marca nadarzyła się więc okazja aby kupić np. kiełbasę do święconki. Ale tu pojawia się problem. Kupić tak wcześnie i zamrozić? Nie kupować i wybrać się w drugiej połowie miesiąca do San Francisco? Ja zdecydowałam się pójść na żywioł i szukać w późniejszym czasie kiełbasy lub wyrobu kiełbasopodobnego w sklepach z polskimi produktami w San Jose. Na całe szczęście udało się. Za dokładnie dwie kiełbaski zapłaciłam prawie 5 dolarów… A na opakowaniu złośliwie napisali „Easter sausage”, czyli „i tak ją kupisz polaczku, bez względu na to ile będzie kosztowała” 😉 .

W tym samym sklepie można było dorwać pojedyncze sztuki baranka cukrowego lub palemek, a także zestawy do farbowania jajek. Ja jednak swój zestaw kupiłam w sklepie Michaels, który sprzedaję rzeczy do rękodzieła, szycia, malowania itd. Tam również kupiłam sztuczny mech, którym chciałam nadać jakiejkolwiek żywotności naszej święconce i ozdobne króliczki o podejrzanych minach.

Jeśli chodzi o chleb i ciasto w święconce, to tutaj z pomocą przyszła moja koleżanka, Polka, która prowadzi własną, domową piekarnię (wspominałam już jakie Polki są przedsiębiorcze 😉 ?). Upiekła nam prawdziwy mini-chlebek i babkę.

W Wielką Sobotę nasza święconka prezentowała się tak:

Ja oczywiście nie byłam z niej zadowolona, wydawała mi się smutna bez bazi albo borówki. Ale jak na pierwszą prawdziwą święconkę w Stanach, dała radę (o tej z poprzedniego roku w ogóle zapomnijmy… zapomniałam ugotować wcześniej jajka i święciliśmy surowe….). Moja mama dyplomatycznie powiedziała „no…taka…nowoczesna!”. I załóżmy, że taka właśnie miała być 😉

Jeśli chodzi o śniadanie w niedzielę, to ponieważ nikt z naszych znajomych nie wyjeżdzał do Polski lub na wakacje, mogliśmy je spędzić w sporym gronie. Spotkaliśmy się w domu znajomych i było nas aż 18 osób. Były jajka faszerowane, pasztety, biała kiełbasa, sałatki jarzynowe, bigos, mazurki i wiele, wiele więcej więc było prawie jak w Polsce. No i przede wszystkim było słońce, a tego chyba w kraju zabrakło 😉 . Ale skoro nie było z nami naszych rodzin, to coś w zamian musieliśmy mieć 😉 .