#56 Wycieczka do Waszyngtonu cz.1

W maju tego roku mój mąż miał służbowy wyjazd do Waszyngtonu. Musiał tam spędzić poniedziałek i wtorek danego tygodnia. Pomyśleliśmy, że jest to dobra okazja, aby zrobić sobie przedłużony weekend i zwiedzić stolicę.

Do Waszyngtonu leci się 5 godzin, do tego dochodzi zmiana strefy czasowej (6 godzin różnicy między Polską, a Waszyngtonem). Wniosek był dla nas prosty: nie opłaca się lecieć tylko na weekend, czyli w piątek wieczorem/sobotę rano i wrócić w niedziele popołudniu. Warto byłoby wziąć chociaż jeden dodatkowy dzień wolny.

Problemem było to, że miesiąc wcześniej rozpoczęłam nową pracę, trzęsłam się więc jak galareta idąc do mojego szefa, żeby prosić o jeden (niepłatny) dzień wolny. Na początku powiedział, że będzie to dla nich ogromny problem, jeśli w piątek mnie nie będzie, co doprowadziło mnie prawie do płaczu. Okazało się jednak, że mój szef ma po prostu takie dziwne poczucie humoru (ha ha) i nie było żadnych przeszkód, żebym tego jednego dnia nie pojawiła się w pracy. Tak oto zdobyłam swój pierwszy dzień wolny w Stanach (yay!).

Zależało nam, aby bilety były na czwartek wieczór, tak aby mieć dwa pełne dni na zwiedzanie. Jedyne połączenie jakie znaleźliśmy, było przez Los Angeles. Nie było to najlepsze rozwiązanie, przesiadka bowiem zawsze zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia jakiś opóźnień i wydłuża całkowity czas podróży. Chcieliśmy jednak być w Waszyngtonie jak najdłużej, nie mieliśmy więc za dużego wyboru. Stanęło na locie z przesiadką na LAX.

Na całe szczęście, była to nasza najszybsza przesiadka w życiu. Przylecieliśmy do wejścia 51, odlot do Waszyngtonu był z tego o numerze 53. Nie przesadzę, jeśli napisze ze na samym lotnisku byliśmy nie więcej niż 2-3 minuty. Było to naprawdę przesiadka ekspresowa.

Tak naprawdę od początku postu trochę was oszukiwałam, nie lecieliśmy bowiem bezpośrednio do miasta Waszyngton (miasto to ma swoje lotnisko, które nazywa się Dulles International), tylko do Baltimore oddalonego od stolicy o około 1 godzinę drogi. Na lotnisku wypożyczyliśmy samochód, bo podejście mamy typowo amerykańskie: zwiedzać Stany można tylko z auta, nie inaczej. I tutaj się trochę wygłupiliśmy. Nie przekalkulowaliśmy sobie, że hotel w centrum może oznaczać drogie parkingi i jednocześnie bliskość do wszystkich najważniejszych miejsc w Waszyngtonie. Okazało się, że samochód ruszyliśmy tylko raz, jak jechaliśmy do niewartego i tak odwiedzenia Pentagonu. Poza tym, samochód cały czas sobie smacznie spał na parkingu za jedynie 72 dolary za dwa dni… Wnioski i porady są więc oczywiste: jeśli planujesz zwiedzać samo miasto, nie warto wypożyczać samochod, taniej wyjdzie poruszanie się Uberem lub Lyftem, parkingi w centrum są bowiem cholernie drogie.

Pierwsza różnica, którą zauważyliśmy, to, że kierowcy jeżdżą tam bardziej nerwowo i agresywnie. Porównanie nie jest oczywiście sprawiedliwe, bo w Kalifornii mieszkamy w znacznie mniej zatłoczonym miejscu – obrzeża San Jose, w San Francisco w godzinach szczytu jest zapewne równie żywiołowo. Sporo jednak było trąbienia, cwaniakowania i pokazywania jednoznacznych gestów przez szyby, zwróciło wiec to mocno nasza uwagę. 

Kolejna zauważalna różnica to ubiór. W Waszyngtonie, w porównaniu do Kalifornii, jest dużo więcej osób pod tzw. „krawatem”. Powód jest oczywisty, większość instytucji rządowych znajduje się właśnie tam. To wiąże się z wymogiem eleganckiego ubioru do pracy. Żyjąc na codzień w wyluzowanej i startupowej Dolinie Krzemowej, tam wszystko było dla nas bardzo oficjalne i poważne. Podkreślało to jeszcze to, że my byliśmy na wakacjach odwaleni w japonki i hawajskie koszule (No, może aż tak nie zaszaleliśmy, ale wiadomo o co chodzi). Czuliśmy się wiec tam trochę nieswojo. 

Pierwsze miejsce, do którego udają się turyści w Waszyngtonie jest oczywiste – Biały Dom. Adres 1600 Pennsylvania Avenue jest jednym z najbardziej znanych adresów w Stanach (no, może zaraz po Beverly Hills 90210). Siedzibę i dom amerykańskiego Prezydenta widać z daleka, dochodzi do niego wiele dróg, co podkreśla, że jest to najważniejszy punkt na mapie Waszyngtonu. Moje pierwsze wrażenie nie było jednak aż tak pozytywne, w rzeczywistości budynek jest znacznie mniejszy niż przedstawia to telewizja czy prasa. Wyobrażałam sobie ogromną fortecę, budzącą respekt od samego patrzenia na nią, a tymczasem dom może i biały, ale za to niewielki. Inna sprawa, że oglądasz go z daleka. Ogrodzenie jest ochraniane prze płot, płot przez barierki, barierki przez słupki, słupki przez psy, a psy przez policje. Ci natomiast mają wielką broń palną, która nie wygląda na jakąś nieużywaną i zakurzoną. Nie polecam więc żadnych żartów w stylu „przełożę nogę przez barierkę, ciekawe co się stanie”.

Aby jednak nie przedstawiać Białego Domu tylko w złym świetle, muszę przyznać, że jeśli pomyśli się o tym jak dobrze chroniony jest ten dom i jakie cuda dzieją się w jego środku, można nabrać szacunku do tego miejsca. Niezwykle ciekawi mnie bunkier, który znajduje się w jego podziemiach czy pokój operacyjny, z którego pochodzi znane zdjęcie z Barakiem Obamą z operacji zabicia Osamy Bin Ladena. Z przewodnika wyczytaliśmy, że podobno jedno ze skrzydeł bocznych budynku zostało wybudowane tylko po to, aby zamaskować ówcześnie budowany pod nim bunkier.

Jeśli ktoś ma ochotę zwiedzić Biały Dom w środku, musi się nieźle nakombinować. W internecie krąży wiele różnych informacji na temat tego jak się tam dostać. Jedna z nich mówi o tym, że jeśli nie jest się obywatelem Stanów Zjednoczonych, trzeba się zwrócić do swojej ambasady, aby ta wystosowała w naszym imieniu prośbę o wycieczkę. Wniosek ten nie może być jednak złożony później niż 21 dni przed, potrzebują oni zapewne trochę czasu, aby sprawdzić czy nie jesteś czasami terrorystą. Z drugiej strony, od kilku osób słyszałam, że jak dzwonili do polskiej ambasady w tej sprawie, ta mówiła, że nie zajmuje się (już?) takimi wnioskami. Jak więc dostać się na wycieczkę do Białego Domu? Tego nie wie nikt. I pewnie trochę taki miał być efekt. Tak zakręcić i tak zamotać, żeby każdemu odechciało się tej wycieczki. Problem z głowy. 

Zaraz obok Białego Domu znajduje się Pomnik Waszyngtona, czyli wysoki, charakterystyczny obelisk pojawiający się w każdej produkcji umiejscowionej w tym mieście. Co ciekawe, jest on dwukolorowy. Od podstawy do około 1/3 wysokości ubarwienie materiału jest ciemniejsze niż reszty. Wynika to z 27 letniej przerwy w budowie, spowodowanej brakiem funduszy i wybuchem wojny secesyjnej. Wewnątrz budowli znajduje się winda, która zwiedzający mogą wjechać na szczyt i zobaczyć panoramę Waszyngtonu. Od 2016 roku nie jest to jednak możliwe z powodu modernizacji windy. Ma ona ponownie ruszyć dla zwiedzających wiosną 2019 roku.

Większość z najważniejszych zabytków stolicy znajduje się w zasięgu wzorku od siebie. Stojąc przy obelisku, widać Mauzoleum Abrahama Lincolna (czy tylko ja mam problem ze słowem ‚mauzoleum’? Zawsze myślałam ze to jest ‚muzoleum’…). Jeśli nazwa komuś nic nie mówi, to zdjęcie powinno rozwiać wszelkie wątpliwości. Jest to pomnik przypominający grecką świątynie, w środku którego znajduje się charakterystyczny posag zadumanego Abrahama Lincolna siedzącego w masywnym fotelu. Jeśli ktoś jest fanem serialu ‚House of Cards’, z pewnością rozpozna ten zabytek. Glowny bohater serialu, aspirujący na prezydenta USA Frank Underwood, przychodził tam często na swoje monologi w towarzystwie 16. Prezydenta Stanow Zjednoczonych, Abrahama Lincolna.

Gratką dla fanów kinematografii może być również sadzawka znajdująca się przed samym pomnikiem. Jest to ten sam basen przez który w filmie ‚Forrest Gump’ przedzierała się Jenny podczas występu Forresta Gumpa na schodach mauzoleum. To również ważne miejsce pod względem historycznym. To przy tej budowli odbyła się znana przemowa ‚I have a dream’ Martina Luther Kinga.

Po tylu atrakcjach i wrażeniach zdecydowanie przyszedł czas na jedzenie. Jesteśmy osobami, które bardzo lubią chodzić do restauracji j jeść na tzw. ’miescie’ jednak nasz gust kulinarny określiłabym jako zachowawczy i trochę nowoczesny. Lubimy znane nam dania w nowej odsłonie, ale nie jesteśmy parą, która w nowych miejscach musi spróbować lokalnych przysmaków. Znaleźliśmy idealne miejsce odpowiadające naszym potrzebom. Restauracja nazywa się Founding Farmers – DC i wstyd się przyznać, ale każdy obiad lub kolacje w Waszyngtonie spożywaliśmy właśnie tam. Jedzenie jest naprawdę przepyszne wiec jeśli ktoś będzie w stolicy, musi się tam wybrać. 

Plany na pozostałą cześć piątku były niezwykle rozległe. Chcielismy zobaczyć kongres i odwiedzić jedno z waszyngtońskich muzeów. Postanowiliśmy jedynie pójść na pół godziny do hotelu odpocząć po obiedzie, wykapać się, rozpakować. Skończyło się tak, ze…obudziliśmy się w sobotę nad ranem. Z tego wydarzenia płynie kolejna wskazówka. Jeśli jedziesz gdzieś na krótkie wakacje i dotyka cię różnica czasowa, pamiętaj! Łóżko twym wrogiem! 

Cdn.