#58 Jakich nowych słów nauczyłam się będąc w Stanach?

Nie ma co ukrywać, że mój zasób słów najbardziej się rozwinął od kiedy dostałam pracę. Pracuje głownie z Amerykanami, zdarza się więc, że w rozmowie z nimi udaje cwaniaka i przytakuje na wszystko skinieniem głowy, po czym lecę do biurka i sprawdzam w translatorze słowo lub dwa, żeby wiedzieć co tak naprawdę mieli na myśli. Podobnie jest z mailami, nie będę z siebie robić poliglotki, zdarza się, że dla pewności sprawdzam pisownie lub znaczenie jakiegoś zwrotu. Anegdota z ostatnich tygodni (umieściłam ją z resztą na swoim prywatnym Facebooku): zamiast napisać „as soon as possible”, wysłałam wersję „ASS soon ASS possible”. Pisanie pełnego rozwinięcia tego skrótu wynikało z mojej niechęci do bycia korpoludkiem, teraz jakoś jednak się do niego przekonałam, wole być korpoludkiem, niż głupkiem.

Oprócz większego zasobu słownictwa, widzę u siebie dużą zmianę w otwartości i pewności siebie w mówieniu. Kiedyś starałam się mówić wszystko tak, jak Pani od języka angielskiego w szkole przykazała: 16 czasów, zaprzeszły, zaprzyszły, zaliwżdy, tudzież, ą, ę. Teraz? Mówię ile mogę, najprościej jak potrafię. Nie udaje, że angielski to mój ojczysty język, nigdy nie będzie i zawsze będę popełniać błędy. Wy cwaniaki, nie macie za to szans na nauczenie się języka polskiego, TOO HARD!

Jest kilka zwrotów czy słów, których nauczyłam się stricte dzięki temu, że tu mieszkam. Większość z nich nabyłam w pracy, ale są i takie, które znam dzięki Kamilowi czy…wizycie w szpitalu. 

  • What floor?

Przed przyjazdem do Stanów nie musiałam nikogo pytać po angielsku w windzie na które piętro chce jechać. Przede wszystkim ze względu na język, ale też na to, że nigdy nie mieszkałam w budynkach z windami. Po przyjeździe do Stanów, pytanie które instynktownie zadawałam moim współpasażerom to „Which floor?”, bo przecież „które” to „which”. Kamil powiedział mi, że tak naprawdę powinno się zapytać „What floor?”. Najpierw była kłótnia, że mnie poprawia, później zwątpienie, sprawdzenie w internecie i….przyznanie racji (to było najtrudniejsze).

Wytłumaczenie jest proste: nie dajesz pasażerowi wyboru piętra spośród wcześniej mu przedstawionych, pytasz go jedynie które piętro jest jego. Inaczej byłoby, gdyby winda była zepsuta i można było nią dojechać jedynie na piętro drugie lub trzecie. Wtedy można zapytać „Which floor? 2nd or 3rd?”.

  • Okres próbny

Tego słowa nauczyłam się w pracy. Rozmawiałam ze swoimi koleżankami w firmie o tym, jak wygląda zatrudnienie po zakończeniu kontraktu, na którym teraz jestem. Odpowiedziały mi, że po okresie „probation”, który trwa 120 dni, zostaje podpisana stała umowa. Ze rozumieniem pokiwałam głową, po czym szybko sprawdziłam co to znaczy „probation”. Po tym wydarzeniu musiałam jeszcze je sobie przypomnieć z 2-3 razy, ale później zostało mi w głowie na stałe.

  • Załącznik w mailu

To słowo nie było dla mnie nowe, ale jego pisownia już tak. Ponieważ w tej pracy po raz pierwszy pisze służbowe maile po angielsku, zwracam ogromną uwagę na pisownię (pomaga mi w tym słownik). Kilka, jak nie kilkanaście razy, próbowałam przeforsować słowo „attachEment” zamiast „attachment”. Dzięki tym irytującym podkreśleniom na czerwono (które pojawiły się również teraz…) nauczyłam się poprawnie pisać to słowo.

  • PM czy AM?

Przed przyjazdem do Stanów zawsze miałam problem z rozróżnieniem czy dana godzina jest PM czy AM. Probowałam się tego nauczyć na pamięć, na skojarzenia, na różne sposoby. Zawsze jednak kończyło się powrotem do punktu wyjścia, czyli długim „yyyyyy” zamiast krótkiej odpowiedzi. Dla niektórych może wydawać się to śmieszne, ale tak naprawdę dopóki się tego nie używa w życiu codziennym, trudno takie rzeczy zapamiętać. Nie wiem kiedy się tego w końcu NAUMIAŁAM i w jaki sposób, ale teraz AM/PM towarzyszy mi nawet w życiu codziennym/prywatnym i to przy określaniu godziny 18 czy 19 muszę się zastanowić ułamek sekundy dłużej. Wstyd.

AM to od północy do południa, PM od południa do północy. Północ będzie AM, południe PM.

  • skróty jk, ttyl, sok

Tak jak skrót „jk”, który można rozwinąć jako „just kidding”, czyli „żartowałam/em” i „ttyl” czyli „talk to you later” czyli „do później” można łatwo rozpoznać jako skróty, bo same w sobie wyglądają i brzmią bezsensownie, tak skrót „sok” opóźnił mnie o kilka sekund i musiałam połączyć polsko-amerykańskie szufladki w głowie, że gadam z osobą ze Stanów Zjednoczonych i ona raczej nie wie co to sok w języku polskim. Okazuje się, że to po prostu „That’s ok” czyli „jest okej”. Uczyniłam też dobry uczynek i uświadomiłam obcokrajowca, że „sok” po polsku to „juice”. Barterowa wymiana wiedzy.

  • „Dobranoc” o 17.00

Szybko zauważyłam, że w pracy, kiedy wychodzę do domu, moi koledzy i koleżanki na moje „see you tomorrow” odpowiadają mi „good night”, czyli „dobranoc”. Na początku trochę zbili mnie z pantałyku, bo przecież wychodzę z pracy o godzinie 17, a nie 21. Doczytałam jednak w internecie, że jeśli z daną osobą nie będziemy się już widzieć tego dnia, można powiedzieć wspomniane „good night”.

  • „Numb”

„Dzięki” temu, że kilka tygodni temu zacięłam sobie rękę nożem (osoby o mocnych nerwach zapraszam na YouTube’a) i musiałam się udać do szpitala na szycie, poznałam nowe słówko. Kiedy lekarz powiedział, że będzie musiał zrobić moją rękę „numb”, zrobiłam wielkie oczy do Kamila, ponieważ jestem osobą, która z założenia boi się wszystkiego i wszystkich w szpitalu, każdy bowiem może czaić się z jakąś strzykawką. Kamil wytłumaczył mi, że „numb” oznacza „zdrętwiały”, czyli chcą zrobić mi znieczulenie przed szyciem. Sam zastrzyk bolał cholernie, ale wolę to, niż czuć szycie rany. Plus z tego jest taki, że w moim zasobie słów pojawiło się nowe słówko. A i jeszcze przypomniałam sobie jak jest „rana” – „wound”!

  • „Out of blue”

Z tym zwrotem nie wiąże się żadna zabawna historia, ale kiedy ktoś w pracy w rozmowie ze mną użył „out of blue”, wydało mi się to na tyle ciekawe, że zapadło mi w pamięć. Oznacza to bowiem „znienacka/nagle/nieoczekiwanie”. Poznałam zatem to słowo out of blue 🙂 .

  • „Troubleshoot”

Kilka razy w pracy musiałam utworzyć dokumentacje na „troubleshooting” sprzętu, chcąc nie chcąc słówko zapadło mi w pamięć. Oznacza to „rozwiązywanie problemów”, co przy odrobinie skupienia można wywnioskować z samego słowa i kontekstu. Mimo, że spotykam się z tym słowem tylko w pracy, myślę, że jest warte zapamiętania.

#57 Wycieczka do Waszyngtonu cz.2

W sobotę obudziliśmy się nad ranem, mieliśmy spore wyrzuty sumienia, że usnęliśmy w piątek popołudniu i zmarnowaliśmy kilka godzin, które mogliśmy wykorzystać na zwiedzanie. Zebraliśmy się więc dość szybko, aby tego dnia zobaczyć jak najwięcej.

W naszym hotelu była możliwość wykupienia śniadań, my jednak zazwyczaj w takich miejscach wolimy nie być ograniczeni czasowo. Znaleźliśmy w internecie bardzo popularne miejsce wśród „lokalsów”, które nazywa się The Baked Joint. Mimo, że w sobotę pojawiliśmy się tam wcześnie rano, z daleka przywitała nas długa kolejka – to przynajmniej potwierdziło nasze domysły, że miejsce ma naprawdę dobre śniadania.

Na miejscu jest piekarnia, z której chleb wyglądał naprawdę smakowicie (jak polski). Oprócz tego jest oczywiście kawiarnia, która w swoim menu ma takie propozycje śniadaniowe jak: Creme Brulee French Toast (zdjęcie poniżej) czy kanapki z nutellą, masłem, bananami i solą. Są też mniej ekstrawaganckie i kaloryczne pozycje, jak typowa BLT (zdjęcie poniżej) czy Smoked Salamon. Co ważne, porcje są naprawdę hojne! Jeśli więc ktoś będzie w Waszyngtonie, The Baked Joint to punkt obowiązkowy. Jestem samozwańczym znawcą śniadań, jest to bowiem mój ulubiony posiłek dnia, więc wiem co pisze 🙂 .

Stamtąd, spacerem, aby spalić te śniadaniowe kalorie, udaliśmy się pod Kapitol. Dla tych co spali na historii, podpowiadam, że  jest to siedziba Kongresu Stanów Zjednoczonych. Pod budynek można podejść dużo bliżej niż pod Biały Dom. Sprawiło to, że budynek wydawał mi się większy i bardziej podniosły od tego, w który znajduje się przy 1600 Pennsylvania Avenue. W podziemiach Kapitolu znajduje się imponujące centrum turystyczne, które organizuje wycieczki po budynku. My z tej opcji nie skorzystaliśmy mając tylko weekend na zwiedzanie, ale na pewno jest to coś wartego uwagi. Wejście jest darmowe. Co ciekawe, możliwe jest te wejście na sesje Izby Reprezentantów lub Senatu.

Obok Kapitolu znajduje się Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych i biblioteka Kongresu. Oba budynki są w podobnym stylu architektonicznym, do żadnego z nich nie wchodziliśmy ze względu na brak czasu, ale warto chociażby zobaczyć tak dwa ważne miejsca na mapie Stanów Zjednoczonych.

Sąd Najwyższy ma dziewięciu sędziów wybieranych przez Prezydenta i zatwierdzanych przez Senat. Ich kadencja jest nieograniczona, oznacza to, że służą do swojej śmierci lub dopóki pozwala im na to zdrowie. Z ciekawości sprawdziłam zarobki Prezesa Sądu Najwyższego oraz pozostałych 8 sędziów. Jak na pełniącą funkcje nie są one wysokie, jest to bowiem odpowiednio $223,500 i $213,900 rocznie. Co zabawne, w tych samych wynikach dla zapytania o zarobki, wyskoczyły mi artykuły o tym, że każdy z tych sędziów jest milionerem 🙂 .

Waszyngton ma świetne muzea. Bardzo żałowaliśmy, że nie możemy odwiedzić wszystkich. My zdecydowaliśmy się na Newseum, choć do dzisiaj nie mogę sobie darować, że nie znaleźliśmy dodatkowego czasu na Muzeum Lotnictwa, w którym znajduje się między innymi skała księżycowa, samolot braci Wright czy ponaddźwiękowy samolot pasażerki Concorde.

Muzeum Newsów to interaktywne muzeum o czwartej władzy, czyli o mediach. W internecie znajdują się też opisy, że muzeum ma na celu zwiększenie świadomości czego dotyczy 1. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która głosi m.in. o wolności słowa.

Wejście do muzeum kosztuje około 30 dolarów. Jest to siedmiopiętrowy budynek z ponad piętnastoma wystawami. Te które ja najbardziej zapamiętałam, to galeria zdjęć nagrodzonych Pulitzerem, która pokazywała poruszające zdjęcia upamiętniające ważne wydarzenia w historii czy wystawa dotycząca zamachu na WTC, pokazująca gazety z tamtego okresu. Ciekawy był również dział poświęcony pracy FBI i temu jak walczą oni z terroryzmem (m.in. o zamachu w Bostonie). Spodobała mi się również wystawa z historycznymi wydaniami gazet, np. z nagłówkami obwieszczającymi lądowanie na Księżycu czy śmierci Diany. Co ciekawe, muzeum ma też wystawę, na której pokazuje aktualne nagłówki gazet różnych państw (niestety polskiej nie było). Można było również pobawić się w prezentera lub pogodynkę i nagrać swoje (tragiczne) wystąpienie przed kamerami. W muzeum spędziliśmy kilka długich godzin i gdyby nie to, że ciągle czuliśmy oddech czasu na karku, moglibyśmy tam jeszcze spędzić kilka godzin.

Z Newseum udaliśmy się spacerem pod budynek FBI. Znajduje się on pod adresem 935 Pennsylvania Avenue, czyli dość niedaleko Białego Domu. Odwiedzenie siedziby Federalnego Biura Śledczego jest możliwe, ale ponownie, nie jest to takie łatwe. Tematem trzeba się zająć na dużo wcześniej przed planowaną wizytą. Na stronie internetowej washington.org znajduje się informacja, że trzeba się zgłosić do biura kongresowego w swojej okolicy i to oni wystosują prośbę o dodanie nas na listę odwiedzających.

Jeśli chodzi o sam budynek, to nie jest to może żaden cud architektury, ale wygląda bardzo masywnie i poważnie. Zajmuje on całą przestrzeń między sąsiadującymi ulicami, nie jest nowoczesny, ale ma strzeżone wejścia, budki strażników i chronione wjazdy. Może i budynek wygląda na stary i zaniedbany, ale w środku znajdują się zapewne najnowocześniejsze laboratoria, sterty informacji o najgroźniejszych przestępcach i najlepiej ukrywane sekrety. Z pewnością trzeba sobie pomóc wyobraźnią, ale na mnie i tak budynek zrobił wrażenie.

Został on nazwany po pierwszy dyrektorze FBI – Johnie Edgarze Hooverze. Od kilku lat krążyły pogłoski o tym, że siedziba zostanie przeniesiona poza miasto, tak aby zająć większą powierzchnię i unowocześnić swój budynek. W 2017 roku potwierdzono jednak, że dalsze poszukiwania i plany zmiany siedziby zostają zatrzymane z powodu braku funduszy.

Stamtąd udaliśmy się na obiad do tej samej restauracji co poprzedniego dnia. Ja chociaż zdecydowałam się na spróbowanie nowych dań, mój mąż natomiast tak rozkochał się w ich makaronie z krewetkami, że nie chciał nawet spojrzeć na inne dania.

Po posiłku zdecydowaliśmy, że czas skorzystać z samochodu, który do tej pory smacznie spał na publicznym (płatnym) parkingu. Udaliśmy się nim do dzielnicy Kalorama. To właśnie tam obecnie mieszka Barack Obama ze swoją rodziną. Jest to wytworna okolica w której mieszkają największe osobistości stolicy. Barack Obama jest już 6. byłym Prezydentem Stanów Zjednoczonych, który po zakończeniu kadencji przeprowadził się właśnie tam. Przed nim byli to: Woodrow Wilson, William Howard Taft, Franklin D. Roosevelt, Warren Harding i Herbert Hoover. Oprócz prezydentów, mieszka tam obecnie Ivanka Trump z rodziną czy Jeff Bezos, właściciel amazon.com. Kalorama to elegancja okolica z domami w stylu kolonialnym, których ceny sięgają kilku milionów dolarów. Mówi się, że dom Obamy kosztował 8,1 miliona dolarów. A podobno prezydencka pensja to „tylko” 400 tysięcy dolarów…

Jako wścibscy ludzie, chcieliśmy sprawdzić jak blisko domu Obamy można się podjechać. Wiedzieliśmy, że na pewno będzie to utrudnione, ponieważ byli prezydenci dostają dożywotnią ochronę. Nie wiedzieliśmy jednak, że będzie zamknięta cała ulica przez wozy policyjne i funkcjonariuszy Secret Service. Możliwe, że mieliśmy po prostu pecha i podjechaliśmy w „gorącym” momencie, widzieliśmy bowiem aresztowanie. Nie wiemy z jakiego powodu, ale zapewne ktoś próbował przedrzeć się przez ochronę lub włamać do pobliskich domów. Jeśli jednak ulica zawsze obstawiona jest w ten sposób, nie pozostaje mi nic innego jak współczuć sąsiadom Obamy.

Podjechaliśmy również pod Pentagon, czyli Departament Obrony Stanów Zjednoczonych. Jest to ten popularny budynek na planie pięciokątu, który znajduje się Arlington w stanie Wirginia. Jednak mimo to, posiada on waszyngtoński adres i kod pocztowy. Do Pentagonu przypisano 6 unikatowych kodów pocztowych dla poszczególnych departamentów. Chociaż jest to inny stan i wydawać by się mogło, że znajduje się on daleko od stolicy, to jest to kilkunastominutowa przejażdżka samochodem, m.in. przez rzekę Potomak. W budynku pracuje ok. 23 tysiące pracowników wojskowych i cywilnych oraz około 3 tysiące pracowników pomocniczych. Budynek ma pięć pięter ponad ziemią i dwa pod. Na każdym piętrze znajduje się korytarz, którym można by okrążyć cały budynek. Pentagon był jednym z celi podczas zamachów 11 września 2001 roku. W budynku zginęło wtedy 125 osób (i 64 w samolocie).

W niedzielę o 14 miałam powrotny samolot do Kalifornii. Ponieważ ponownie leciałam z Baltimore, nie mieliśmy za dużo czasu od rana aby coś jeszcze zobaczyć. Ponownie poszliśmy na świetne śniadanie do The Baked Joint (zdjęcie) i zrobiliśmy sobie spacer w okolicy Białego Domu, Kapitolu i Mauzoleum Lincolna.

Jestem bardzo zadowolona, że udało nam się wyrwać na te kilka dni i zobaczyć stolicę Stanów Zjednoczonych. Jeszcze mnóstwo miejsc do odwiedzenia przed nami, cieszę się więc, że chociaż to jedno mamy odhaczone. Z drugiej strony, czuje trochę niedosyt, że nie byliśmy zbyt dobrze przygotowani do tej podróży. Chodzi mi głownie o wejścia do rządowych budynków. Na nasze usprawiedliwienie mam to, że o podróży zdecydowaliśmy zbyt późno, żeby do któregoś z nich się dostać. Chciałabym również wrócić do Waszyngtonu ze względu na muzea, bo tego również nie mogę odżałować. Na pewno wycieczka do stolicy nie znajduje się na szczycie naszej aktualnej listy, ale myślę, że kiedyś tam wrócimy. Teraz chcemy podbić Chicago! A przynajmniej ja chce, a Kamila do tego mocno namawiam 🙂 .