#59 Update: Co tam u nas słychać?

Dzisiaj sprawdziłam, że od ostatniego posta minęły dokładnie 2 miesiące. Miałam już niemal podjętą decyzję, że zaprzestaje pisania tego bloga, później żałowałam i sama się kajałam za to, że w ogóle coś takiego przyszło mi do głowy. Pomysły były różne, nie będę ukrywać, że od kiedy pracuję na pełen etat, o regularność jest znacznie trudniej. Inna sprawa, że ja, jako wieczna pesymistka, byłam niemal pewna, bez sprawdzania jakichkolwiek statystyk, że nikt tego nie czyta. Jakież było moje zdziwienie za każdym razem, kiedy dostawałam maile lub wiadomości na facebooku od obcych mi osób lub od rodziny, że gdzieś tam słyszeli, że ktoś tam czyta. Ktosiek, nie ktosiek, dla mnie to miód na me serce!

Chciałam rozpocząć ten wielki, spektakularny powrót od małego update’u co u nas/u mnie, choć tak naprawdę wiele się nie zmieniło.

U mnie praca nadal ta co ostatnio, sama jestem zszokowana jak wchodzę na swój profil na LinkedIn, że to już prawie 8 miesięcy (tak, wiem, dziwne, że wchodzę na swój profil, taki trochę samozachwyt…). Z pracy jestem zadowolona, o dziwo mogę śmiało powiedzieć „Lubię ją”! Oczywiście w każdy poniedziałek rano, jak o godzinie 6 zadzwoni budzik, zastanawiam się nad sensem życia, ale po pierwszej kawie i prysznicu, czarne myśli powoli mijają i już nie jestem taka zapalona do rzucania swojej pracy. Pokornie jadę odpracować swoje osiem godzin.

Przez pierwsze miesiące dobijało mnie, że tyle czasu tracę na korki. Rano jest to około 40 minut, po pracy – minimum godzina. Wystarczy jednak niewielka stłuczka na mojej trasie czy większe wydarzenie w okolicy i z godziny robi się półtorej lub więcej. Jak to mawia mój szef „Every day is a new adventure” (tłum: „Każdy dzień to nowa przygoda”). W ostatnim czasie odkryłam jednak sposób na te dłużące się minuty – rozkochałam się w audiobookach. Aplikacja Audioteka to teraz mój nowy, najlepszy przyjaciel w godzinach 7.00 – 18.00. W pracy też zdarza mi się ich słuchać. Dzięki temu wspaniałemu wynalazkowi, przez ostatnie dwa tygodnie „przeczytałam” aż 4 książki. Najlepsza z nich to „Pypcie na języku” Michała Rusinka. Polecam. Można się pośmiać.

W ostatnim czasie nie mieliśmy żadnych dłuższych wypraw. Życie tutaj nas rozleniwiło i zdecydowanie nie korzystamy ze wszystkich otaczających nas dobrodziejstw. Już czasami nawet do San Francisco nam za daleko, a co dopiero jakiś nocleg poza domem. Kto by się na to pisał… A tak na serio, to pod koniec każdego weekendu obiecuję sobie, że „w następny weekend to będziemy szaleć” i w ramach zachęty „obklikowuję” wszystkie możliwe wydarzenia na facebooku w okolicy. Czasami dochodzi nawet do tego, że znajomi zmartwieni moją aktywnością, dopytują, czy mnie nie poniosło za bardzo. Poniosło. Na większość z tych wydarzeń bilety i tak już są dawno wyprzedane, a resztę oczywiście wpiszę w kalendarz, ale w dniu samego wydarzenia pomyślę „doooobra, to w przyszłym roku, dzisiaj zostańmy w domu”.

Z ciekawszych zmian, to nabyłam nowe blizny i to w dwóch różnych wypadkach, taka jestem zdolna. Pierwsza przypałętała się jeszcze w sierpniu, kiedy to bardzo zamaszyście polowałam na pestkę awokado. W pestkę nie trafiłam, za to w rękę – owszem. Skończyło się na wizycie w szpitalu i 4 szwach. Nosiłam je ponad dwa tygodnie, na szczęście była to lewa ręka, nie utrudniało mi to więc pisania czy pracy.

Drugą bliznę nabyłam całkiem niedawno, bo 3 tygodnie temu. A chcąc być dokładniejszą, powinnam powiedzieć blizny. Tym razem winowajcą całego zdarzenia były rolki. Po „prawie-zderzeniu” z rowerzystą wywróciłam się na beton i rozcięłam sobie brodę, zadrapałam rękę, łokieć, zbiłam udo i kolano. Skończyło się na wizycie w tym samym szpitalu i pięciu szwach. Śmiali się ze mnie, że może powinnam na jakiś czas darować sobie jakiekolwiek aktywności i czytać książki. Mówili też, że może nie ma sensu zdejmować opaski szpitalnej, bo pewnie niedługo znowu ich odwiedzę. Jeśli zachowam pewną ciągłość to powinien być to grudzień i 6 szwów.

Jeśli mowa o grudniu, to decyzja jest taka, że w tym roku zostajemy na Boże Narodzenie w Stanach. Zarówno dla mnie, jak i dla K. będą to pierwsze Święta poza domem i poza Polską. Ja podchodzę do tematu dość nerwowo, stresuję się, że będzie mi najzwyczajniej w świecie smutno, że nie będę potrafiła zrobić pierogów albo ryby, ale wiem, że mój mąż zrobi wszystko, żeby pomóc mi w tym trudnym dla mnie czasie. Planujemy mieć choinkę, dekoracje świąteczne, wigilię, gorącą czekoladę i film „Kevin sam w domu” oraz „To właśnie miłość”, także mam nadzieję, że to przetrwam.

No i najważniejsze! Na początku września minęły dwa lata jak jesteśmy w Stanach. Refleksje? Czas ten minął niesamowicie szybko, zwłaszcza od kiedy zaczęłam pracować, tygodnie mijają mi w oka mgnieniu. Dobrze nam tu i na razie chyba nie chcemy wracać. Ja się czuje dużo lepiej, niż w tym samym okresie rok temu. Mam poczucie, że jestem u siebie, mój dom wygląda na bardziej „mojszy”, mam swoje znane trasy, ulubione sklepy czy restauracje. To tutaj nie włączam nawigacji jak gdzieś jadę, w Polsce tak. Zaczynałam pisać tego bloga w pierwszy weekend po przyjeździe do Stanów, dokładnie pamiętam w którym hotelu, w którym pokoju i pry którym biurku. Teraz, po ponad dwóch latach siedzę w (prawie swoim) mieszkaniu w zupełnie innym miejscu zarówno geograficznie jak i w życiu. Jest chyba jakoś tak lepiej. Tylko starsza jestem. I mądrzejsza?

W najbliższym czasie szykuje nam się prawdopodobnie ciekawszy wyjazd do Teksasu, także będzie o czym pisać. Do przeczytania niedługo 🙂 !