#52 Wielkanoc w Stanach, czyli w pogoni za kiełbasą

Spóźnione Wesołych Świąt!

U nas już po dawno po Wielkanocy, mimo, że jest dopiero 2 kwietnia. W Stanach niestety poniedziałek nie jest dniem wolnym od pracy.

Ponieważ niedawno byliśmy w Polsce, na Wielkanoc zostaliśmy w Stanach. Podobnie było rok temu, Wigilia w Polsce, te Święta – w Kalifornii. Powód jest prosty. W grudniu, między Bożym Narodzeniem, a Sylwestrem, wiele firm się zamyka, szefowie bardziej przychylnie patrzą na urlopy lub pracę z domu. Jest również więcej dni świątecznych, a zaraz po nich dochodzi Nowy Rok, czyli kolejny dzień wolny od pracy. W Stanach na Wielkanoc nie przypada żaden dodatkowy dzień wolny.

Będąc w Stanach, pokarmy i przedmioty do święconki warto zacząć zbierać kilkanaście dni wcześniej. Możliwe, że w miejscach gdzie skupiska Polaków są większe jest łatwiej, np. w Chicago czy w Nowym Jorku. Jednak tutaj trzeba się najeździć, naszukać i nazałatwiać, żeby zebrać wszystko co trzeba lub co wypada mieć.

Zacznijmy od koszyczka i od tego, że Amerykanie raczej nie obchodzą Wielkanocy. Jak pytałam swoje koleżanki amerykanki jak to wygląda u nich w domach, powiedziały, że jest to bardziej wydarzenie dla dzieci niż dla dorosłych. Popularne jest bowiem tutaj tzw. „egg-hunting”, czyli polowanie na jajka. Moda na tą aktywność powoli przenosi się do Polski, jeśli jednak ktoś się jeszcze z tym nie spotkał to wyjaśniam: jest to zabawa, która polega na szukaniu przez dzieci poukrywanych jajek, czy to w ogrodzie czy w domu. A do czego dzieci zbierają te zdobycze? DO KOSZYCZKA!

Właśnie dzięki temu jest dla nas szansa na kupienie koszyczka w okresie przedświątecznym. Wiadomo, że można znaleźć pojedyncze sztuki w działach z dekoracją, jednak nie ma tego zbyt dużo.

I tu pojawia się kolejny problem. Ponieważ jak przed chwilą wspomniałam, są to koszyczki dla dzieci, to łatwo sobie wyobrazić jak one wyglądają. Mają poprzyczepiane królicze uszy, wyglądają jak kurczaczek albo głowa Spidermana. Oczywiście nie ma nic złego w pójściu z takim koszyczkiem do kościoła, jednak ja wolałam coś spokojniejszego. Z dwa tygodnie temu w sklepie TjMaxx (nie, nie zrobiłam literówki, tak się nazywa ten sklep w Stanach) znalazłam spory koszyk wyłożony szarym materiałem z doszytymi uszami… Jaka wielka była moja radość, gdy zobaczyłam, że materiał można bez problemu wyjąć. W ten oto sposób dorobiłam się zwykłego, wiklinowego koszyka.

Bazie, rzeżucha, żonkile i inne roślinki: też nie jest łatwo. Ktoś mi powiedział, że w sklepie Trader’s Joe można kupić bazie. Nieważne, że jest nam tam kompletnie nie po drodze, jedziemy! Bazie muszą być! Kupiliśmy 3 badyle za 5 dolarów, które podobno miały zakwitnąć. Niestety, badyle badylami pozostały. Podobnie było z żonkilami. Kupiłam pęczek kwiatów za około 4-5 dolarów. Specjalnie, tak jak mama uczyła, kupiłam taki, gdzie jest najwięcej nierozwiniętych pączków, bo przecież wtedy dużej postoją. Niestety. Uschły w takim samym stanie w jakim przywiozłam je do domu. Podlewałam, przestawiałam na mniej lub bardziej nasłonecznione miejsce, niestety nic nie pomogło. Nie wiem czyja to wina, czy ja jestem słabą ogrodniczką, czy kwiaty jakieś takie nie bardzo, rezultat jest jeden: z amerykańskimi baziami i żonkilami już się nie lubię. Jedyny mój ogrodniczy sukces to rzeżucha! Koleżanka odsypała mi trochę ziarenek, które ładnie nam wyrosły przez ostatnie tygodnie. Bawi mnie jedynie to, że trudniej tu zdobyć rzeżuchę niż narkotyki, odsypywałyśmy sobie ziarna z takim skupieniem, jakby była to najdroższa kokaina 😉 .

W San Francisco znajduje się polski sklep Seakor, który szczyci się tym, że sam wyrabia sprzedawane wyroby mięsne. Ponieważ do SF jest dość daleko, to w pierwszą niedziele każdego miesiąca można kupić te produkty w polskim kościele w San Jose. Kolejka ustawia się wtedy do stoiska bardzo szybko, a wyroby znikają jeszcze szybciej. Nic dziwnego, zapach jest obłędny, zwłaszcza dla stęsknionych i wygłodniałych Polaków. W pierwszą niedzielę marca nadarzyła się więc okazja aby kupić np. kiełbasę do święconki. Ale tu pojawia się problem. Kupić tak wcześnie i zamrozić? Nie kupować i wybrać się w drugiej połowie miesiąca do San Francisco? Ja zdecydowałam się pójść na żywioł i szukać w późniejszym czasie kiełbasy lub wyrobu kiełbasopodobnego w sklepach z polskimi produktami w San Jose. Na całe szczęście udało się. Za dokładnie dwie kiełbaski zapłaciłam prawie 5 dolarów… A na opakowaniu złośliwie napisali „Easter sausage”, czyli „i tak ją kupisz polaczku, bez względu na to ile będzie kosztowała” 😉 .

W tym samym sklepie można było dorwać pojedyncze sztuki baranka cukrowego lub palemek, a także zestawy do farbowania jajek. Ja jednak swój zestaw kupiłam w sklepie Michaels, który sprzedaję rzeczy do rękodzieła, szycia, malowania itd. Tam również kupiłam sztuczny mech, którym chciałam nadać jakiejkolwiek żywotności naszej święconce i ozdobne króliczki o podejrzanych minach.

Jeśli chodzi o chleb i ciasto w święconce, to tutaj z pomocą przyszła moja koleżanka, Polka, która prowadzi własną, domową piekarnię (wspominałam już jakie Polki są przedsiębiorcze 😉 ?). Upiekła nam prawdziwy mini-chlebek i babkę.

W Wielką Sobotę nasza święconka prezentowała się tak:

Ja oczywiście nie byłam z niej zadowolona, wydawała mi się smutna bez bazi albo borówki. Ale jak na pierwszą prawdziwą święconkę w Stanach, dała radę (o tej z poprzedniego roku w ogóle zapomnijmy… zapomniałam ugotować wcześniej jajka i święciliśmy surowe….). Moja mama dyplomatycznie powiedziała „no…taka…nowoczesna!”. I załóżmy, że taka właśnie miała być 😉

Jeśli chodzi o śniadanie w niedzielę, to ponieważ nikt z naszych znajomych nie wyjeżdzał do Polski lub na wakacje, mogliśmy je spędzić w sporym gronie. Spotkaliśmy się w domu znajomych i było nas aż 18 osób. Były jajka faszerowane, pasztety, biała kiełbasa, sałatki jarzynowe, bigos, mazurki i wiele, wiele więcej więc było prawie jak w Polsce. No i przede wszystkim było słońce, a tego chyba w kraju zabrakło 😉 . Ale skoro nie było z nami naszych rodzin, to coś w zamian musieliśmy mieć 😉 .

 

4 myśli do „#52 Wielkanoc w Stanach, czyli w pogoni za kiełbasą”

  1. Jak na amerykańskie warunki temat Świąt Wielkanocnych ogarnęliście rewelacyjnie:) Jestem pod ogromnym wrażeniem 🙂 Gratuluję 🙂

  2. Jak na warunki amerykańskie – super – są powody do dumy.
    Jestem bardzo ciekawy skąd był ten piękny wiklinowy koszyczek, takie wyroby są chyba trudno dostępne w USA.
    Serdecznie pozdrawiam,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *