#51 Po$t o dolarach cz.2

W drugiej części postu o amerykańskich dolarach skupię się na monetach i ogólnych interesujących faktach dotyczących tej waluty.

Mennice Stanów Zjednoczonych

Monety są wybijane prze Mennicę Stanów Zjednoczonych, a do użytku wprowadza je Bank Rezerwy Federalnej (Federal Reserve Banks). Obecnie są 4 pracujące mennice w Stanach Zjednoczonych: Denver, Filadelfia (Philadelphia), San Francisco (yay!) i West Point. Każda z nich ma własny znak mennicy, jest to odpowiednio D, P, S i W.

Denver zajmuje się produkcją tych, które trafiają do obiegu. W swoim portfelu miałam najwięcej monet właśnie z tej mennicy. W Filadelfii również wybija się monety do obiegu, ale tam również wytwarza się matryce do monet. W tym mieście znajduje się także wydział projektowania i grawerowania. Bliskie memu sercu San Francisco ( 🙂 ) zajmuje się obecnie produkcją tzw. proof-coinage. Nie znalazłam odpowiednika dla tego słowa w języku polskim, ale są to monety wybijane do sprawdzenia matryc, w celach archiwalnych i dla numizmatyków. West Point natomiast wytwarza sztabki złota, srebra i platyny, a także monety pamiątkowe. Ponieważ West Point przetrzymuje tak duże ilości sztabek złota, nie zezwolono na organizowanie wycieczek w tej mennicy.

Fort Knox nie zajmuje się produkcją monet, jest jednak filią Mennicy Stanów Zjednoczonych. Figuruje również pod nazwą Depozytorium Złota w Stanach Zjednoczonych, co jednoznacznie wyjaśnia jaką ważną funkcję pełni. Jest to pilnie strzeżone miejsce, w którym przechowywane są zasoby złota i okazjonalnie inne wartościowe przedmioty. Mówi się, że w Fort Knox znajduje się 2,3% złota kiedykolwiek wydobytego przez człowieka.

Monety

Obecnie w obiegu znajdują się monety o następujących nominałach: 1 cent, 5 centów, 10 centów, 25 centów, 50 centów i 1 dolar. Przelicznik jest oczywisty: 1 dolar to równowartość 100 centów.

Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/penny
Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/penny

Moneta o najmiejszym nominale, czyli jednocentówka, nazywana jest również „penny”. Jest to jedyna moneta, której awers przedstawia postać ze skierowaną twarzą w prawo. Znajduje się na nim Abraham Lincoln. Moneta ta produkowana jest w Denver i Filadelfii. Wyprodukowanie jednej monety to koszt 1.67 centa. Straty wynikające z produkcji 1-centówki w 2013 wynosiły aż 55,000,000 dolarów.

Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/nickel
Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/nickel

Moneta zwana „nickel” to pięciocentówka. Nazwa ta wyniki ze składu monety, 25% to właśnie nikiel. Na jej awersie znajduje się wizerunek Thomasa Jeffersona, a także słowo „Liberty”, które oznacza „wolność”. Czcionka była wzorowana na charakterze pisma Jeffersona. Moneta ta produkowana jest w Filadelfii. W chwili obecnej koszt wyprodukowania jednej monety o tym nominale to aż 9 centów.

Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/dime
Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/dime

„Dime” to moneta o nominale 10 centów. Na awersie znajduje się wizerunek Franklina Roosevelta, rewers przedstawia gałąź oliwna, pochodnię i gałąź dębu. Jest to najmniejsza moneta ze wszystkich będących w legalnym obiegu (średnica 17.90 mm). Koszt wyprodukowania jednej monety to 5.65 centa. Moneta wybijana jest w Denver i w Filadelfii.

Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/quarter
Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/quarter

Ćwierćdolarówka na swoim awersie przedstawia wizerunek George’a Washingtona. Rewers monety się zmienia. Od 2010 do 2021 roku działa program, który nazywa się „America the Beautiful Quarters” (tłum. piękno Ameryki na ćwierćdolarówkach). Każdego roku ustala się pięć wzorów (w 2021 jeden), przedstawiających park narodowy lub inne ważne miejsce z konkretnego stanu. Przez cały ten rok wybijane są monety właśnie z tym rewersem. W kolejnym roku jest to kolejnych pięć i tak dalej, do 2021 roku. W tym roku są to monety z miejscami z Michigan, Wisconsin, Minnesoty, Georgii i Rhode Island. Nie oznacza to oczywiście, że monety te produkowane są właśnie w tych Stanach. Nadal wytwarzaniem monet zajmują się mennice, w przypadku ćwierćdolarówek jest to Denver i Filadelfia.

Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/half-dollar
Źródło: https://www.usmint.gov/coins/coin-medal-programs/circulating-coins/half-dollar

Moneta o nominale 50 centów jest największą ze wszystkich będących obecnie w legalnym obiegu. Z jednej strony monety widnieje wizerunek John F. Kennedy’ego, z drugiej zaś znajduje się pieczęć Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Piećdziesięciocentówka nie jest popularną monetą, jest to jedyna, której nie mogłam znaleźć w swoich „zbiorach”. A nie szukałam tylko w portfelu, ale także w szufladzie z drobniakami, do której wrzucamy ciążące nam monety. Te przeznaczone do użytku w powszechnym obiegu były produkowane do 2002 roku, obecnie wybijane są tylko kolekcjonerskie pięćdziesięciocentówki. Nie oznacza to jednak, że znikną one z obiegu. Jeśli ich ilość znacznie się zmniejszy, możliwe, że zostaną one ponownie zamówione w mennicy.

Źródło: https://www.usmint.gov/learn/kids/coins-and-medals/circulating-coins/dollar
Źródło: https://www.usmint.gov/learn/kids/coins-and-medals/circulating-coins/dollar

Moneta o nominale jednego dolara nigdy nie była popularna w Stanach, większym powodzeniem cieszy się banknot o tej samej wartości. Od grudnia 2011 roku monety te nie są wpuszczane do legalnego obiegu monet. Można je jednak zamówić na stronie mennicy w celach kolekcjonerskich lub użytkowych. Monety te nazywają się „Native American $1 Coin”, czyli przedstawiają one rdzennych Amerykanów. Na obecnym wzorze znajduje się wizerunek Sacajawei, indiańskiej przewodniczki i tłumaczki, która przyczyniła się do eksploracji Ameryki. Po drugiej stronie stronie widnieje wizerunek Jim’a Thorpe’go, sportowca indiańskiego pochodzenia.

Aby zwiększyć popularność tej monety, wprowadzono w poprzednich latach program, który nazywał się „Presidential $1 Coin Program” (tłum. prezydencki program monet jednodolarowych). Od 2007 do 2011 roku wytwarzano monety do ogólnego obiegu. Jednak ponieważ nie zyskały one na popularności i wiele z nich było nieużywanych, od 2012 do 2016 wybijano już jedynie kolekcjonerskie monety. Tak jak wskazuje nazwa programu, przedstawiały one na jednej stronie wizerunki Prezydentów Stanów Zjednoczonych. Na drugiej stronie znajdowała się Statua Wolności.

Ciekawostki o dolarach

  • Banknoty amerykańskie można złożyć aż 8000 razy, zanim się podrą. Nie chodzi oczywiście o jednorazowe złożenie, a kolejne po sobie 😉 ,
  • Podobno aż 90% banknotów ma na sobie ślad kokainy,
  • w 1934 i 1935 roku drukowano banknoty o nominale $100,000. Byłī one używane jedynie między bankami, nigdy nie trafiły do legalnego obiegu,
  • Północna Korea jest największym fałszerzem amerykańskich dolarów. Podrobili oni banknoty o nominałach 50 i 100 dolarów, które są tak świetną podróbką, że mówi się o nich „superdolary”. Jak wynika z danych z 2009 roku, wartość wykrytych podróbek to aż 45 milionów dolarów,
  • Średnia długość życia amerykańskiej monety to 25 lat,
  • Szacuje się, że każdego roku Amerykanie wyrzucają monety o wartości 62 milionów dolarów.

 

# 50…faktów o mnie

To już 50 post na blogu! Postanowiłam, że z tej okazji napiszę trochę więcej o sobie, a konkretnie 50 faktów o mnie. Ciekawa jestem czy ktoś będzie miał 50/50 (mama, Ty się nie liczysz!) 🙂 .

  1. Na drugie imię mam Anastazja. Przez bardzo długi czas wolałam, żeby to było moje pierwsze imię.
  2. Boję się lasów, zarówno w dzień, jak i w nocy.
  3. Boję się ciemności, działa mi wtedy za mocno wyobraźnia.
  4. Mam podstawowy stopień nurkowy – OWD PADI.
  5. Mam prawo jazdy na motocykl, jeździłam na Suzuki GS 500.
  6. Studiowałam budownictwo. Był to mój pierwszy wybór po liceum, nie miałam na siebie innego pomysłu więc wybrałam ten kierunek. Zrezygnowałam na 3 roku. Odpowiadam na pytanie czy nie chciałam chociaż dobrnąć do inżyniera. Nie. Wiedziałam, że i tak nie chcę tego robić w życiu, a samej uczelni nienawidziłam i nienawidzę całym sercem do dzisiaj.
  7. Chciałam studiować kosmonautykę w Rzeszowie, jednak zrezygnowałam ze względu na odległość od Łodzi.
  8. Od kilku, jak nie kilkunastu lat używam tych samych perfum. Jest to Burberry London.
  9. W gimnazjum skończyłam kurs szybkiego czytania. Jednak z powodu późniejszego zaniedbania ćwiczeń, niewiele z tej umiejętności mi zostało.
  10. Uczyłam się grać na gitarze i pianinie.
  11. Nigdy nałogowo nie paliłam. Zdarzało mi się „popalać”, ale bardziej po to, żeby być „cool”, niż dlatego, że mnie do tego ciągnęło. Papierosy nigdy mi nie smakowały.
  12. Nie pije kawy. Nie smakuje mi.
  13. Nie przepadam za piciem alkoholu.
  14. Na palcu wskazującym prawej ręki mam widoczną bliznę. Nabyłam ją, jak próbowałam dużym, ostrym nożem zrobić dziurkę w obróżce dla kota.
  15. Mam wadę wzroku, który wynosi około -2.5 (nie wiem ile dokładnie, ponieważ nigdy mi nie jest po drodze do okulisty). Na codzień nosze soczewki. Ponieważ nie znam dokładnej wady, kupuje je trochę na oko (ha ha 😉 ).
  16. Jak byłam dzieckiem, bardzo nie chciałam mieć rodzeństwa. Dzisiaj mam brata młodszego o 24 lata.
  17. Jeśli chodzi o kalendarz i organizację, to jestem staroświecka. Używam tylko i wyłącznie tego papierowego.
  18. Bardzo dbam o swoją cerę. Zawsze mam oddzielny ręcznik do twarzy, którego użyję przed praniem max. 2-3 razy.
  19. Nawiązując do punktu wyżej, nie lubię jak ktoś dotyka mojej twarzy. Oczami wyobraźni widzę wtedy rozprzestrzeniające się bakterie po mojej buzi.
  20. Mam dwa tatuaże. Gwiazdki na stopie pod kostką i kokardę na plecach. Nie wykluczam, że będę miała ich więcej.
  21. Nienawidzę biegać. Niemiłosiernie mnie to nudzi.
  22. Jestem ogromną fanką Harrego Pottera.
  23. Swojego czasu byłam również wierna sadze „Zmierzch”. Przeczytałam książki, widziałam wszystkie filmy i byłam zakochana w Robercie Pattinsonie.
  24. Uwielbiam filmy katastroficzne, a najbardziej te skupiające się na temacie końca świata.
  25. Lubię muzykę Justina Biebera i uważam, że jest przystojny. Wstydzę się jednak pójść na jego koncert.
  26. Jestem z tych osób, które nie niszczą butów. Niektóre moje pary mają po kilka dobrych lat.
  27. Uczyłam się języka rosyjskiego. Przez krótki czas myślałam, że akurat jak skończę budownictwo, to Ukraina wejdzie do Unii, a ja będę mogła tam jechać do pracy (wiem, że jest i język rosyjski i ukraiński, ale doszłam do wniosku, że ten pierwszy jest bardziej uniwersalny).
  28. Uważam niemiecki za bardzo ładny język, uczyłam się go na zajęciach pozalekcyjnych.
  29. Mam certyfikat CAE z języka angielskiego. Do egzaminu przygotowywałam się sama.
  30. Bardzo lubię czytać książki. Przede wszystkim biografie i kryminały. Lubię również książki o obozach koncentracyjnych.
  31. Uważam, że zwierzęta są lepszymi istotami, niż ludzie.
  32. Uwielbiam układać puzzle.
  33. W liceum obcięłam włosy na bardzo krótkie. Mimo, że wiele osób chwaliło mój wygląd, to ja czułam się na tyle niekobieco, że od razu zaczęłam je zapuszczać. Nigdy więcej.
  34. Jedyna rzecz, której żałuję w życiu, to wybranie Budownictwa jako kierunek moich studiów. Jeśli jednak spowodowałoby to, że nie poznałabym mojego obecnego męża i moich przyjaciółek, to zrobiłabym to jeszcze raz.
  35. Męczą mnie zakupy w centrach handlowych.
  36. Bardzo lubię i cenię sobie porządek. Sprzątam codziennie. Nawet na pulpicie w komputerze czy w folderze „Pobrane” mam zawsze porządek.
  37. Nie umiem szyć/przyszyć/zaszyć. Nie mam nawet nici w domu.
  38. Nie lubię jak ktoś używa zdrobnień. Alergicznie reaguję na „pieniążki”, „jedzonko” czy „buziaczki”.
  39. Szkołę podstawową zmieniałam 3 razy.
  40. Chodziłam do prywatnego gimnazjum, gdzie musiałam nosić mundurek.
  41. Rodzice chcieli zapisać mnie do prywatnego, językowego liceum, jednak ja tak bardzo chciałam w końcu pójść do państwowej szkoły, że specjalnie źle napisałam testy kwalifikujące.
  42. Jestem wyznawczynią marki Apple. Mam z niej wszystkie możliwe sprzęty.
  43. Uważam, że Świat bez internetu (a przynajmniej stałego dostępu do niego) byłby lepszy.
  44. Jestem złośliwa.
  45. Nie jem ryb i owoców morza.
  46. Nie lubię nocować poza swoim domem.
  47. Uważam, że jestem niefotogeniczna i to nie jest kokieteria.
  48. Planuję zrobić sobie operację nosa, a konkretnie usunąć garba.
  49. Mam słabą kondycję, ale jestem dobrze rozciągnięta.
  50. Mojego ulubione, polskie gazety to „Pani”, „Twój styl”, „Focus”, „Newsweek”, „National Geographic” i dziennik „Rzeczpospolita”.

#49 Po$t o dolarach cz.1

Zdecydowaliśmy się na wyjazd do Stanów z wielu względów: przygoda, ambicje, ciekawość czy pogoda. Ale nie ma co ukrywać, że w dużej mierze zdecydowały o tym…dolary 😉 .

W Polsce trudno zobaczyć tą walutę na żywo. Oczywiście dla chcącego nic trudnego, pierwszy, lepszy kantor ma je w swojej ofercie. Chodzi mi bardziej o to, że nie ma ich w obiegu. Tak jak funty czy euro łatwiej znaleźć, ponieważ przywędrują do nas z zachodniej granicy lub ktoś przywiezie je z Wielkiej Brytanii, tak dolary trudno spotkać. Podobnie jest w całej Europie. Dostępny jest spory wachlarz różnych walut, ale wciąż nie te amerykańskie „zielone”. Dopiero wyjeżdżając do krajów afrykańskich potrzebujemy zaopatrzyć się w dolary, ponieważ łatwiej je dostać niż krajową walutę naszej destynacji.

Pamietam do dzisiaj, że nawet jako dziecko, jak jeździłam na wakacje do wspomnianej Afryki i rodzice zabierali ze sobą dolary, to byłam ich strasznie ciekawa i oglądałam je dokładnie z każdej strony. Nawet będąc niepełnoletnia, kojarzyłam, że o tej walucie mówi się w telewizji, pisze się w gazetach i każde wahania jej kursu tworzą niemały zamęt.

Dzisiaj używam ich bardzo często, ale nie codziennie. Wiadomo, że plastikowy pieniądz wypiera ten papierowy. Ale zawsze mam kilka tych osławionych dolarów w portfelu. Lubię je. Uważam, że są ładne, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Tak samo uważam, że euro jest niezwykle nieudaną pod względem wyglądu walutą. Ma zbyt duże banknoty, które nie pasują do portfeli (taka dygresja 😉 ).

W legalnym obiegu znajdują się banknoty o nominałach 1$, 2$, 5$, 10$, 20$, 50$ i 100$.

1$

Najbardziej popularne są jednodolarówki. Widnieje na nich portret George’a Washingtona, pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Na rewersie banknotu znajduje się Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych. Po prawej jest to bielik amerykański z 13 piórami. W lewym szponie trzyma 13 strzał, w prawym natomiast gałąź oliwną z 13-oma liśćmi, co oznacza kolejno zdolność do prowadzenia wojen, jak i utrzymywania pokoju. Po lewej stronie jest piramida o 13 warstwach na której szczycie znajduje się tzw. Oko Opatrzności. Liczba 13 odnosi się do 13 kolonii brytyjskich.

Średnia długość życia jednodolarówki to 5.8 roku. Jest to najkrócej ze wszystkich banknotów, co jest oczywiste, jest on najczęściej używany. W 2016 roku w legalnym obiegu było 11,7 miliarda banknotów o tym nominale. Koszt jego wydrukowania to jedyne 5.4 centa.

2$

Bureau of Engraving and Printing: U.S. Department of the Treasury
Bureau of Engraving and Printing: U.S. Department of the Treasury

Na awersie banknotu znajduje się trzeci prezydent USA, Thomas Jefferson, na rewersie znajdziemy obraz Johna Trumbulla „Deklaracja Niepodległości”.

Banknoty o tym nominale są niezwykle rzadko spotykane, jeśli więc go masz, nie wydawaj! Są one nadal produkowane, jednak w znacznie mniejszym nakładzie niż inne nominały. Co więcej, na 10 lat (od 1966 do 1976 roku) zaprzestano ich produkcji, co także wpłynęło na ich liczbę w obiegu. Koszt jego wyprodukowania to 5.4 centa.

Tak naprawdę nigdy nie dostanie się tego banknotu bez powodu, tzn. nie ma się co spodziewać, że w sklepie wydadzą nam resztę w 2-dolarówkach. Aby go zdobyć, najlepiej wybrać się do banku, a to i tak nie daje pewności otrzymania tego banknotu. Jest on na tyle rzadko spotykany, że zdarza się, że odmawia się ich przyjęcia podejrzewając, że są podrobione. Sprawdziłam również, że sprzedaje się je na aukcjach internetowych. Na polskim Allegro można kupić banknot o tym nominale za…13 złotych. Steve Wozniak, współzałożyciel marki Apple, kupił natomiast prosto od Skarbu Państwa całe płachty 2-dolarówek prosto z drukarni.

5$

Pierwsza strona banknotu o nominale 5$ przedstawia wizerunek 16. Prezydenta Stanów Zjednoczonych – Abrahama Lincolna. Rewers przedstawia Mauzoleum Lincolna, które znajdziemy w Waszyngtonie.

Jeden banknot 5-dolarowy „przeżywa” średnio 5 i pół roku. Jak wynika z danych z 2009 roku, banknot o tym nominale stanowił 5% wszystkich będących w legalnym obiegu. Koszt jego wyprodukowania to 11.5 centa.

10$

Na awersie banknotu znajduje się wizerunek Alexandra Hamiltona, twórcy dolara i jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych Ameryki. Po drugiej stronie widnieje budynek Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych.

Banknot 10-dolarowy zużywa się po około 4.5 roku. Awers tego banknotu jest wyjątkowy, ponieważ jako jedyny przedstawia postać, której twarz skierowana jest w lewo. Jest to również jeden z trzech banknotów nieprzedstawiających wizerunku byłego prezydenta (pozostałe to te o nominale 100$ i 10,000$). Koszt jego wyprodukowania to 10.9 centa.

20$

Na jednej ze stron banknotu znajduje się portret Andrew Jacksona, prezydenta USA. Na odwrocie widnieje najbardziej znany budynek Stanów Zjednoczonych, Biały Dom.

Średnia długość życia takiego banknotu to 7.9 roku, a jak wynika z danych z 2009 roku, 11%  wszystkich banknotów w legalnym obiegu stanowiły te o nominale 20$. Koszt jego wyprodukowania to 12.2 centa.

Od kilku lat pojawiają się plotki o tym, że czas zastąpić któryś z męskich wizerunków damskim. Na początku pomysł dotyczył banknotu o nominale 10$. Jednak zrezygnowano z niego między innymi po tym, jak postać Alexandra Hamiltona zyskała na popularności na skutek broadwayowskiego musicalu bazowanego na jego życiorysie.

Zdecydowano wówczas, że zmiany będą dotyczyły banknotu 20$. W 2016 roku oficjalnie ogłoszono, że Andrew Jacksona zastąpi wizerunek Harriet Tubman, a A.Jackson „przeprowadzi się” na rewers banknotu. Nowe projekty miały trafić do portfeli obywateli w 2020 roku.

W 2017 roku Sekretarz Skarbu, Steven Mnuchin, wymijająco powiedział, że w chwili obecnej są ważniejsze sprawy na których musi się skupić rząd, niż wizualna zmiana banknotu. Nie wiadomo więc kiedy ujrzymy pierwszy amerykański banknot z wizerunkiem kobiety na awersie.

50$

 Na banknocie o nominale 50$ zobaczymy wizerunek Ulyssesa Granta, 18. Prezydenta Stanów Zjednoczonych, na odwrocie przedstawiony jest Kapitol, siedziba Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Banknot o tym nominale zużywa się po 8.5 roku i stanowi 6% wszystkich banknotów w obiegu (stan na 2009 rok). Koszt jego wyprodukowania to 19.4 centa.

W 2005, a następnie w 2010 roku padła propozycja aby umieścić na tym banknocie Ronalda Reagana, jednak nie znalazła ona nigdy odzwierciedlenia w realnych planach rządu.

100$

Awers banknotu przedstawia Benjamina Franklina, jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych (nie był prezydentem USA). Z drugiej strony widać Independence Hall, historyczny budynek, który można znaleźć w Filadelfii. Podpisano w nim Konstytucje Stanów Zjednoczonych oraz Deklarację Niepodległości.

Jest to obecnie największy dodrukowywany nominał. Jego średnia długość życia to 7.5 roku. Jest to obecnie również jedyny banknot, który nie przedstawia budynku zlokalizowanego w Waszyngtonie. Wyprodukowanie tego banknotu kosztuje 15.5 centa. Plotki głoszą, że nawet 2/3 wszystkich banknotów o nominale 100$ znajduje się poza Stanami Zjednoczonymi.

Analiza poszczególnych elementów na banknocie

  • Symbol oznaczony numerem 1 pokazuje, z którego miejsca na tabliczce został wydrukowany banknot. Taka tabliczka układa się następująco:
A1 E1 A3 E3
B1 F1 B3 F3
C1 G1 C3 B3
D1 H1 D3 H3
A2 E2 A4 E4
B2 F2 B4 F4
C2 G2 C4 G4
D2 H2 D4 H4
  • Symbol z numerem 5 oznacza natomiast numer seryjny takiej tabliczki. Co ciekawe, jeśli przed takim numerem znajduje się symbol „FW” (jak powyżej) oznacza to, że został on wydrukowany w Fort Worth w Teksasie, jeśli go nie ma to wydrukowano go w Waszyngtonie. Łatwo więc wywnioskować, że amerykańskie dolary drukowane są tylko w tych dwóch miejscach.
Źródło: http://darkroom.baltimoresun.com/2014/11/the-money-factory-how-a-u-s-one-dollar-bill-is-printed/
  • Symbole oznaczone numerem 2 i 7 wyjaśniają który z 12 Banków Federalnych wydał dany banknot. Taki symbol znajduje się tylko na banknotach o nominale 1$ i 2$. W wyższych nominałach można to wyczytać z numeru seryjnego.
Bank Federalny Litera Number
Boston A 1
New York B 2
Philadelphia C 3
Cleveland D 4
Richmond E 5
Atlanta F 6
Chicago G 7
St. Louis H 8
Minneapolis I 9
Kansas City J 10
Dallas K 11
San Francisco L 12
  • Numer 3 to numer seryjny banknotu. Pojawia się on dwa razy na banknocie. Pierwsza litera oznacza bank, który wydał dany banknot. Ostatnia litera pokazuje ile razy został już użyty dany numer seryjny. Każdy z nich jest bowiem użyty tylko 832 razy. Dlaczego? Liter w alfabecie jest 26. Na seryjnej tabliczce są 32 miejsca. 32×26=832.
  • Symbol oznaczony numerem 4 przedstawia pieczęć Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych.
  • Symbol o numerze 6 oznacza datę serii. Nie jest to jednak dokładna data wydrukowania danego banknotu, a raczej data uznania danego wzoru po zmianach. Co może wpłynąć na wydanie nowej serii? Dzieje się to w 3 przypadkach. Wtedy, kiedy zostaje zmieniona szata graficzna banknotu, wtedy, kiedy zmienia się Sekretarz Skarbu Państwa (odpowiednik Ministra Finansów) lub kiedy zmienia się Skarbnik Stanów Zjednoczonych (w tym przypadku po roku pojawi się dodatkowo litera, np. 2010A).

cdn.

#48 Ulubione miejsca w San Francisco cz.2

W drugiej części postu o ulubionych punktach na mapie San Francisco skupię się mniej popularnych miejscach, o których pisze niewiele przewodników. Ja sama odkryłam ja przez przypadek albo zupełnie niedawno, kiedy szukałam czegoś nowego do zobaczenia w tym mieście.

  • The View Lounge

The View Lounge to bar znajdujący się na 39. piętrze hotelu Marriott (adres: 780 Mission St). Rozciera się z niego zapierający dech w piersiach widok na miasto.

Patrząc na zdjęcia w internecie, miejsce to wydaje się być ekskluzywne i tym samym może zniechęcić turystów, którzy zazwyczaj są ubrani na sportowo. Nic bardziej mylnego. Aby dostać się do The View należy wejść do hotelu Marriott i wjechać windami na górę. Łatwo znaleźć dodatkowe znaki ułatwiające odnalezienie baru, co więcej, obsługa z hotelu na pewno z przyjemnością pomoże odnaleźć właściwą drogę.

Sam bar rekomenduje robienie rezerwacji, aby mieć miejsce przy samych szybach lub w ogóle dostać jakiekolwiek miejsce siedzące. Lokal ma dość małą powierzchnię, a dużo chętnych. Jeśli kogoś nie stać albo nie ma czasu, żeby zostać w barze na dłużej, można do niego wejść na chwile aby zrobić zdjęcie czy obejrzeć widoki. Nikt nie zwróci uwagi na to małe cwaniactwo, jest tam zazwyczaj bardzo tłoczno. Jeśli ktoś ma ochotę spędzić tam dłuższą chwilę, a nie zarezerwował wcześniej miejsca, to można nawet postać z drinkiem w ręku i podziwić widoki.

Źródło: https://www.judysbook.com/The-View-Lounge-Bars-Pubs-and-Clubs-sanfrancisco-r28374277.htm
Źródło: http://www.sfviewlounge.com
  • Tonga Room & Hurricane Bar

Tonga Room & Hurricane Bar to kolejne  warte uwagi gastronomiczne miejsce w San Francisco. Jedzenia tam nie próbowałam, drinki są w porządku, ale też nie nadzwyczajne. Jednak to co jest tam nadzwyczajne to to, że…pada tam deszcz 😉 . Na środku restauracji znajduje się mini-basen na którym z kolei pływa scena dla muzyków, którzy grają na żywo. Porusza się ona w zależności od tego czy występ się zaczyna czy kończy. Jednak największą atrakcją jest padający sztuczny deszcz. Oczywiście nie pada on na całej powierzchni lokalu, a tylko nad basen, jednak jeśli ktoś zbyt ciekawsko wystawi głowę za barierkę, również może zostać zmoczony. Nie jest to jednorazowe, atrakcja jest powtarzana kilka razy każdego wieczoru. I tak naprawdę drinki są bardzo dobre 😉 .

  • Punkt widokowy na Montague Place

Trochę przypisuję sobie zasługi znalezienia tego miejsca, ponieważ odkryłam je przez przypadek. Znajduje się ono na skrzyżowaniu Montague Place i Montgomery Street.

Źródło: https://www.google.com/maps/@37.8004279,-122.4045247,189m/data=!3m1!1e3

Jest to fragment ulicy nieprzejezdny dla samochodów, zamiast tego są schody dla pieszych (różnica poziomów była zapewne tak duża, że nie dało się ich połączyć drogą). Właśnie z tego przejścia rozpościera się bardzo ładny widok na finansową dzielnicę San Francisco z górującym na pierwszym planie popularnym, trójkątnym budynkiem (Transamerica Pyramid). Dodatkowo idealnie na wprost dalej ciągnie się Montgomery Street, która dodatkowo dodaje uroku temu miejscu.

  • Ghirardelli Square

Ghirardelli Square jest to miejsce znajdujące się w popularnej dzielnicy Fisherman’s Wharf. Przestrzeń ta została niegdyś kupiona przez założyciela The Ghirardelli Company, firmy produkującej wyroby czekoladowe. Została tam założona wówczas siedziba całej firmy.

Dziś Ghirardelli to część wielkiego koncernu Lindt & Sprungli, a siedziba firmy została przeniesiona do San Leonardo. Ghirardelli Square jednak zostało. Dziś znajdują się tam sklepy i kawiarnie tej marki, a także inne restauracje czy sklepiki. Otworzono tam również ekskluzywny 5-cio gwiazdkowy hotel Fairmont Heritage Place. Nazwanie tego miejsca centrum handlowym byłoby mocno niesprawiedliwe, całość utrzymana jest w przytulnej, ceglanej architekturze. Bardzo przyjemne miejsce na odpoczynek, wypicie gorącej czekolady lub kupienie słodkich pamiątek z San Francisco.

Źródło: https://www.californiabeaches.com/attraction/ghirardelli-square/
  • Bilionaires Row

Bilionaires Row to zwyczajowa nazwa okolicy, w której domy mają najbogatsi mieszkańcy San Francisco. Znajduje się ona w dzielnicy Pacific Heights. Są to jedne z najwyżej położonych terenów miasta, a to daje najładniejszy widok na zatokę. A jak widok jest ładny, to wiadomo, że cena też jest wyższa.

Źródło: https://www.google.pl/maps/place/Pacific+Heights,+San+Francisco,+Kalifornia/@37.7931945,-122.4439908,14z/data=!4m5!3m4!1s0x808580c593750c47:0x26f06ef70d70f47c!8m2!3d37.7925153!4d-122.4382307

Chociaż w Kalifornii to południe stanu pęka w szwach od gwiazd, to Dolina Krzemowa ma swoje „celebrities”, którymi najczęściej są właściciele firm, startupów czy udziałowcy. Wielu z nich mieszka poza miastem z uwagi na jego małą powierzchnię, a co za tym idzie, domy też są znacznie mniejsze i często pozbawione np. ogrodu czy basenu. Jednak kilku z nich upodobało sobie San Francisco na miejsce zamieszkania.

Najbardziej znanym mieszkańcem SF jest (według mnie) Jony Ive, Główny Projektant marki Apple (CDO). Kupił on swój dom za 17 milionów dolarów.

Źródło: https://www.google.pl/maps/@37.7932231,-122.4434261,3a,75y,342.31h,89.04t/data=!3m7!1e1!3m5!1sf99288RYnRUgv0IB6ViHaA!2e0!6s%2F%2Fgeo0.ggpht.com%2Fcbk%3Fpanoid%3Df99288RYnRUgv0IB6ViHaA%26output%3Dthumbnail%26cb_client%3Dmaps_sv.tactile.gps%26thumb%3D2%26w%3D203%26h%3D100%26yaw%3D76.965836%26pitch%3D0%26thumbfov%3D100!7i13312!8i6656

W tej samej okolicy mieszka również założyciel firmy Oracle, Larry Ellison czy właściciel aplikacji Yelp – Jeremy Stoppelman.

Jest to idealne miejsce na spacer w okolicy Halloween czy Bożego Narodzenia, wszystkie te ekskluzywne domy są wtedy pięknie poprzystrajane. Ale warto również się tam wybrać poza świątecznymi okresami, chociażby po to aby pooglądać sobie jak żyją bogaci ludzie i powzdychać nad swoim losem 😉 .

#47 Ulubione miejsca w San Francisco cz.1

Od naszego domu do San Francisco jest około 40 mil, co w przeliczeniu wynosi około 65 kilometrów. Mimo, że jest to dość spora odległość, to czasami w tygodniu potrafimy spontanicznie wybrać się do SF na kolację. Poza taki wypadami, bywamy w mieście średnio raz na miesiąc. Spędzamy tam zazwyczaj całą sobotę lub niedzielę, jeśli tylko pogoda dopisuje. A z tym też bywa różnie 🙂 .

Darzymy to miejsce naprawdę dużą sympatią i ponieważ za każdym razem staramy się odkrywać coś nowego, to mamy już całkiem pokaźną listę swoich ulubionych miejscówek. Część z nich jest typowo turystyczna, inne są bardziej dla „lokalsów”. Jednak bez względu na to z której kategorii pochodzą, warto zobaczyć wszystkie z nich!

  • Golden Gate

Tak, wiem. Bardzo odkrywcze 😉 . Jednak chodzi mi tutaj o konkretny punkt widokowy.

Źródło: https://www.google.pl/maps

Najbardziej popularnym miejscem widokowym jest to oznaczone numerem 1 na powyższej mapie. Widok stamtąd jest świetny…

…Jednak w miejscu oznaczonym na mapie numerem 2, widok jest jeszcze lepszy!

Jest tam znacznie mnie ludzi, ale przez to niestety parking też jest o wiele mniejszy. Jednak naprawdę warto poczekać na swoją kolej. Widok jest jeszcze lepszy nocą, ale trzeba uważać, ponieważ bardzo tam wieje, a ogrodzenie nie jest zbyt dobrej jakości (zdjęcie poniżej).

  • Lombard Street

Popularna, bardzo kręta uliczka w San Francisco, po której JESZCZE można zjechać samochodem lub zejść pieszo. Co jakiś czas pojawiają się plotki, że ulica ma zostać zamknięta dla ruchu samochodowego, ponieważ mieszkańcy przylegających do niej kamienic mają dość ciągłego tłoku tworzonego przez turystów. Dlatego warto się spieszyć z odwiedzeniem tego miejsca!

Ulica Lombard Street ciągnie się przez sporą część miasta, jednak ten najbardziej znany odcinek znajduje się w dzielnicy Russian Hill. Na odcinku 400 metrów znajduje się aż 8 zakrętów, a ruch odbywa się tylko w jedną stronę (w dół). Chociaż wiele osób jest przerażonych na samą myśl o prowadzeniu samochodu na tym odcinku, to doświadczenie jest naprawdę niezłe. Poza tym samochody jadą tam tak wolno, że nie sposób spowodować jakąś niebezpieczną sytuację. No chyba, że ktoś pomyli gaz z hamulcem 😉 .

Jeśli ktoś się zdecyduje zjechać w tą ulicą, to należy pamiętać, że można na nią wjechać tylko z jednej strony, z przedłużenia Lombard Street. Kierujący ruchem nie pozwolą nam w nią skręcić z ulicy prostopadłej.

Źródło: https://www.google.pl/maps
  • Dolores Park i Bi-rite

Mission Dolores Park to skwer w samym sercu San Francisco. Jest on niewielki, bo położony między osiemnastą, a dwudziestą ulicą. Jednak jego największą zaletą jest silne nachylenie z południowego zachodu na północny wschód. Dzięki takiemu ułożeniu, park oferuje niesamowity widok na San Francisco.

Chociaż może to być męczące, warto wspiąć się na najwyższy punkt i uwiecznić widok na zdjęciu.

W weekendy park jest wypełniony ludźmi, ale nie powinno być problemu ze znalezieniem sobie miejsca. Warto więc wziąć ze sobą koc, książkę, czapkę (bo słońce naprawdę potrafi tam przygrzać) i porelaksować się tam kilka godzin.

Trzeba jednak się przygotować, że ten park bywa dość ekscentryczny. Jest to miejsce spotkań wielu grup społecznych, fanów różnych zabaw czy sportów. Często widzi się tam osoby chodzące po linie rozwieszonej miedzy palmami czy grupkę ćwiczącą nieznane mi sztuki walki. Oprócz tego dzieci bawią się na ogromnym placu zabaw (tego im zazdroszczę!), spuszczone ze smyczy psy ganiają się po całym parku, roznegliżowani panowie bawią się przy głośnej muzyce, a jeszcze gdzieś indziej ktoś zaczepia ludzi z transparentem „Czy szukasz Boga?”. Mnie zdarzyło się nawet spotkać Panią, która grała sobie na syntezatorze.

Trzeba się również przygotować na krążące po parku „sępy” zbierające puszki 🙂 . Mogą próbować podebrać w połowie pełen napój, trzeba pilnować swego.

Źródło: https://www.google.pl/maps

Naszym rytuałem (a raczej Kamila, on mnie do niego „wprowadził”) jest kupowanie w pobliskim sklepie jedzenia na lunch i spożywanie go siedząc w Dolores Park na kocyku z widokiem na San Francisco.

Nie chodzi jednak o pierwszy, lepszy sklep. Na powyższej mapie zaznaczone są dwa miejsca (Bi Rite Creamery i Bi Rite Market). I właśnie tam TRZEBA się udać.

Pierwsze miejsce to oczywiście lodziarnia. Tam można zaserwować sobie deser po lunchu. Bardzo często kolejka do niej ciągnie się na kilkanaście metrów, jednak warto odstać swoje. Oferują lody w ciekawych, niespotykanych smakach, np. bazyliowe lub sezamowe. Pyszne!

Jeśli chodzi o Bi Rite Market, to jest to lokalny, klimatyczny sklepik o niewielkiej powierzchni, ale za to o ogromnym wyborze produktów. Mają tam bardzo dobre pieczywo (!), robione na miejscu kanapki, świeże warzywa i owoce, napoje i wina niszowych marek czy kwiaty. Jeśli ktoś będzie w pobliżu, koniecznie polecam się tam wybrać.

  • Hayes Street
Źródło: https://www.google.pl/maps

Hayes Street znajduje się w Hayes Valley, modnej okolicy w centrum San Francisco. Jak widać na powyższej mapie, mam na niej zaznaczone sporo wartych uwagi miejsc 🙂 . Przede wszystkim niedaleko niej znajduje się San Francisco City Hall, czy miejski ratusz. Jest to dla mnie szczególne miejsce, ponieważ to właśnie tam w 2016 roku stałam się mężatką. Chociaż dla mnie to było ogromne wydarzenie, to domyślam się, że dla innych nie jest to wystarczający powód, żeby tam się udać. Na szczęście jest inny. Ratusz jest bardzo ładnym budynkiem, który trochę przypomina Biały Dom (serio!), a wnętrze jest naprawdę urokliwe. Warto na chwilę zajrzeć od środka.

Na samej ulicy Hayes można znaleźć sporo fajnych sklepów. Tak, tak, wiem jak to brzmi. Jednak w większości to nie są sieciówki, a prywatne, małe biznesy z ubraniami, rowerami, wyrobami ze skóry. Jeśli jest się w San Francisco, to nie jest to na pewno miejsce warte poświęcenia kilku godzin, ale miło jest się tamtędy przespacerować, zwłaszcza, że dojdziemy tą ulicą do kolejnej atrakcji turystycznej. Jest tam też sporo klimatycznych restauracji czy kawiarni, w których warto zatrzymać się na kawę lub lunch i usiąść na zewnątrz, żeby poobserwować życie mieszkańców San Francisco.

Wspomniana wcześniej atrakcja turystyczna to znajdujące się przy Alamo Square Painted Ladies. Można nie kojarzyć tego miejsca po nazwie, jednak myślę, że większość skojarzy wzrokowo. Jest to rządek kilku wiktoriańskich domów pomalowanych na różne kolory. Za nimi rozciąga się widok na miasto. Można liczyć, że jest to 6 lub 7 domów, w zależności od tego czy komuś pasuje do całości dom po lewej stronie, który jest znacznie większy od reszty 🙂 .

cdn

#46 Jak sobie radzę z językiem angielskim?

Kilka razy zdarzyło się, że osoby bliższe lub dalsze pytały mnie, jak radzę sobie z porozumiewaniem się w języku angielskim. Radzę sobie, myślę, że nienajgorzej, ale też wiem, że na pewno są obszary mojej znajomości angielskiego, które wypadałoby podciągnąć lub poćwiczyć.

Myślę, że jest mi trochę łatwiej, ponieważ od kiedy pamiętam, to uczyłam się angielskiego zarówno w szkole, jak i na dodatkowych kursach. Jak byłam nastolatką, to podchodziłam do tego dość „luźno”. Nie rozumiałam, dlaczego rodzice każą mi chodzić na te pozalekcyjne zajęcia i o co cały ten szum, że „znajomość angielskiego to podstawa”.

Szybko jednak pozbyłam się tego lenistwa. Przyczyniła się do tego jedna, konkretna sytuacja. W czwartej klasie podstawówki, na początku roku szkolnego, nowy nauczyciel przepytywał nas z podstawowego materiału, żeby poznać nasz poziom angielskiego. Na prośbę o odmianę czasownika „be”, ja rozłożyłam ręce i nie wiedziałam co powiedzieć. Coś tam mi się pałętało w głowie, jednak nie byłam w stanie sformułować poprawnej odpowiedzi.

Zrobiło mi się wtedy tak głupio i byłam tak zawstydzona swoją niewiedzą, że szybko zmieniłam swoje nastawienie do nauki angielskiego. Oczywiście nie stałam się z dnia na dzień orłem, zawsze było mi nie po drodze do robienia prac domowych i uczenia się do testów, jednak zapaliła mi się w głowie lampka, że to chyba ma jakiś sens.

Czy warto chodzić na kursy? Na pewno tak, aby poznać podstawy. Daje to też ciągły kontakt z językiem. Nawet jeśli opornie idzie wkuwanie słówek i gramatyki, to według mnie zawsze coś tam w głowie zostaje.

Lepsze są kursy czy zajęcia indywidualne? W większej grupie nie jest się traktowanym ulgowo, zawsze ciężej kogoś ochrzanić za nieodrobioną pracę domową w cztery oczy niż na forum 😉 . Na kursie jest też większa motywacja, bo można nie zdać, nie zaliczyć testu czy wypaść najgorzej na tle grupy. Z drugiej strony lekcje indywidualne dają większą elastyczność w dostosowaniu tempa pracy i materiału. Podsumowując: (według mnie) kursy są do nauki, lekcje indywidualne do nadrabiania materiału ze szkoły.

Czy warto robić certyfikaty? Ja zrobiłam CAE kilka lat temu, ponieważ dla samej siebie chciałam mieć jakiś papier potwierdzający znajomość angielskiego. Wiem jednak, że jeśli przyszyły pracodawca będzie wymagał znajomości języka, to i tak sprawdzi to osobiście nie zważając na certyfikaty. Czasami zagraniczne szkoły lub instytucje wymagają certyfikatów od osób, których ojczystym językiem nie jest angielski. W Stanach najpopularniejszy jest certyfikat TOEFL (Test of English as a Foreign Language). Wadą certyfikatów jest również to, że nie należą one do najtańszych.

Czy warto oglądać filmy i seriale po angielsku? Pewnie, że tak, zawsze warto. Najlepiej oglądać je z angielskimi napisami, tak, aby od razu uczyć się pisowni i wzrokowo zapamiętywać struktury gramatyczne. Jest też bardzo dużo ciekawych kanałów na YouTubie, które uczą angielskiego, moim ulubionym jest kanał Arleny Witt (link), który oglądam regularnie. Mam również dużo subskrypcji związanych z makijażem, lifestylem czy technologią, które także są po angielsku. Oglądam je dla relaksu, bo się tym interesuj, a przy okazji podświadomie uczę się nowych zwrotów czy słownictwa, jak np. top-notch czy holy guacamole 😉 .

Jednak bez względu na to ile by nie zainwestować w naukę, to po tym półtora roku spędzonym w Stanach, wniosek mam jeden: najłatwiej nauczyć się języka mieszkając za granicą. Oczywiście nie każdy musi się ze mną zgadzać, nie wątpię też, że można się go nauczyć w szkole czy na kursach. Jest to jednak najlepsze rozwiązanie dla osób, które tak jak ja, mają problemy ze skupieniem na nauce, z silną wolną czy wytrwałością.

Tam po prostu trzeba mówić. Można się krępować, ale jakoś trzeba dogadać się w sklepie albo zamówić lunch w restauracji. Jeśli ktoś zagada na ulicy, to głupio byłoby uciec z krzykiem, lepiej coś tam wymamrotać, nawet jeśli ma to być z błędem.

Jak pojechałam do Stanów to oczywiście się wstydziłam. Chciałam wszystko mówić pełnymi, złożonymi zdaniami, z wyrafinowanym słownictwem i najlepiej, żeby to było zabawne, sarkastyczne, mądre. Szkoda tylko, że jak już sobie w głowie ułożyłam całą tą wypowiedź, to temat rozmowy był już zupełnie inny. Nawet przy Polakach peszyłam się, jeśli miałam np. zamówić coś po angielsku w restauracji. Teraz wiem, że to głupota, ale wtedy bałam się, że jak ze stresu popełnię błąd, to usłyszę „A jak Ty chcesz żyć w Stanach, jak Ty nawet po angielsku nie umiesz mówić?”. Jeśli ktoś myśli podobnie to od razu wyprowadzam z błędu. Po pierwsze, nie ma co być tak zadufanym w sobie i myśleć, że każdy spija z ust każde nasze słowo i poddaje je szczegółowej analizie 😉 . Po drugie, nawet najlepszym zdarzają się błędy językowe, naprawdę. Po trzecie, zostanie się gorzej odebranym przez towarzystwo jeśli nie mówi się nic, niż jeśli zrobi się kilka błędów, których prawdopodobnie i tak nikt nie zauważy. Po czwarte, jeśli obcokrajowiec nas nie zrozumie, to prawdopodobnie pomyśli, że źle usłyszał, a nie, że my zrobiliśmy błąd. Zawsze również można powiedzieć „Let me check/show you……”. W końcu to my znamy ich język poza ojczystym, oni polskiego na pewno nie znają 🙂 .

Będąc w Stanach nauczyłam się, że jeśli chcemy zapytać w windzie na które piętro jedzie inna osoba, to powinniśmy zapytać „What floor?”, a nie „Which floor?”. Zapamiętałam to, ponieważ jak kilka razy usłyszałam u na w budynku tą pierwszą wersję, to się wkurzyłam i usiadłam to komputera, aby sprawdzić kto się myli, ja czy cały budynek. (Nie)stety tym razem byłam to ja 😉 .

Innym przykładem jest wyrobienie w sobie nawyku odpowiadania i zadawania pytania „How are you?”. Tak jak kiedyś było to dla mnie nienaturalne, tak teraz zdarza mi się z rozpędu powiedzieć to do kogoś np. na lotnisku podczas przesiadki.

Widzę, że od kiedy mieszkam w Kalifornii, to rozwinęłam się językowo, ale co najważniejsze, przestałam się wstydzić mówić. Zrobię błąd to trudno, jeśli nikt nie zauważy to dobrze, jeśli zauważy i mnie poprawi to jeszcze lepiej, będę wiedziała na przyszłość. Błędy językowe robi nawet uwielbiany przez wielu Justin Bieber, który w swojej piosence śpiewa „(…) my mama don’t like you (…)”, także nam tym bardziej wolno 😉 .

 

#45 Jak wygląda mieszkanie w USA?

W pierwszym poście w 2018 roku chciałabym opisać jak wygląda nasze mieszkanie w Stanach i czym różni się od typowego, polskiego domu.

Wykładziny

Mam wrażenie, że Amerykanie szczerze kochają wykładziny i to najlepiej w jakimś jasnym, łatwo brudzącym się kolorze. U nas w mieszkaniu są one wszędzie, oprócz łazienki i kuchni (Bogu dzięki!). Owszem, jest to przyjemne, jak rano kładzie się stopy na dywanie, a nie na zimnej podłodze, jednak do sypialni można byłoby  się ograniczyć. Sprzątanie dywanowych schodów jest dość uciążliwe. Posiadanie blatów kuchennych w sąsiedztwie takiego wykończenia podłogi również, a nuż Ci coś spadnie.

Takie urządzania domów i mieszkań może być spowodowane nie tylko gustem, ale też chęcią wyciszenia pomieszczeń, zwłaszcza w takich miejscach jak Kalifornia, gdzie surowcem budowlanym nie jest cegła, a na przykład drewno.

Im nowsze mieszkania, to tych wykładzin jest mniej, starają się zapewne bardziej zeuropeizować standardy. Jeśli komuś więc zależy na twardych, drewnianych podłogach, posiada psa lub kota, to takie miejsca też da się znaleźć 🙂 .

Gniazdka

Amerykańskie gniazdka nie tylko inaczej wyglądają, ale również mają inne napięcie. W Polsce jest 220V, a w USA 110-120. Nie zawsze więc warto kupować sprzęty w Stanach i przywozić je do Polski. W najlepszym przypadku będą one gorzej działać podczas podłączenia do prądu, w najgorszym – ulegną spaleniu. Rozwiązaniem jest użycie przejściówki (jednak trzeba pamietać, że nie zmienia ona napięcia i natężenia, a jedynie wygląd wtyczki) lub transformatora napięcia. Ten często jest jednak drogi i nieporęczny.

Na szczęście coraz więcej sprzętów jest przystosowanych do różnych napięć. Przed podłączeniem lub zabraniem ze sobą warto sprawdzić na urządzeniu tzw. input, czyli przy jakim napięciu sprzęt będzie działał poprawnie. Przejściówkę można kupić w każdym sklepie z elektroniką lub przez internet. Na chwilę obecną my mamy już więcej sprzętu z USA, niż z Polski, więc naszym sposobem na różne wtyczki jest zabranie ze sobą jednej przejściówki i amerykańskiej listwy z kilkoma gniazdkami 🙂 .

Pralka i suszarka

W Stanach, jak wiadomo z wielu filmów,  bardzo popularne są publiczne pralnie. W starszych budynkach unikano montowania pralek, aby wykluczyć przecieki czy zwarcia. Niektóre miejsca zapewniają wspólną pralnię, zlokalizowaną w piwnicy lub oddzielnym budynku, inne nie zapewniają jej w ogóle i wtedy trzeba znaleźć publiczną pralnie w okolicy. Starsze pralnie działają na popularne ćwierćdolarówki, w nowszych można już zapłacić pralce kartą 🙂 . W takich miejscach znajdują się też automaty z proszkiem, zmiękczaczem, płynami itd. Zdarza się też, że Amerykanie, którzy mają pralki w domach, przychodzą do tych publicznych, aby kilka razy w roku uprać np. narzuty, koce czy pościel, ponieważ w nich są duże, przemysłowe pralki.

My na szczęście mamy pralkę w mieszkaniu. Jednak kolejną „anomalią” dla Polaków może być to, że prawie zawsze chowane są one w oddzielnych pomieszczeniach. Nazywanie tak tej przestrzeni to spora przesada, ponieważ w wielu przypadkach, jak i w naszym, jest to po prostu schowek 1mx1m, jednak drzwi są, można więc zaliczyć do „pomieszczeń” 🙂 . W parze z pralką idzie zazwyczaj suszarka. Dla mnie jest to świetne rozwiązanie, ponieważ można uprać ręczniki czy pościel i tego samego dnia wieczorem już ich użyć. Poza tym nie trzeba zagracać mieszkania czy balkonu rozkładaną suszarką. Z drugiej strony suszarka podobno niszczy ubrania. Ja jednak jeszcze tego nie zauważyłam, jak dorobie się ekskluzywnych ubrań od projektantów to będę nad tym dumać 😉 .

Mielenie resztek jedzenia

Pamiętam jak kilka lat temu oglądałam horror, w którym bohaterka wepchnęła rękę przestępcy do zlewu i włączyła przyciskiem..hm…to, na co wskazuje tytuł akapitu. Zastanawiałam się wtedy, jak można takie niebezpieczne urządzenie montować w domu.

Okazuje się, że jest ono w większości amerykańskich domów, również w moim. Jedna komora zlewu posiada zazwyczaj w odpływie młynek, który jest w stanie zmielić nawet twarde warzywa czy kości. Plus? Łatwo można się pozbyć resztek po obiedzie, odpadków po owocach czy warzywach, nie trzeba się przejmować, że będą gniły w koszu. Minus? Jest to bardzo niebezpieczny sprzęt i nie chce nawet myśleć co może się stać jak w domu jest i młynek i ciekawskie dziecko. Nie jest to na tyle pomocne urządzenie, żebym miała je w przyszłości zamontować w swoim domu.

Szafy walk in

W Stanach niezwykle popularne są tzw. szafy walk in. Nie nazwałbym ich garderobami, ponieważ często są to tak małe przestrzenie, że nie da się wejść do środka, a jedynie coś powiesić czy położyć na półce. W naszym mieszkaniu są 3 szafy tego typu i ani jednej „zwykłej”. Dzięki temu zarówno ja, jak i Kamil, mamy swoje oddzielne szafy. Unikamy więc kłótni kto zrobił bałagan lub kto zajął więcej miejsca. Cały czas jednak marzę o prawdziwej garderobie jak z filmu „Seks w wielkim mieście” 🙂 .

Łóżka

Tradycyjne łóżka składają się z kilku warstw. Na samym dole jest rama składająca się z kilku metalowych lub drewnianych prętów i nóżek. Następny jest tzw. boxspring, czyli pudło ze sprężynami lub deskami o średniej wysokości 20-30 centymetrów. Używa się go przede wszystkim po to, aby podwyższyć łóżko, a tym samym ułatwić wchodzenie i schodzenie z niego. Kolejny jest materac, a później tzw. topper, czyli cienka warstwa piankowa, która jeszcze bardziej poprawia komfort snu. Tutaj można również użyć podkładki pod materac lub ochraniacza na niego.

Źródło: http://www.tavlu.com/13566/furni/attractive-box-spring-mattress-bed-frame-mattress-box-spring/

Ścielenie amerykańskiego łóżka w tradycyjny sposób jest równie skomplikowane. Pamiętam jak pierwszy raz poszłam do sklepu kupić pościel. Jakież było moje zdziwienie jak zobaczyłam, że zestawy zawierają po 8-10 elementów.

Zaczyna się od ozdobnej falbanki nakładanej na boxspring. Nazywa się to bed skirt, czyli spódniczka dla łóżka 😉 . Następnie nakłada się prześcieradło z gumką zwane fitted sheet, a na to prześcieradło bez gumki (flat sheet), które estetycznie zawijamy pod materac. Na to kładziemy kołdrę (comforter/duvet), którą przy miejscu na głowę odwijamy na długość kilkudziesięciu centymetrów. Jeśli warstw jest za mało, można użyć ozdobnej narzuty. Jeśli chodzi o poduszki, to najpierw układa się te do spania, a następnie ozdobne. Na koniec można dołożyć w nogach złożony kocyk.

Co więcej, w Stanach mało popularne są poszewki na kołdry i „wkłady” do nich. Używa się raczej kołdry bez poszewki, która jest już sama w sobie pokryta ładnym wzorkiem.

Źródło: http://www.ultimalinen.com

Ostatnią ciekawostką dotyczącą łóżek są ich rozmiary. Szukając pokój w hotelu często można wybierać spośród różnych opcji wielkości łóżka.

Twin/single 38 in × 75 in (97 cm × 191 cm)
Full/double 54 in × 75 in (137 cm × 191 cm)
Queen 60 in × 80 in (152 cm × 203 cm)
King 76 in × 80 in (193 cm × 203 cm)
California king 72 in × 84 in (183 cm × 213 cm)

My zaczynaliśmy od rozmiaru King, teraz jednak sami siebie zdegradowaliśmy do łóżka typu Queen i momentami bywa ono dla nas za małe 🙂 .

 

#44 Święta w Polsce!

Od dwóch dni jesteśmy w Polsce. Mieliśmy ponad dziewiętnastogodzinną podróż. Lecieliśmy najpopularniejszą trasą, czyli z San Francisco do Frankfurtu i stamtąd do Warszawy. No i oczywiście później ze stolicy do Łodzi, a to również doliczam do czasu całej wyprawy. Niestety na kilka tygodni przed wylotem, ten ostatni, europejski lot przesunęli nam z godziny 12 na 16. Mieliśmy więc kilka godzin czekania na frankfurckim lotnisku. Zdarzyło się nam to chyba po raz pierwszy, zawsze udawało się dorwać lot z przesiadką maksymalnie półtoragodzinną.

Dla mnie takie przesiadki są najgorsze (Zresztą chyba dla wszystkich przesiadki są generalnie „najgorsze”. No, może nie dla palaczy). Po pierwsze, jest się już tak blisko, że do głowy wpadają pomysły typu „A może by tak wypożyczyć samochód i dojechać już samemu do domu?”. Jednocześnie jednak ma się świadomość, że jest się na tyle daleko, że takie rozwiązania są zupełnie bez sensu i trzeba odsiedzieć te swoje godziny na lotnisku. Niby tak niedaleko, bo to ta sama strefa czasowa, ale jednak nie do końca, bo 1000 kilometrów.

Po drugie, po jedenastogodzinnym locie jest się już mocno zmęczonym. Kręgosłup jest pozwijany jak precel, brzuch boli od ciągłej pozycji siedzącej (przynajmniej ja tak mam), butów też lepiej nie zdejmować, bo nie wiadomo co tam się dzieję 😉 . A tu zamiast końca podróży, czeka kilkugodzinny layover na metalowych krzesełkach.

layover – przesiadka w podróży; niedawno się nauczyłam tego słowa więc teraz je wciskam gdzie tylko mogę 😉 

Dzięki pomocy kolegi Kamila mieliśmy we Frankfurcie wejściówkę do Business Lounge, czyli biznesowego saloniku dla posiadaczy biletów o wyższej klasie. Jesteśmy za to bardzo wdzięczni, dzięki temu to kilkugodzinne oczekiwanie przebiegło nam dużo przyjemniej. Business Lounge oferuje zazwyczaj szybkie wifi, prasę, telewizję, miejsce do ładowania elektroniki, jedzenie, picie, alkohol, prysznice, wygodne fotele czy leżanki. My skorzystaliśmy głownie z tej ostatniej opcji, dzięki temu pospaliśmy z 2 godziny w naprawdę komfortowych warunkach. Byłam również w siódmym niebie, ponieważ Lufthansa, jak niemiecki przewoźnik, oferowała w tym Business Lounge’u żelki Haribo (jest to niemiecka firma). Jeśli ktoś nie wie, to jestem od nich naprawdę uzależniona!

Nie byłam w Polsce od dokładnie 5 miesięcy. Czy tęskniłam za krajem? Nie. Czy tęskniłam za rodziną i znajomymi? Bardzo!

Ostatnio coraz częściej łapię się na myśleniu, że w Kalifornii mam dom, a tutaj przejeżdzam w odwiedziny. Ja ogólnie wyznaję zasadę, że dom jest tam gdzie moja rodzina, czyli mój mąż. Ale i tak czuję, że jestem tutaj gościnnie. Prozaiczne sytuacje z pierwszych dni: poszłam do Rossmanna na „kosmetyczny obchód” i na półkach znalazłam tyle nowości, że nie wiedziałam co brać, na co patrzeć, co jest fajne, a co nie. W innym sklepie miałam chwile zawahania dlaczego płacę cenę dokładnie taką jak na metce, a nie z dodatkowym podatkiem naliczanym przy kasie (tak to działa w Stanch, ponieważ podatki różnią się od siebie w zależności od miejsca). Natomiast jak pożyczyłam od rodziców samochód, potrzebowałam kilku sekund na przestawienie się na manualną skrzynię biegów.

Nie chce absolutnie robić z siebie zamerykanizowanej damy z Kalifornii, bo wiem, że przestawienie się na tryb polski zajmie mi dosłownie kilka dni. Ale jednak, człowiek szybko się przyzwyczaja i do dobrego i do tego złego (czyli np. do płacenia większej kwoty przy kasie).

Nie mamy biletów powrotnych do Stanów. Mój mąż wróci prawdopodobnie w pierwszej połowie stycznia ze względu na pracę. Ja natomiast cały czas się waham. Zostać dłużej i spędzić czas z rodziną? Wrócić wcześniej ze względu na męża i potencjalną pracę? Argumentem przemawiającym za pierwszą opcją jest fakt, że po pierwsze, jeśli dostanę pracę to nie będę chciała w początkowym okresie brać urlopu, a to wiąże się z wielką niewiadomą kiedy znowu przyjedziemy do Polski. Po drugie, ROZWAŻAMY, aby w przyszłym roku zostać na Święta Bożego Narodzenia w Stanach. A raczej powinnam napisać, „mój mąż chce, ja rozważam”. Na chwilę obecną jak o tym słyszę, to chce mi się płakać i kopnąć Kamila w piszczel, ale zobaczymy, może dojrzeję do tej decyzji.

Dzisiaj jest 24 grudnia, najbardziej wyczekiwany i magiczny dzień z całego roku. Nasze pierwsze oficjalne Święta jako małżeństwo, wiadomo więc z czym to się wiąże. Mamy do obskoczenia aż 3 Wigilie! Ale tak naprawdę po to tutaj przyjechaliśmy. Wczoraj pomagałam swojej babci robić ostatnie świąteczne zakupy. Kiedyś jakbym usłyszała, że musimy pojechać na rynek, do Biedronki, do krawcowej i do kilku innych miejsc to po prostu chciałabym sobie strzelić w głowę. Tym razem czerpałam z tego czystą radość, że mogę jej pomóc, spędzić z nią czas i porozmawiać. Tylko gdybyśmy mogły uniknąć tych zwierzeń przy kasie „Dzień dobry Pani Halinko, wie Pani, wnuczka z Ameryki przyjechała”…

Wesołych Świąt i (asekuracyjnie) szczęśliwego Nowego Roku, chociaż tego może uda mi się życzyć w jeszcze jednym poście w 2017 roku 😉 . Mam nadzieję, że dzisiaj każdy z nas usłyszy „Święta, Święta i po Świętach”, „Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy” i coś o pogodzie 🙂 . Wszystkiego dobrego!

PS. Już niedługo zapraszam na mój kanał na YouTubie, gdzie pojawi się vlog z naszej podróży z Kalifornii do Polski.

#43 Czy planuję wrócić do Polski?

Jest to pytanie, które od przeprowadzki do Stanów słyszę niezwykle często. Zadają je przede wszystkim osoby z Polski, znajomi i rodzina, chociaż Ci drudzy rzadziej, bo nie wiedzą czy chcą usłyszeć odpowiedź. Pytają również tutaj, w Stanach. Jeśli poznajemy jakiś Polaków, to zazwyczaj już na początku znajomości padają 3 pytania (w różnej kolejności): „Jak długo jesteście w Stanach?”, „Na jakiej wizie jesteście?/Macie zieloną kartę?” oraz wspomniane „Wracacie?”.

No właśnie. Wracamy? Nie wiemy.

Kilka miesięcy temu na Facebook’u pokazał mi się link do artykułu w polskim Newsweeku o tematyce emigracji zarobkowej. Tekst porównywał ceny życia w Polsce i za granicą, jak również przytaczał kilka historii osób, które w Polsce nie mogły znaleźć pracy, a poza nią – tak. Głupia ja, zrobiłam coś, czego nie robię nigdy. Dodałam komentarz, że ja myślę o tym, żeby wrócić. No i się zaczęło. „Dziewczyno! Co ty wiesz o życiu! Zmarnujesz taką szansę”, „Będziesz żałować, w Polsce nie ma do czego wracać” itd.

Czytałam te komentarze, których namnożyło się chyba z 30, z niemałym rozbawieniem, ale i poirytowaniem. Po pierwsze, czy te osoby naprawdę myślały, że w jakikolwiek sposób wpłyną na moją decyzję? Po drugie, większość z nich pisała ten komentarz będąc zapewne od swojej rodziny w maksymalnym zasięgu kilku godzin jazdy samochodem.

I tutaj pojawia się najważniejszy argument przemawiający za powrotem. Rodzina.

Mój mąż, Kamil, jest moją najbliższą rodziną, to prawda. Jednak wiadomo, że nie jedyną. W Polsce są osoby, które kocham, na których mi zależy, za którymi tęsknię. Są dziadkowie, którzy, mam nadzieję, mają przed sobą jeszcze długie lata życia, ale wiadomo, że nie będzie to lat 50. Są dzieci w rodzinie, których urodziny i rozwój mnie omija. Są śluby znajomych, imprezy urodzinowe, imieninowe, parapetówki czy prozaiczne spotkania na piwo. Dochodzi do kuriozalnych przypadków, że muszę wybierać, która uroczystość w danym roku jest „ważniejsza”, bo mogę się pojawić tylko na jednej z nich.

Łatwiej może być osobom, które mieszkają poza Polką, ale w Europie. Wtedy można zaplanować sobie weekend w kraju bez potrzeby brania urlopu albo przylecieć w kilka godzin w razie awaryjnej sytuacji. Wiadomo, że zawsze jest to duży koszt i problem, ale mimo to, jest to dużo łatwiejsze w wykonaniu niż w naszym przypadku.

Lot z USA do Polski trwa minimum 16 godzin. Ja mieszkam na zachodnim wybrzeżu, a stąd nie ma bezpośrednich lotów do Polski (tak, wiem, są z LA, ale to jest 6h jazdy samochodem z San Jose). Trzeba więc mieć naprawdę szczęście, żeby trafić na lot 16 godzinny i to w dobrej cenie.

No właśnie, cena! Bilet w obie stronie nie kosztuje mniej niż 2500 zł. W okresach świątecznych, wakacyjnych albo kupowany w ostatniej chwili potrafi dobić do kwoty 4000 zł. Nie jest więc łatwo pojawić się w Polsce na „już”, bo coś się dzieje.

Warto rozpatrzeć też przypadek podróży w drugą stronę. Żeby ktoś z moich bliskich przyleciał do USA, musi mieć wizę, a wyrobienie jej, nie dość, że kosztuje ok. 500 zł, to jeszcze trwa min. 2 tygodnie. Pojawia się więc ten sam problem: jeśli jest kryzysowa sytuacja, oni nie przyjadą do USA ot tak.

Ktoś może powiedzieć, że trzeba się nauczyć żyć własnym życiem, a nie oglądać się na rodzinę. Jednak paradoks polega na tym, że to ta rodzina jest nieodłącznym elementem mojego życia i jestem bardzo mocno z nimi związana. Obecnie mam niepisaną umowę z bliskimi, że jeśli widzą się ze sobą w Polsce, to mają mi o tym nie mowić, bo będzie mi przykro. Mamy też swój wewnętrzny żart, że nie będą się ze sobą spotykać podczas mojej nieobecności.

W Kalifornii żyje się świetnie, to prawda. Codziennie budzi nas słońce, finanse się zgadzają, mamy blisko na Hawaje czy do Meksyku. Ale jak mówi pewne powiedzenie, w Ferrari też można być nieszczęśliwym 😉 .

I absolutnie nie twierdzę, że jestem nieszczęśliwa. Ba! Jestem bardzo szczęśliwa. Nasz powrót nie jest więc przesądzony. Jesteśmy tu aż i dopiero rok. Ja jeszcze nie pracuję, mam więc świadomość, że nie do końca „wsiąknęłam” w Stany. A im dłużej tu jestem, tym bardziej czuje, że to jest mój dom. Tutaj są moje rzeczy, ulubione sklepy, produkty, nowi znajomi. Jest mi więc tutaj naprawdę dobrze.

Jest też sporo innych argumentów przemawiających za lub przeciw wróceniu do kraju. Chociażby kasa. Przy obecnym trendzie na rynku nieruchomości w Kalifornii, nawet jeśli będziemy bardzo dobrze zarabiać, nigdy nie będziemy mogli sobie pozwolić na kupno domu lub mieszkania za gotówkę. Za te same oszczędności możemy nabyć kilka inwestycji w Polsce. Wiadomo, jedno drugiem nierówne. Jednak w tych dwóch miejscach wartość pieniądza jest według mnie różna.

Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że w Polsce są mniejsze możliwości rozwoju zawodowego. Nie twierdzę, że ich nie ma, jednak z pewnością trudniej znaleźć tam dobre, ciekawe stanowisko w rozwijającej się firmie. Co więcej, wpis w CV z Doliny Krzemowej napewno nadaje rozpędu karierze.

Pogoda. No cóż… tutaj dużo mówić nie trzeba. Jest grudzień, a ja mogę wyjść na zewnątrz w leginsach i adidasach. Może argument prozaiczny, jednak ja wierzę w to, że żyję się dużo lepiej, jeśli 95% dni w roku jest słonecznych.

Podsumowując, na chwilę obecną, jeśli ktoś mnie zapyta czy chce wrócić, odpowiem „tak”. Nie teraz, nie za rok, ale za ok. 5-6 lat chciałabym wrócić do Polski. Szczerze się jednak cieszę, że nie muszę podejmować takiej decyzji już teraz, bo byłaby ona niezwykle trudna.

Bardzo możliwe, że to wszystko się zmieni o 180 stopni i za kilka lat będę się śmiała z tego wpisu siedząc we własnym domu w Stanach i mówiąc łamaną polszczyzną, jednak na chwilę obecną swoją dalszą przyszłość widzę w Polsce, a nie tutaj.

 

 

Chcę bardzo mocno podkreślić, że to wszystko co powyżej napisałam jest moim osobistym odczuciem czy opinią.

#42 Co robiliśmy w tym roku na Halloween?

W okresie Halloween najmocniej poczułam, że jestem tutaj już ponad rok. Dlaczego? Ponieważ jest to pierwsze, większe Święto w Ameryce po wrześniu, czyli po miesiącu w którym przeprowadziłam się do USA.

W zeszłym roku mieliśmy imprezę halloweenową i przebraliśmy się za Harrego Pottera i Hermionę. W tym roku dopadło nas lenistwo, imprezy nie było żadnej. Jednak tak jak rok temu nie wiedziałam ile wydarzeń jest przez cały okres poprzedzający 31 października, tak w tym roku bacznie pilnowałam i pamiętałam, żeby wybrać się chociażby na farmę po dynię.

  • Farm dyniowych jest tutaj sporo, w okolicach samego San Jose było przynajmniej z 10. Większość z nich tworzy przy polach dyniowych „miasteczka” z atrakcjami. Są one kierowane głownie do najmłodszych, jednak starsi też znajdą coś dla siebie. Wejście jest zazwyczaj bezpłatne, a jeśli coś kosztuje to nie więcej niż 1-2 dolary. Działają one zazwyczaj dokładnie cały październik, nie dłużej.

My wybraliśmy się na Perry Organic Farm we Fremont. Na farmie było ogromne pole z dyniami, mini labirynt, stogi siana, plac zabaw, dyniowe domki i ścianki do zdjęć z otworami na głowę. Można było również wziąć wózek na kółkach aby ułatwić sobie wożenie dyń (lub dzieci) po farmie. Całość była utrzymana w wiejskim klimacie, mimo, że znajdowała się 500 metrów od autostrady 😉 .

Farma oferowała głownie typowe, pomarańczowe dynie o rozmaitych wielkościach i kształtach. Można jednak było kupić inne, mniej spotykane odmiany, a także miniaturowe wersje tych klasycznych. Na zdjęciu poniżej widać, że ceny wahały się od 5 do 15 dolarów.

 

  • Inną naszą halloweenową aktywnością w październiku było wybranie się na kolejną farmę dyniową o nazwie Cool Patch Pumpkins w miejscowości Dixon. Tym razem atrakcją był największy (podobno) na świecie labirynt wycięty w polu kukurydzy.

Wejście do labiryntu kosztowało 15 dolarów za osobę. W cenie były oczywiście mapy. Byliśmy tam razem ze znajomymi i to męska część grupy wzięła sobie za punkt honoru wyprowadzenie nas z labiryntu, damska część podeszła do tematu mniej poważnie (czytaj: robienie zdjęć i oglądanie plonów kukurydzy). Do mety dotarliśmy po 45 minutach. Tempo mieliśmy naprawdę porządne, czasami nawet zdarzało nam się biec (nie chcieliśmy mieć w zasięgu wzroku innych ludzi, żeby nie podpowiadali nam jak iść). Punktami kontrolnymi były trzy mosty górujące nad polem. Zgubiliśmy się tylko raz, na samym końcu labiryntu. Można więc sobie łatwo wyobrazić jak ogromne musiało być to pole, skoro czterem dorosłym osobom zajęło to tyle czasu.

Plan labiryntu z tego roku (przepraszam za jakość zdjęcia)

Cool Patch Pumpkins chwali się, że każdego roku labirynt jest inny, większy od poprzedniego. Dlatego pewnie w przyszłym roku też się tam pojawimy i spróbujemy pobić nasz tegoroczny czas 😉 .

  • W tamtym roku podczas Halloween mieszkaliśmy w hotelu, nie chciałam więc robić szopki i wystawiać cukierków przed drzwi. W tym roku jednak nie mogłam sobie odpuścić tej amerykańskiej tradycji 🙂 . W hipermarkecie kupiłam pojemnik w kształcie dyni za 5 dolarów i cukierki za podobną kwotę. Kupiłam M&M’sy, a ponieważ są to ulubione słodycze Kamila, to przed Halloween wiaderko z cukierkami było owinięte folią spożywczą. Dla bezpieczeństwa. Cukierków.

Wiem, że halloweenowe smakołyki są dla dzieci, jednak jak nasi sąsiedzi powystawiali przed swoje drzwi moje ulubione słodycze (Reese’s, Twix, Jelly Belly, Haribo) to nie mogłam przejść obok tego obojętnie. Zdarzało mi się więc je podbierać, przyznaję się.

Fajnym doświadczeniem było zobaczyć to na żywo – poprzebierane dzieci biegające od drzwi do drzwi i szukające słodyczy. Na pewno jeszcze lepiej wygląda to na osiedlu domków, a nie w apartamentowcach, ale i tak poczułam się bardzo amerykańsko 🙂 .

  • Atrakcją halloweenową, którą powtórzyliśmy z zeszłego roku, było oglądanie udekorowanych domów w Palo Alto. Rok temu wybraliśmy się jednak dzień po Halloween, większość z dekoracji była więc niestety już zniszczona, poprzewracana, niepoukładana. Widać było po prostu, że dzień wcześniej dzieciaki zbierające słodycze nie zwracały za bardzo uwagi na jakiekolwiek przeszkody.

Mądrzejsi o tamto doświadczenie, w tym roku wybraliśmy się w weekend poprzedzający Halloween. Pojechaliśmy również do Palo Alto, ponieważ tam znajduje się urokliwe i bogate osiedle domków. A wiadomo, gdzie jest kasa, tam będzie więcej dekoracji.

Jak zwykle, mieszkańcy Palo Alto nie zawiedli. Widać na powyższych zdjęciach, że niektórzy naprawdę nie szczędzą pieniędzy na halloweenowe przystrojenia. W grudniu wybieramy się tam koniecznie na oglądanie dekoracji świątecznych 🙂

 

Na moim kanale na YouTubie pojawiły się również vlogi z tych wypraw, zapraszam do oglądania i subskrybowania 😉 :

  1. Vlog #19 Pumpkin Patch
  2. Vlog #22 Dekoracje